NOWE RZECZY

 

Trochę nowych rzeczy, które pojawiły się niedawno i niedługo powinny rządzić głośnikami Waszych laptopów (poudawajmy przez chwilę, że to prawdopodobny scenariusz).

 

 

CREEP

Na dobry początek coś, co warto poznać zanim zdobędzie wielką sławę i się popsuje (odpukać): Creep – elektroniczny duet żeński z US i A, którego kariera jest jeszcze na dziewiczym etapie pierwszych singli. Zalinkowany poniżej kawałek to ich pierwsza piosenka, którą dziewczyny „napisały na laptopie leżąc na łóżku i pijąc zajebiście dużo piwa” – kokieteria w branży być musi, ale numer wyszedł im świetny. Życzę powodzenia w zdobywaniu świata.

 

 

 

 

WILEY

Ile osób miało ochotę przywalić Wileyowi za dyskotekowe szmiry, które ostatnio nagrywał z Roll Deep, niebezpiecznie podkopując swoją własną karierę? Obstawiam, że niemało. Dlatego też z sympatii do tego pana niezmiernie cieszę się, że mogę ogłosić, iż Wiley wrócił do formy. Trudno powiedzieć czy na stałe, czy to tylko chwilowe przypomnienie się starym fanom przed wypluciem kolejnego zestawu beznadziejnych piosenek pisanych z myślą o nowych roleksach. Niemniej jednak, fakty są takie, że „Numbers in Action” daje radę. Cieszmy się!

 

 

 

 

BLONDIE

Pamiętacie jeszcze Blondie? Taki bardzo fajny zespół dowodzony przez prawdopodobnie najseksowniejszą blondynkę w historii muzyki pop, który wylansował trochę niezapomnianych przebojów i zniknął wraz z nadejściem XXI wieku (złośliwość zamierzona, bo ich płyty z 2004 i tak nikt nie słuchał)? Pewnie, że wszyscy pamiętają. A kto się ucieszy, że wracają? Niby powroty emerytowanych kapel to przeważnie najgorsze zło, ale OMD pokazali niedawno, że można to zrobić w dobrym guście i dlatego trzymam kciuki za Debbie Harry i spółkę. Piosenka może nie jest szałowa, ale daje pewność, że w głębi duszy Debbie nie zestarzała ani o rok.

 

 

 

 

ANDREA CORR

The Corrs to irlandzki zespół pop, który pojawił się w połowie lat 90., spłodził świetną płytę „Talk on Corners”, wylansował kilka hitów i osiągnął wielki sukces, po czym skutecznie obniżał loty doprowadzając do znudzenia sobą nawet swoich oddanych fanów. W 2005 wydali świetnie przyjętą przez krytyków płytę ,,Home”, która została przemilczana przez masy, bo nie zawierała przebojów. Efekt? Zespół zawiesił działalność i solowy singiel „Tinseltown in the Rain” ich frontmenki jest pierwszą nową rzeczą od sześciu lat noszącą znamię rodzeństwa Corr. Tyle historii – sam kawałek to przyjemny, niezobowiązujący i przyzwoity wakacyjny popik, który jak dla mnie mógłby z powodzeniem zostać jednym z przebojów lata (chociaż pewnie tak się nie stanie). Mam tylko jedno ale: „Do I love you? / Yes, I love you”? No litości.

 

 

 

 

Do kolejnego odsłuchania, czus.

 

 

Advertisements

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s