WU LYF

WU LYF (World Unite Lucifer Youth Foundation. Pretensjonalne? Głupie? Fajne?) z Manchesteru nie uznają kompromisów. Własnym sumptem wydali swoją debiutancką płytę i pozwolili fanom ,,zrobić z nią co zechcą”. Odrzucili wszelkie propozycje współpracy z wytwórniami, nie mają managera ani nie korzystali z usług producenta, bo chcą mieć sto procent praw do swoich piosenek i nie być zależnym od osób trzecich. Swój pierwszy album nagrali w kościele, ponieważ studia uznali za zbyt sterylne i bezduszne. Uważają siebie za ,,organizację non-profit”, która zajmuje się m.in. drobnymi przestępstwami i graniem muzyki, którą nazwali heavy pop. Zespół twierdzi, że utrzymuje się ze składek, które płacą na nich fani, za co gwarantuje m.in. zniżkę na zakup biletów na swoje koncerty i ,,demokratyczne” współtworzenie LYF. Jeśli dodać do tego skuteczne utrzymywanie swojego istnienia w cieniu przemysłu muzycznego (z reguły nie udzielają wywiadów, angielskich dziennikarzy muzycznych ganią za przeintelektualizowany język, stronią od promowania siebie na szerszą skalę) i uderzanie niejednokrotnie w ton polityczny i społeczny, tworzy się obraz grupy niemalże desperacko szukającej swojego miejsca na nieprzyjaznym świecie, a także gotowej, by go naprawić – chociażby na swoim małym podwórku, przy pomocy swoich skromnych środków.

Zaiste, WU LYF nie uznają kompromisów, ale również zrobili wszystko, co w ich mocy, aby ludzie pozornie uznali ich za jedną z tysięcy zbuntowanych grup młodzieńczych wierzących w ideały lepszego świata. Tylko szkopuł tkwi w tym, że wsłuchanie się w zawartość ,,Go Tell Fire To The Mountain”, debiutanckiego longpleja Anglików, pozostawia na słuchaczu zgoła inne wrażenie: okazuje się, że chłopaki nie są tylko gitarowym krzykiem alterglobalistów, ale zespołem oferującym szczery, uduchowiony przekaz wsparty przez całkiem bogatą wyobraźnię melodyjną. A, zapomniałbym o rzeczy najbardziej frapującej: nie grają punka ani ostrego rocka, tylko wzniosłe indie.

,,I love you forever” oznajmia wokalista Ellery Roberts w otwierającym zestaw ,,L Y F” i trudno mu nie uwierzyć, skoro potem z przekonaniem powtarza to kilka razy (zresztą strona internetowa zespołu też o tym informuje). Jedność, solidarność i oddanie, a nawet miłość, znajdują zresztą na ,,Go Tell Fire…” przyjazny port: ,,We bros so long!/Put away your guns man/And sing this song!” pacyfistycznie krzyczy ,,We Bros”, podczas gdy ,,Heavy Pop” zawiera rozbrajające credo młodego buntownika: ,,Come on broken boys/Let’s stay tight/So when the morning comes/And we’re all dead/We can live free”. Tło dla tych górnolotnych wyznań jest przestrzenne i bogate w melodie, a na jego szkielet składają się brzmienia wzniosłych organów kościelnych i klawiszy, indie-owskich gitar i niespokojnych bębnów. Całości najbliżej do twórczości Foals i Vampire Weekend, co może wydawać się trochę zbyt mainstreamowym wyborem jak na kapelę o punkowej mentalności – odkrycie to niejednokrotnie zaskakuje słuchacza przekonanego o asertywności i buńczuczności grupy, ale to uczucie niweluje kompletność płyty, na której wszystkie dźwięki wydają się być na swoim miejscu i znakomicie się dopełniać. Napędzane chwytliwym refrenem ,,Cave Song” (pierwotnie ,,Nic Cave”) jest rozbrajająco lekkie, ,,Spitting Blood” zawiera letnie, żywiołowe, pseudo-afrykańskie elementy brzmieniowe, które wcześniej do muzyki indie wprowadzili Vampire Weekend i Friendly Fires, a ,,Such a Sad Puppy Dog” ze swoimi lamentującymi organami i gitarami i przywodzącymi na myśl starsze kawałki Kings Of Leon bombastyczną kulminacją i finałem, to chyba najsmutniejsza ballada roku. Wszystko opakowane jest w dużą dozę rockowej szczerości i artystycznej wrażliwości, przekonując słuchacza, że Młodzieżowa Fundacja Lucyfera oferuje przekaz śmiertelnie poważny, nawet jeśli operuje środkami, które na pierwszy rzut ucha nie wydają się dla siebie typowymi (gdzie ostre gitary? Gdzie nieskrępowana złość i chęć zemsty na oprawcach świata? Gdzie lekceważący stosunek do establishmentu?).

Ale ,,Go Tell Fire…” to nie tylko afirmacja miłości i wspólnoty braterskiej, to też wspomniana wcześniej powaga i duża doza buntu. Najlepszym przykładem świeci punkt kulminacyjny płyty, ,,Dirt”. ,,The fire starts/can you hear the sound/Of the kids all calling” oznajmia Roberts, groźnie ostrzegając ,,Me and your friends/We’ll run this town/And keep on calling/Until it all falls down”, aby dojść do najważniejszego akcentu politycznego płyty: ,,No matter what they said/Dollar is not your friend”. Tło muzyczne momentalnie nabiera bardziej wyrazistego charakteru, przede wszystkim dzięki bojowej partii perkusji, a całość zgrabnie odjeżdża w kierunku klimatów podrasowanego, uduchowionego The Clash. Nie tylko polityka, ale i podupadające społeczeństwo, a także trudne stosunki między ludźmi padają ofiarami krytyki ze strony grupy: ,,We are so happy/Happy to see/All of our children will run blind and free/Across concrete fields of broken glass/With five year olds having heart attacks/You fed ’em too well on TV/Cut me I wont even bleed/My blood’s as lazy as the mums and dads/Whose fantastic mundane can’t all be bad/So lets just keep eating more/More/More/More and more/And then we all go throw up on the poor” (,,Spitting Blood”) to chyba najostrzejszy i najbardziej dosadny głos krytyki, jaki pojawił się w muzyce indie w ostatnich latach. Zresztą całe „Go Tell Fire…” ma śmiertelnie poważny wydźwięk, który przenosi punkowego ducha twórczości grupy. Wyznania pokroju ,,You know my brother’s in jail/My father said son/Oh son, I can’t afford his bail” (,,Such a Sad Puppy Dog”), czy ,,Nah the blood runs out/Mark red lines across the pavement/Whilst the snow falls down/Stained crimson on the ground/Don’t call the Police/I’m begging you, please” (,,Cave Song”) uderzają z takim ładunkiem emocjonalnym, że ośmieszają większość płyt indie chwalonych przez masy za niezwykłą szczerość i wrażliwość (jakoś wątpię żeby Coldplay znaleźli odwagę na takie teksty, chyba nawet Bloc Party baliby się aż takiej dosadności).

Charakteru WU LYF nadaje również w wielkim stopniu maniera wokalna Robertsa – faceta po prostu nie da się zrozumieć. Śpiewa i krzyczy w dziwacznym akcencie i wymawia słowa tak niewyraźnie, jak się tylko da. Rezultat momentami jest ciężkostrawny, a dla przeciętnego słuchacza wręcz niezjadliwy, ale w końcu o to chodziło: bunt, szczególnie młodzieńczy, rządzi się swoimi zasadami.

Pomimo swojej asertywności i trzymania się na bezpieczną odległość od wielkiego rynku, WU LYF udało się osiągnąć pierwszy sukces: nagrali chyba najciekawszy dotychczas materiał debiutancki 2011 i zarazem jeden z bardziej interesujących pierwszych pierwszych albumów ostatnich lat, a wszyscy krytycy zgodnie pochwalili ich za szczerość, odwagę i niesztampowość. Problem tylko w tym, że choć ,,Go Tell Fire To The Mountain” jest dobrym albumem z kilkoma świetnymi momentami, a do tego niemałym wydarzeniem na arenie indie, to jednak nie jest do dzieło doskonałe: zbyt wiele tu brzmień i schematów typowych dla tego gatunku, i nawet jeśli są one wysokiej klasy, to ciężko mówić o jakiejkolwiek rewolucji. Ponadto, choć kompozycje trzymają wysoki poziom, to niektóre z nich (,,L Y F”, ,,Dirt”, „Heavy Pop”) zdecydowanie górują nad pozostałymi. Niestety, ,,Whatever People Say I Am, That’s What I’m Not” to to nie jest. Poza tym, wydaje mi się, że trochę spóźnili się z zaprezentowanym materiałem: gdyby ,,Go Tell Fire…” pojawiło się w pierwszych latach XXI wieku, można by mówić o wielkiej rewelacji, a dziś zespół cieszyłby się uwielbieniem.

Niemniej jednak, pierwszy poważny krok WU LYF na scenie muzycznej trzeba uznać za udany, a szczególnie warto chylić czoła za to, że w obliczu powszechnego dewaluowania większości wartości w muzyce, tak usilnie starają się nie zatracić siebie i uparcie wspinają się na szczyt trudniejszym szlakiem, na pozór naiwnie machając sztandarem z hasłem ,,World unite/I love you forever”.

Advertisements

One thought on “WU LYF

  1. Trochę to ciężkostrawne, ale da się strawić bez wypicia mięty;)
    Stanowczo wolę Bloc Party polujacych na czarownice ( Kele jest boski :D) a wrzaski, krzyki itp. znoszę tylko w wydaniu Crime in Stereo.
    Podoba mi się, że idą pod prąd, ale młodzi gniewni to już nie dla mnie.

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s