Top 50 Single 2012: 10-1

 

10. ,,Hold on” Alabama Shakes

,,Ssarass, ssnam to… chyba… ja to napisaemgeraem… śpiewem ja…” wymamrotał Jack White zmęczony opijaniem kolejnego odłożenia w czasie premiery swojej pierwszej płyty solowej, gdy przebudziła go grana akurat w radio retro-brzmiąca piosenka neo-bluesowa. ,,Mój głos jakiśtkai czssty… Gitraa coś cicho… Tomusi byćmjeo, Meg gra takrówno, no słuchaj…” zagaił opierającego się obok niego o stół mężczyznę w czarnych włosach, który w innym stanie upojenia mógłby być lustrzanym odbiciem Jacka. Znajome brzmienie i frapująco wysoka jakość utworu zmusiły sfatygowanego White’a do nieco większego skupienia. ,,Ale fjany refren, no wyszełmi… To ja tak umiem pociunno… pociongng… czysto długo śpiewać?” zapytał tym razem siebie samego, rozmyślając nad najlepiej wykonanym wokalnie refrenem w swojej karierze. Po chwili przez myśl przeszło mu, że ów fragment nie tylko ładnie zaśpiewał, ale i nieźle obmyślił, bo dawno nie słyszał refrenu tak silnego i chwytliwego, a zarazem bezboleśnie wrośniętego między zwrotki. Tylko wciąż go coś dręczyło… ,,Co tam śpiewaem? ,,Didn’t think I’d make it / To twenty-two years old”? Przceież mam już dwadzi… ileś… ,,Come on girl / You’ve got to get back up”? He? To pewnie z Dedłewer nagraem”. Gdy piosenka się skończyła, z zainteresowaniem oczekiwał ujawnienia jej tytułu, zastanawiając się z którym swoim zespołem spłodził tę archaiczną perełkę muzyki rozrywkowej XXI wieku. ,,Zaraz zaraz, Alabama Shakes? Nie zakładałem takiej grupy! Debiutanci? Taka muzyka od młodych bezczelnie w moim stylu, a ja nie maczałem w tym palców?!” wzburzył się Jack, momentalnie wytrzeźwiał i chwycił za gitarę. ,,Ja im pokażę, na rynku jest miejsce tylko dla jednego Jacka White’a! Mam w głowie świetny riff, zaraz napiszę w 3 minuty jakiś głupi tekst i czas nagrać ten cholerny album” wkurzył się i rozdrażniony spłodził ,,Sixteen Saltines”.

I w taki oto sposób żółtodzioby z Alabama Shakes zainspirowały Jacka White’a do wydania ,,Blunderbuss” po kilku latach mglistych zapowiedzi. Albo i nie. Pewne jest jedno: White dawno nie napisał tak dobrej white’owej piosenki, jak zrobili to szejksi tworząc ,,Hold on”.

 

 

 

 

9. ,,Don’t Save Me” HAIM

Jeśli Jessie Ware odznacza się na tle swoich konkurentek z branży klasą i elegancją, to HAIM wyróżniają się artystyczną i emocjonalną wiarygodnością. Dzięki ,,Don’t Save Me” Amerykanki osiągnęły mistrzostwo w kategorii Gorzka Piosenka o Miłości z Punktu Widzenia Rozżalonej Dziewczyny. Jednak w przeciwieństwie do błahych Taylor Swift czy Katy Perry, HAIM ustrzegły się banałów, rzewnego płakania nad zawalającym się światem, gróźb rewanżu na eks-partnerze i mądrzenia się na temat prawdziwej prawdy o związkach. Tutaj sprawa jest prosta: ,,Baby, don’t save me now / If your love isn’t strong”, czyli: trochę się w życiu pogubiłam i chciałabym wrócić do czasów, kiedy było łatwiej i dopiero zaczynałam popełniać błędy, więc fajnie by było, jakbyś mógł mi pomóc się odnaleźć, ale jeśli nie potrafisz wystarczająco mocno się zaangażować, to sobie odpuśćmy. W końcu w związku nie chodzi o prowadzenie wojny, tylko o znalezienie kompromisu. Czy to nie jest bliższe prawdzie, niż konkurencyjne ,,We are never ever ever getting back together” i ,,This is the part of me that you never ever gonna take away from me”? Wiecznie modni redaktorzy New Musical Express chwaląc HAIM nazwali twórczość trzech sióstr ,,bullshit-free” i ciężko nie przyznać im racji: ,,Don’t Save Me” jest najzwyczajniej w świecie uczciwe i szczere. A to tylko jeden z dwóch powodów, dla których ów piosenka zasługuje na pochwały: drugim jest fantastyczna warstwa muzyczna, która tworzy coś, czego wręcz nie wypada nie nazwać idealną piosenką pop. Chwytliwe to, melodię ma niebanalną, a refren uzależniający, wzbogacony pozornie dyskretną, ale jednak jedną z najlepszych partii klawiszy, jakie słyszałem w zeszłym roku. Całość mocno pobrzmiewa latami dziewięćdziesiątymi, zaś same dziewczyny przywodzą na myśl młodsze skrzyżowanie nieirytującej Alanis Morissette i nieco ugrzecznionej Shirley Manson ze starym dobrym Fleetwood Mac. Jeśli HAIM planują w 2013 wydać debiutancki longplay, z miejsca uznaję go za jeden z najbardziej oczekiwanych przeze mnie albumów roku.

 

 

 

 

8. ,,Pelican” The Maccabees

Będę szczery: do niedawna nie doceniałem The Maccabees. Traktowałem ich jak jedną z wielu kapel indie, które zalały rynek po sukcesie Coldplay ponad dekadę temu: niewątpliwie utalentowanych i zapewne sympatycznych chłopaków, którzy zdobyli przychylność krytyków i oddaną, nieco wąską grupę fanów, ale raczej nie urosną do rangi największego zespołu na Ziemi.

A potem chłopaki zrobili mi niespodziankę i nagrali ,,Given to the Wild”.

Nie chcę przesadnie wychwalać trzeciego logpleja makabisów: owszem, to bardzo dobry album, prawdopodobnie najlepsza płyta indie zeszłego roku, ale żaden z niej czarny album, czy inne ,,OK Computer”, więc o ,,najlepszym zespole na Ziemi” nie ma mowy. Ale, rany boskie, jak ta płyta jest przyjemna, przemyślana i zgrabnie wypolerowana, to aż pochwał brakuje. I chociaż nie jest to wcale najlepszy utwór w zestawie (sprawdźcie koniecznie ,,Ayla”), ,,Pelican” – pierwszy singiel z rzeczonego wydawnictwa – doskonale reprezentuje wszystkie zalety ,,Given to the Wild”. Brzmiąca jak encyklopedyczna definicja pojęcia ,,przestrzenne indie” piosenka jest czymś na kształt współczesnego ,,Bittersweet Symphony”: próbą zinterpretowania sensu życia w kilku rockowych minutach. Maccabees zaczynają swoją opowieść refleksyjnie: ,,So soon we’re too old to carry / We knew we only had a little while / In the middle keep ticking over / Before you know it, parent a parent”, by gorzko podsumować pęd życia: ,,And we go back to where we came from / Like those before and those to come / And now it’s the ever and the more / And again and again and again”, podczas gdy w tle ślicznie pogrywa jeden z przyjemniejszych riffów roku, a pomiędzy instrumentami jest tyle przestrzeni, że można by tam rozgrywać gwiezdne wojny, dzięki czemu słuchanie ,,Pelican” to miód na indie uszy. Ciężko upatrywać w chłopakach nowych The Verve, ale dobrze wiedzieć i należy chwalić, że są zespoły, które starają się względnie ambitnie podchodzić do bądź co bądż banalnej materii, jaką niewątpliwie jest prosta trzy i pół minutowa piosenka rozrywkowa. I w dodatku robią to całkiem bystrze, bez popadania w banały, dyrdymały i pościerane schematy.

 

 

 

 

7. ,,ill Manors” Plan B

Ben Drew ma jaja. Po sukcesie poprzedniego albumu ,,The Defamation of Strickland Banks” i popularności pochodzących zeń licznych przebojów (żeby przypomnieć chociażby ,,She Said”, ,,Prayin’”, czy ,,Stay Too Long”), Plan B odwrócił się od pomysłu pozostania kolejnym raperem, który po zdobyciu rozgłosu przeszedł na wybrukowaną grubą kasą stronę branży, by zamiast tego wrócić po kilku latach ciszy z brudnym, ciężkim i mało przystępnym dla przypadkowego słuchacza albumem. ,,ill Manors” jest ścieżką dźwiękową do filmu w reżyserii samego Drew, który opowiada o problemie brytyjskiej młodzieży z perspektywy kilku reprezentantów jej części zwanej potocznie marginesem. Całość otwiera singlowy utwór tytułowy, który z czystym sumieniem można nazwać najmocniejszym politycznym songiem, jaki znalazł się w zeszłym roku w głównym nurcie muzyki rozrywkowej. Mocne, surowe i ostre jak żyleta ,,ill Manors” niosą potężny elektroniczny refren, świetne przestrojone skrzypce, nienaganny flow Bena i bezpośredni, niejednokrotnie dosadny przekaz. Kiedy Plan B krzyczy ,,What you lookin’ at / You little rich boy?” ciężko powstrzymać się od podkręcenia volume, a gdy nawija o polityce i realiach codzienności szarych bloków (które okazują się być równie szare w Anglii, co u nas), starając się przekonać słuchacza, że opisywany gniew ulic jest uzasadniony (,,Don’t bloody give me that I lose my temper / Who closed down the community centre? / I killed time there, used to be a member / What will I do now ’till September? / School’s out, rules out, bring your bloody tools out”), nie sposób nie wziąć go na poważnie. Co prawda zwrot ,,głos pokolenia” ostatnimi laty stracił na znaczeniu, ale gdyby tak się nie stało, Plan B na pewno dostałby tę łatkę – podobnie jak jedenaście lat temu jego kolega po fachu The Streets. Ale wtedy Mike Skinner został wyróżniony za utwory o imprezowaniu, nie w głowie wówczas były mu wersy typu ,,Feed the fear, that’s all we’ve learned / Fuel the fire, let it burn” – niby ta sama Anglia, a nastroje zupełnie inne.

 

 

 

 

6. ,,Laura” Bat For Lashes

Wcześniej, przy okazji ,,All Your Gold”, nazwałem Natashę Khan Kate Bush epoki Radiohead, ale równie dobrze można określać ją mianem Leonarda Cohena artystek młodego pokolenia. Brytyjkę zawsze charakteryzowała zdolność tworzenia uduchowionej, nieco tajemniczej atmosfery w pięknych, subtelnych balladach; dzięki temu sam zakochałem się w niej po przesłuchaniu albumu ,,Two Suns”. W zeszłym roku osiągnęła ona perfekcję w swoim brzmieniu za sprawą ,,Laura” – jednej z najsmutniejszych piosenek niedawno rozpoczętej dekady. Używając oszczędnych, choć niezwykle skutecznych środków (cały utwór opiera się głównie na hipnotyzującym fortepianie i wokalu), Khan opowiada wzruszającą historię o ponadczasowości piękna, które przemija. Już sam prawie szeptany początek ,,You say that they’ve all left you behind / Your heart broke and the party died” jest dojmująco smutny, zaś piękny, wzniosły refren ,,You’re the train that crashed my heart / You’re the glitter in the dark / Laura, you’re more than a superstar” ma w sobie ładunek emocjonalny porównywalny z najbardziej wzruszającymi utworami wspomnianego mistrza Leonarda. Nawet cohenowski delikatny humor przez łzy znajduje tutaj pewne odzwierciedlenie: ,,You’ll be famous for longer than them / Your name is tatooed on every boy’s skin”. Podsumowując: ,,Laura” jest piękna.

 

 

 

 

5. ,,Inhaler” Foals

Foals pokochaliśmy z wielu powodów, ale dotychczas żadnym z nich nie były głośne gitary. Dotychczas, bo pod koniec zeszłego roku panowie ujawnili ,,Inhaler” – pierwszy singiel z zapowiedzianej na ten rok płyty ,,Holy Fire”. Ciężko powiedzieć co wówczas było większe: zaskoczenie związane z zaadoptowaniem przez typową foalsowską piosenkę prawie że hard rockowego brzmienia, czy zachwyt nad tym, jak fantastycznie to wyszło. ,,Inhaler” zaczyna się niewinnie – od charakterystycznego dla grupy pulsującego rytmu. Po chwili wokalista zaczepnie przemawia ,,Sticks and stones, they break my bones / You make believe”, by później napięcie było stopniowo budowane aż do refrenu, którego nikt się nie spodziewa: hałaśliwego, napakowanego testosteronem, przypominającego raczej Audioslave, niż dźwięki od autorów ,,Spanish Sahara”. Co jednak najbardziej wprawiające w zadumę, to że o dziwo wszystko tu jest na swoim miejscu: bombastyczny finał wydaje się naturalnie wynikać z reszty utworu i nie pozostawia słuchacza z rozdziawioną gębą, myślącego ,,co do cholery właśnie się stało?”. Taki rozwój twórczości, to ja rozumiem: nagiąć swoje brzmienie jak najodważniej, ale jednocześnie nie utracić ducha tego, co dla zespołu najbardziej charakterystyczne – bo pomimo elementu zaskoczenia, utwór ten wciąż brzmi jak stare, dobre Foals. Mają chłopaki talent, nie ma to tamto.

A wspomniałem, że to prawdopodobnie najzajebistsza piosenka o klaustrofobii ever? No to wspominam.

 

 

 

 

4. ,,Thinkin Bout You” Frank Ocean

Krótkie przyznanie się do orientacji homoseksualnej i Frank Ocean stał się jednym z najgorętszych nazwisk medialnych 2012. Wyznanie młodego gwiazdora dało mu popularność przyćmiewającą wszystkie uprzednie dokonania muzyczne, windując go na szczyt muzycznego tabloidyzmu i dając nieoczekiwanie wielką popularność. I chociaż dziś plotkarskie media nie rozprawiają już na temat innych ,,ukrywających się” gejów z branży, doniesienia o panu Ocean wciąż niektórych interesują. Jednak na szczęście dla niego, nie jest to przez jego szczerość medialną, ale z drugiego powodu, dla którego w zeszłym roku było o nim głośno, a który niesłusznie zszedł na dalszy plan: bo Frank Ocean nagrał kawał niezłej muzyki, który teraz daje mu miejsce na wielu listach the best of 2012. I nie inaczej jest z Sidemainstream.

,,Thinkin Bout You” to pierwszy singiel z fantastycznie przyjętego przez krytyków ,,Channel Orange”, przełomowej drugiej płyty wokalisty. W odróżnieniu od ,,Pyramids” z miejsca 11. mojego rankingu, nie ma tu kompozycyjnych i aranżacyjnych kombinacji alpejskich, czy innych dłużyzn – to najzwyklejsza w świecie 3,5 minutowa ballada R&B. Spośród rzeki podobnych wyróżnia ją jednak kilka cech: po pierwsze, jest zwyczajnie śliczna – wpada w ucho jak śpiew ptaków na polanie w słoneczny letni dzień, natychmiast wprowadzając w pozytywny, odrobinę leniwy nastrój; to wiąże się z cechą nr dwa: tworząca nieco ,,magiczny” nastrój kapitalna produkcja, dzięki której kawałek brzmi zarazem klasycznie, jak i nowocześnie; po trzecie: chłopak umie śpiewać, a jego nienaganny falset w refrenie, chociaż kapkę nieoczekiwany, pasuje jak ulał i nie wyobrażam sobie, by zastąpić go jakimkolwiek innym zagraniem; w końcu po czwarte i ostatnie: bo jest to ballada niegłupia, dobrze napisana, z kilkoma niebanalnymi tekstami (,,Since you think I don’t love you, I just thought you were cute / That’s why I kissed you”), także zawierająca (być może, a być może nie) ukryte odniesienia do aspektu seksualności autora. Innymi słowy: najlepsze, co R&B dało światu muzyki w roku 2012.

 

 

 

 

3. ,,Oblivion” Grimes

Może i Frank Ocean zawojował zeszłym rokiem medialnie, ale jeśli posłuchać krytyków, 2012 miał jednak innego króla, a raczej królową – niepozorną blond Kanadyjkę o dziewczęcej urodzie i nazwisku Claire Boucher, znaną szerzej jako Grimes. W tymże roku panna Boucher nagrała ,,Vision” – swój czwarty album w ciągu dwóch lat (!!), a pierwszy, który przyniósł jej ogólnoświatowy rozgłos. Premiera płyty zgrała się w czasie z przeżywającą drugą młodość modą na synth pop, reprezentując jego trzeci najbardziej płodny i rozchwytywany ostatnimi czasy typ (zaraz po skandynawskim i brytyjskim): kanadyjski. ,,Visions” dostarczyło solidną porcję alternatywnego popu opartego na syntezatorach, wyróżniającego się dziecięcym głosem Boucher i paroma smakowitymi smaczkami cdźwiękowymi, ale na szczęście bogatego w zwyczajnie dobre utwory – nie ma więc mowy o ukrywaniu nijakich piosenek za zasłoną sztuczek producenckich. Najlepszym dowodem na to jest ,,Oblivion”, być może najciekawszy syntezatorowy singiel ostatnich kilku lat.

Chciałem zdemaskować pozorną zwyczajność ,,Oblivion”, ukazując jak pod przykrywką niby niewyróżniającej się z tłumu, nieco ulotnej piosenki kryje się elektroniczne monstrum, ale po co kombinować: ten kawałek po prostu powalił mnie na kolana już po pierwszym przesłuchaniu. Pulsujące, hipnotyzujące klawisze idealnie współgrają z eterycznym wokalem Grimes, tworząc klimat niczym z bajki ze snu. Słuchanie ,,Oblivion” jest jak obcowanie z czymś aż nazbyt przyjemnym i słodkim (bardzo mocno wytężałem wyobraźnię starając się wymyślić obrazowe porównanie, i jedyne, co mi przyszło na myśl, to przejażdżka Jaguarem E-Type brzegiem morza w słoneczny dzień, pijąc szampana i będąc karmionym owocami w gorącej polewie czekoladowej przez Audrey Hepburn ujeżdżającą jednorożca. Tak, mocno wytężyłem wyobraźnię). A kiedy przebijemy się przez onieśmielającą warstwę słodkości, magii i brokatu, odkrywamy drugą głębię ,,Oblivion”: tekst o samotności i potrzebie znalezienia partnera, zamaskowany jako opis niebezpieczeństw i trudności spacerów po zmroku. ,,I never walk about / After dark / It’s my point of view / That someone could break your neck / Coming up behind you, always coming and you never have a clue”? Zaskakująco niepokojące, to mało powiedziane – zahaczamy o klimaty brutalnego horroru. W tym kontekście daje do myślenia finałowe zdanie, powtarzane w kółko ,,See you on a dark night”, które może być zarówno zaproszeniem do trudnego związku, jak i rzuceniem wyzwania: wiem jakie w nocy czyha zło i jak się go ustrzec, ale nie wiem jak ty jesteś na to przygotowany, więc lepiej dotrzymaj mi kroku, bo inaczej skończysz w rynsztoku ze skręconym karkiem. Chociaż może właśnie takiego przekazu należy się spodziewać po piosence brzmiącej jak troskliwe misie na ecstasy jedzące fondue?

Jednym słowem: perełka.

 

 

 

 

2. ,,Runaways” The Killers

Pal licho, że nie zapałałem miłością do tej piosenki od pierwszego przesłuchania. Odpuśćmy sobie na chwilę problem tożsamości The Killers, wciąż niepewnych czy wolą być amerykańskimi klasykami rocka, nowymi U2, a może następcami Pet Shop Boys. Nieważne, że ten utwór brzmi jak Bruce Springsteen nawet bardziej, niż jak ich własny numer. Nie ma też co się przejmować, że ów kawałek nie jest tak przebojowy, jak przewodnie single z poprzednich albumów killersów – coś, w czym Brandon Flowers i spółka zawsze wydawali się najmocniejsi. To wszystko przestało mieć dla mnie znaczenie kiedy już wpadłem w ,,Runaways” po uszy.

Dlaczego? Bo to być może najlepszy, najbardziej uczciwy i wiarygodny hołd złożony ,,Bossowi” Springsteenowi przez ,,młodą” kapelę z ostatniej dekady, swoista odpowiedź na kultowe ,,Born to Run”: ,,Runaways” jest romantyczne, naiwne, rozbuchane, porywcze i słodko-gorzkie jak sama młodość, o której opowiada – idealny song dla upadłego bohatera przerwanego amerykańskiego snu spod pióra autora ,,The River” i ,,Darkness on the Edge of Town”. Bo to klasyczne brzmienie melodyjnej muzyki rockowej w pigułce, bez zabawy w unowocześnianie – czysty vintage, tylko wypolerowany, by nie zgrzytał. Bo to najbardziej perfekcyjna piosenka The Killers – może i nie najbardziej zapadająca w pamięć, chwytliwa czy przebojowa, ale za to idealnie zbalansowana: odznacza się idealną równowagą pomiędzy zwrotkami i refrenem, muzyką i tekstem, ego Flowersa i talentem reszty zespołu; innymi słowy: to najlepiej wyprodukowany numer w karierze grupy. I w końcu: bo fragment ,,We got engaged on a Friday night / I swore on the head of our unborn child / That I could take care of the three of us / But I’ve got the tendency to slip when the night gets wild / It’s in my blood” jest jednym z najlepszych tekstów, jakie można było usłyszeć w muzyce z głównego nurtu w zeszłym roku.

Gratulacje, panie Flowers – znowu się panu udało.

 

 

 

 

1. ,,Chained” The xx

Sajdmejnstrimowym singlem roku 2012 zostaje ,,Chained” The xx: niepozorna, dyskretna ballada o nieskomplikowanej budowie. Rzecz tak niepozorna i dyskretna – wręcz minimalistyczna, że większości z Was mogło umknąć, iż w ogóle wyszła na singlu, do tego w parze z niezłym teledyskiem. ,,Chained” nie nosi znamion ,,utworu roku”, którymi odznaczali się zwycięzcy moich rankingów z lat poprzednich: nie ma przebojowości ,,Rolling in the Deep”, nie jest rozbuchane jak ,,Runaway”, w końcu nie jest charakterystyczne i zaskakujące jak ,,Papillon”. Istnieje nawet szansa, że słuchając tego utworu po raz pierwszy nieuważnie, może on ulecieć w powietrze nie zakotwiczając na dłużej w uszach, zostawiając jedynie wrażenie rozczarowująco prędkiego finału.

A jednak ,,Chained” to mój ulubiony singiel wydany w zeszłym roku, i to z kilku powodów.

Po pierwsze – bo na tej liście jest wiele utworów opowiadających o nieszczęśliwej miłości, rozpadzie związków i trudach życia z drugą osobą, ale żadnemu nie wychodzi to tak boleśnie skutecznie, jak właśnie ,,Chained”. Rzecz zaczyna się od szumu dzwoniących talerzy uspokojonego basem, by Oliver Sim słowami ,,I watched you breathe in / And I wished you’d stop” mógł rozpocząć dialog z drugim głosem xx, Romy Madley Croft, która mu odpowiada ,,It’s hard to say”. I w ten sposób znajdujemy się w środku rozmowy między poróżnioną parą, tuż po wielkiej kłótni, kiedy najgorsze emocje opadły i byli kochankowie chcieliby do siebie wrócić, ale niestety takie rzeczy nie są łatwe – szczególnie kiedy uczucia zaczęły się wypalać. ,,Separate or combined / I ask you / One last time” pyta Smith, a Croft wcina się kończąc pytanie za niego: ,,Did I hold you too tight / Did I not let enough light in”. ,,If a feeling appears / If your mind should sway / It’s not a secret you should keep / I won’t let you slip away” on przekonuje, co prowadzi ją do emocjonalnej kulminacji utworu: ,,We used to be closer than this / Is it something you miss”. Nieoczekiwana solówka gitarowa mogłaby odpowiadać kolejnej eskalacji negatywnych emocji równie dobrze, jak sugerować chwilowy nawrót miłości, ale powtórzenie retorycznego pytania w finale nie pozostawia wątpliwości: ta historia nie kończy się happy endem. Co więcej, nie znajduje rozsądnego wyjaśnienia w ogóle: nagle urywa się gwałtownie i bez ostrzeżeń. ,,Chained” nie jest jedną z wielu piosenek mówiących o trudnej miłości – ona wrzuca słuchacza bezpośrednio w jej środek, pozwalając przeżyć ją w poetycki sposób, zamiast zarzucać go mądrościami i sloganami; każe się skupić i przeżyć, nie tylko słuchać i przytakiwać.

Po drugie – ponieważ to utwór tak wyjątkowy muzycznie, że nie mógłby powstać w żadnej innej dekadzie. Już na swoim wybitnym debiucie The xx zachwycali wyjątkowym i zachwycająco oryginalnym brzmieniem, ale dzięki ,,Chained” zaliczyli awans o kolejny poziom. Skrzyżowanie elektroniki z indie rockiem nie jest niczym oryginalnym, ale młodzi londyńczycy wynaleźli własne podejście do tej materii. Postawili na maksymalny efekt przy minimalnych środkach poprzez chwilami niemalże ascetyczną oszczędność: elektronika subtelnie szemrze w tle, bas stara się być jak najmniej inwazyjny, a gitarę elektryczną sprowadzono zaledwie do jednej solówki, w dodatku genialnie prostej. ,,Chained” to mistrzostwo The xx w operowaniu ciszą: zamiast jedynie ją wypełniać, każdy dźwięk musi współgrać z nią i z każdym innym nawzajem, hipnotyzując słuchacza, ale jednocześnie dając mu okazję do refleksji. Całość do tego brzmi bardzo świeżo, a we wszystkim zasługa trzeciego członka grupy, Jamiego Smitha – jednego z najzdolniejszych producentów młodego pokolenia. ,,Chained” to brzmienie alternatywnej ballady XXI wieku w swojej doskonałej formie; nowoczesność, która już teraz pachnie klasyką.

Po trzecie – gdyż to zapis życiowej formy zespołu na topie. Jeśli ,,Rolling in the Deep” było punktem szczytowym twórczości Adele dzięki spotęgowaniu najlepszych cech twórczości wokalistki, to ,,Chained” jest czymś podobnym dla xx: romantyzm jest tu jeszcze romantyczniejszy, cisza jeszcze cichsza, a atmosfera gęstsza niż dotychczas, całość zaś spowita typowym dla zespołu smutkiem. A wszystko to skupione w utworze trwającym mniej niż 3 minuty. Najlepsze krótkie the best of, jakie zespół mógł sobie wymarzyć.

Rozumiem, że pomimo powyższych argumentów, wciąż można czuć się nieprzekonanym: dla wielu osób ,,Chained” może nie brzmieć jak coś wiekopomnego, a do tego piosenka została pominięta w rankingach najbardziej opiniotwórczych zachodnich mediów muzycznych. Należy jednak pamiętać, w gruncie rzeczy każdy ranking to rzecz mocno subiektywna i z zasady wzbudzająca głosy dyskusji, więc z reguły wszystkie takie zestawienia są o dupę otrzaskać. Oczywiście nie namawiam Was do zrobienia tego z niniejszym, ale jeśli ktoś miałby ochotę podyskutować na ten temat, to zapraszam.

Podsumowując: najlepszym singlem 2012 roku według Sidemainstream zostaje ,,Chained” The xx. Gratulacje, nagrodę prześlemy pocztą.

 

 

 

 

 

Reklamy
Posted in Top

2 thoughts on “Top 50 Single 2012: 10-1

  1. Zaskoczyłes mnie bardzo pozytywnie. Nawet oniemiałam. Spodziewałam się Grimes albo Frank Ocean na miejscu pierwszym. A tu prosta muzycznie, ciężka emocjonalnie, zakończona ostrym cięciem ballada. Nie mogłam się przekonać do Chained, bo za bardzo przypomina utwory z pierwszej płyty. Masz umnie plusa za the XX, Laure i Machabeuszy. Bardzo mnie cieszy, że Top lista staje się osobista a nie taka sama jak wszystkie inne.

  2. pamiętam, jak w zeszłym roku chyba na trójce usłyszałem jeden z utworów tutaj i tytułu nie znałem :D musiałem po googlach szukać tekstu piosenki a potem na YT w końcu znalazłem ‚hold on’ alabamy :D od dawna w ulubionych… sporo ciekawych klimatów się zebrało w tej dziesiątce swoją drogą… :)

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s