W HOŁDZIE OKŁADKOM

Osiemnasty kwietnia 2013 roku był smutnym dniem dla rocka: zmarł Storm Thorgerson, postać symboliczna dla muzyki rozrywkowej. Jeśli jakimś cudem umknęła Wam ta wiadomość i nie jesteście do końca pewni kim ów Storm był, spieszę wyjaśnić, że nie nagrał w życiu żadnej piosenki, ani takowej nie napisał (a w każdym razie niczego, o czym byłoby głośno). Nie był producentem ani menadżerem, nie wpływał na współpracę między zespołami ani artystami solowymi. Nie był także żadnym celebrytą kręcącym się po obrzeżach rocka niczym Kate Moss. Nie, Thorgerson był odpowiedzialny za jedno z najbardziej niewdzięcznych (po byciu członkiem obsługi technicznej i muzykiem sesyjnym) zadań w świecie muzyki: projektował okładki płyt.

Kojarzycie łamiące się w pryzmacie światło z okładki ,,Dark Side of the Moon” Pink Floyd? To jego dzieło. A skierowane ku sobie kamienne twarze z ,,Division Bell” tej samej grupy? To też Thorgerson, podobnie, jak i większość pozostałych okładek albumów Pink Floyd. Blondwłose dzieci wspinające się po kamiennych schodach ilustrujące ,,Houses of the Holy” Led Zeppelin? Storm. Gigantyczne oko przyglądające się nagiemu mężczyźnie na pustyni z ,,Bury the Hatchet” The Cranberries? Storm. Anglik norweskiego pochodzenia specjalizował się w okładkach mocno nacechowanych symbolicznie, niejednoznacznych i intrygujących. Niezależnie od tego, czy bardzo proste w swoim koncepcie, czy też odrobinę przekombinowane, okładki Thorgersona wyróżniają się pośród wielu innych walorami artystycznymi i zwyczajnym przykuwaniem oka (nawet jego beznadziejne prace wykonane dla Scorpions ciężko przeoczyć lub zapomnieć) . Co również ważne, nie utknął on w przeszłości, jak wielu artystów zbierających laury w latach siedemdziesiątych, i pozostał aktywny i twórczo świeży niemal do końca swych dni: oprócz kanonicznej współpracy z m.in. wspomnianymi Pink Floyd i Led Zeppelin, a także wieloma innymi artystami z tamtych czasów (żeby wspomnieć chociażby Petera Gabriela, Wishbone Ash czy Rainbow), kariera Anglika rozwijała się w latach dziewięćdziesiątych (okładki dla m.in. Dream Theater, Bruce’a Dickinsona i Anthrax), aby w XXI wieku cieszyć kolejne pokolenia jego niewątpliwym talentem na okładkach takich zespołów, jak Audioslave, Muse albo The Mars Volta. Nawet w tym roku, pomimo jego długiej i męczącej walki z rakiem, fani Thorgersona mogli cieszyć się kolejnym, ostatnim dziełem artysty ujawnionym za jego życia: klimatyczną okładką do albumu ,,Opposites” Biffy Clyro. W latach osiemdziesiątych Thorgerson trochę odpoczął od okładek i przez dziesięć lat bawił się w tworzenie teledysków, między innymi dla Pink Floyd, Nika Kershaw, Bruce’a Dickinsona i Yes.

 

oppos2013

,,Opposites” Biffy Clyro (2013)

 

Jak widać, CV ów artysta miał imponujące. Gdyby jednak wziąć losowego przyzwoicie wykształconego fana muzyki, samo nazwisko Storm Thorgerson zapewne niewiele by mu powiedziało bez wskazania przykładów jego twórczości. Wiąże się to ze wspomnianym przeze mnie niewdzięcznym charakterem tej pracy – choć myślenie o tym przychodzi mi z bólem serca, znaczenie okładek płyt jest przez bardzo wielu słuchaczy marginalizowane: w pierwszej kolejności doceniane są muzyka i teksty, następnie teledyski i szerokopojęty imidż artysty, a dopiero na końcu (albo przy okazji) okładka. I nawet jeśli komuś bardzo się to nie podoba, taka jest prawda na temat lwiej części odbiorców muzyki; owszem, tych ,,mniej w temacie”, ale jednak w niemałej liczbie.

A szkoda to wielka, bo aby naprawdę docenić wkład pracy włożony przez grupę ludzi chcących dostarczyć swoim fanom towar zwany albumem muzycznym, należy pochylić się nad jego kompleksowością, w którą wlicza się warstwa wizualna, oznaczająca nie tylko imidż artysty i klipy, które są dla niego kręcone, ale i wygląd opakowania, w którym serce ów towaru – płyta – się mieści. Kluczowe miejsce tutaj zajmuje okładka, która powinna zarazem skupiać wzrok przyszłego słuchacza i zainteresować go materiałem, który skrywa, graficznie prezentować ten materiał wzbogacając go estetycznie oraz reprezentować artystę i jego twórczą ścieżkę. Opowiadając kiedyś o pierwszej płycie U2, Bono powiedział, że do ideału w odbiorze jej można się zbliżyć jednocześnie słuchając albumu i patrząc na jego okładkę. I chociaż świadom jestem skłonności Irlandczyka do wyolbrzymiania i plecenia andronów, świetnie obrazuje to, że okładka to nie tylko wymóg wytwórni, ale i jeden z przejawów twórczości muzyka. W genialnej paradokumentalnej komedii muzycznej ,,This Is Spinal Tap” jest scena, w której zespół złożony z oddanych swojej muzyce, ale niespecjalnie inteligentnych facetów jest oburzony z powodu odrzucenia przez wytwórnię projektu okładki dla nowej płyty, który sami opracowali. Panowie wierzyli, że ich pomysł doskonale reprezentuje wartości, którym hołdują swoim życiem i muzyką, ale ważniacy z góry ośmielili się przeciwstawić okładce ogniskującej seksizm, szowinizm, pornografię i wykorzystywanie drugiego człowieka w jednym obrazku i w zamian zaproponowali, by okładka albumu była po prostu czarna – bez żadnych ozdobników. Członkowie zespołu z początku uznali to za przejaw cenzury i obrazę, ale po chwili zaczęli się nieco na siłę przekonywać do tego pseudo-konceptu, interpretując czerń na różnorakie sposoby i wymyślając co ona o nich mówi. Mówi się, że nie wolno oceniać książki po okładce, ale w przypadku płyt jest nieco inaczej: to ona właśnie jest pierwszym wyznacznikiem jakości danego produktu muzycznego.

Okładka bowiem to nie tylko dodatek: jest wiele przypadków płyt, które mogłyby nie odnieść równie wielkiego sukcesu, gdyby nie dedykowane im ilustracje. Gdyby na okładce wspomnianego ,,Dark Side of the Moon” nie było znanego pryzmatu, tylko np. zwykłe zdjęcie Pink Floyd pozujących na niewyróżniającym się tle, wciąż mówilibyśmy o tym albumie jako o arcydziele, ale z pewnością nie byłby tak rozpoznawalny na masową skalę, jak to jest po dziś dzień. Czy legenda ,,Nevermind” Nirvany byłaby równie wielka, gdyby nie jej kontrowersyjna okładka? Czy kult wokół twórczości (nie fenomenu społeczno-kulturowego) The Beatles nie uległby drobnemu zmniejszeniu, gdyby ,,Abbey Road” i ,,Sgt. Pepper’s Lonely Hearts Club Band” zamiast swoich legendarnych obrazów na okładkach miały twarze Lennona i McCartneya? Te obrazy nie tylko utknęły w pamięci fanów wspomnianych zespołów, ale i znalazły swoje miejsce w historii popkultury XX i XXI wieku. Podobnych przykładów jest wiele: ikoniczna okładka pierwszej płyty Elvisa Presleya (później genialnie przerobiona na ,,London Calling” The Clash), enigmatyczna ilustracja ,,Unknown Pleasures” Joy Division (po latach pożyczona na potrzeby promocji Myszki Miki przez Disneya [sic!!] ku wielkiej złości fanów Iana Curtisa), czerwona róża z ,,Violator” Depeche Mode, banan autorstwa Andy’ego Warhola na okładce longpleja The Velvet Underground – to obrazy, które na tyle skutecznie ,,wryły się” w popkulturę, że wiele osób rozpoznaje je nie posiadając dużej wiedzy na temat artystów, które reprezentują. Być może najbardziej dobitnym dowodem na znaczenie okładki jest tzw. Czarny Album Metalliki – legendarna płyta grupy z ’91 roku, która została ochrzczona mianem ,,czarnego albumu” właśnie ze względu na jej ciemną okładkę. Co ciekawe, ta popularna nazwa jest używana częściej niż faktyczny tytuł albumu, którym jest po prostu ,,Metallica”; osobiście znam osobę, która kiedyś rozmawiając o tej płycie i chcąc być poprawnym z fanowskiego punktu widzenia, mylnie nazwała ją ,,The Black Album”.

 

darkside73

,,Dark Side of the Moon” Pink Floyd (1973)

 

Pomimo oczywistych argumentów za tym, jak ważna jest dobra okładka, wielu słuchaczy i artystów lekceważy ten element jako najmniej nośny. Skłamałbym mówiąc, że kiedyś było lepiej, a teraz to dno i bąbelki – gdyby przejrzeć listy najgorszych okładek wszech czasów, większość z nich pochodziłaby sprzed wielu lat. Szkopuł tkwi w tym, że w zasadzie ciężko jednoznacznie nazwać ten fakt problemem, ponieważ wszystko sprowadza się do kwestii gustu: jeśli zła muzyka jest rozchwytywana i okraszana złymi teledyskami, to dlaczego reprezentujące ją okładki nie miałyby być złe? Dla wielu osób okładka po prostu nie ma znaczenia, bo nie można jej – cóż za banał! – powtarzać w odbiorze: raz się na nią spojrzy i już. Stąd znienawidzone przez niektórych okładki prezentujące zwyczajne zdjęcia (najczęściej zbliżenia twarzy) muzyków ukrywających się za danym materiałem, obmyślane według zasady: jak ludzi kręci atrakcyjna osoba w teledysku, to na półce będą chcieli mieć jej zdjęcie. Czasem mało wyszukane okładki są wynikiem lenistwa czy zaniedbania twórców, bądź brakiem pomysłów albo funduszy na coś oryginalnego. Innym razem pomysł autora okładki może zostać niezrozumiany przez odbiorców albo niebezpiecznie wahać się na cienkiej granicy pomiędzy artystycznym sukcesem i klęską. Kilka lat temu angielski zespół rockowy Hard-Fi na okładce swojej drugiej płyty umieścił biały napis NO COVER ART. na żółtym tle, co miało być pstryczkiem w stronę wytwórni pompujących kasę w imidż sponsorowanych przez siebie kapel. Niestety dla zespołu, ,,Once Upon a Time in the West” okazało się kiepskim albumem, a niespecjalnie udana okładkowa gra z establishmentem została uznana za pretensjonalną, zaś wszystko łącznie skończyło się na kilkuletniej przerwie w działalności grupy i uznaniu ,,bezokładkowego” konceptu za jedną z najgorszych ilustracji dekady.

Jest jeszcze jeden, znacznie poważniejszy problem, z którym dzisiaj mierzyłyby się okładki, gdyby miały możliwość decydowania o sobie samych. Od czasu stworzenia współczesnego pomysłu okładki płytowej pod koniec lat trzydziestych XX wieku, głównymi źródłami zmian w tej sztuce były rozwój technologii i zmiany nośników muzyki. W tym momencie jesteśmy już za progiem rewolucji cyfrowej i komputerowe pliki muzyczne coraz skuteczniej zajmują miejsce tradycyjnych płyt. W związku z tym, zmienia się też rola okładki: ponieważ graficzne reprezentowanie materiału muzycznego w tradycyjny sposób nie jest odpowiednie dla nośników cyfrowych, pliki z muzyką często zawierają plik graficzny będący raczej czymś w rodzaju dodatku doń, nie jego przedstawicielem. Różnica jest szokująco oczywista: albumy w plikach wybierane są często według uznania muzyki i/lub artysty, zaś w przypadku albumów tradycyjnych to okładka przykuwa uwagę jako pierwsza. Okładka jest integralną częścią wydawnictwa płytowego, wstępem do obcowania z muzyką, zaś plik muzyczny to tylko skondensowane dźwięki – bez graficznej otoczki muzyki, okładka traci swoje zwyczajne znaczenie. Czasem zdarza się, że słuchacze kupują płyty skuszeni wyglądem okładki: przyznała się do tego nawet żywa legenda polskiego dziennikarstwa muzycznego Piotr Kaczkowski w wywiadzie telefonicznym ze Stormem Thorgersonem właśnie. Owszem, wciąż są artyści dbający o wizualną stronę swojej twórczości w dobie komputerów – vide Bjork i jej audowizualny projekt ,,Biophilia” – ale cała kwestia rozbija się o przykrą dla muzycznych purystów i ortodoksów sprawę tzw. pokolenia mp3, które wygodę pojedynczych plików muzycznych przedkłada nad złożoność płyt długogrających.

Chociaż nie śmiałbym prorokować śmierci okładki i daleki jestem od odsądzania całej dzisiejszej muzyki od czci i wiary z powodu nieco słabnącej siły tradycji graficznej strony płyt, śmierć Storma Thorgersona w czasach rządów iTunes uważam za wydarzenie tym smutniejsze, że poniekąd symboliczne. Jak długo będą ludzie doceniający sztukę w muzyce, tak długo dobre okładki pozostaną w modzie, ale osiemnastego kwietnia 2013 roku ta wartościowsza część świata muzyki straciła potężne oręże w postaci człowieka, który tworzył dzieła będące ikonami swojej sztuki. I nawet jeśli zdarzało się, że dla muzyki rozrywkowej okładki płyt tworzyli artyści lepiej rozpoznawalni, np. Andy Warhol, Anne Leibovitz, Anton Corbijn czy H.R. Giger, to ciężko wyobrazić sobie historię rocka bez Thorgersona i jego okładek Pink Floyd.

 

wish75

 

,,Wish You Were Here” Pink Floyd (1975)

anim77,,Animals” Pink Floyd (1977)

MI0001903179,,Houses of the Holy” Led Zeppelin (1973)

gab78,,Peter Gabriel” Peter Gabriel (1978)

gab80,,Peter Gabriel” Peter Gabriel (1980)

stom95,,Stomp 442″ Anthrax (1995)

bury99,,Bury the Hatchet” The Cranberries (1999)

aud02,,Audioslave” Audioslave (2002)

fra05,,Frances the Mute” The Mars Volta (2005)

only09,,Only Revolutions” Biffy Clyro (2009)

Reklamy

3 thoughts on “W HOŁDZIE OKŁADKOM

  1. good point! ja jeśli tylko mogę to do itunesa zawsze wrzucam pliki z okładkami (no chyba że mi koliduje potem na ipodzie) po prostu muszę mieć psychiczny spokój, że każdy kawałek jest poprawnie oznaczony grafiką – od razu się wtedy słucha inaczej! niektórzy artyści, wydawać by się mogło, że do obrzydzenia serwują powtarzające się motywy wraz z każdym nowym wydawnictwem (np. Cypress Hill i trupie czaszki albo wizerunek Bjork na każdej jej płycie) ale i tak w wielu wypadkach te okładki czymś się różnią – małymi detalami ale zawsze – i to mi się podoba! czasem płyta danego artysty jest tak dobra, że urasta do miana kultowej, a wraz z nią towarzysząca jej okładka! wraz z rosnącą popularnością słuchacz może drogą kupna i sprzedaży nabyć taką okładkę w formie plakatu i powiesić sobie nie wiem… nad łóżkiem choćby! ja sam mam taki jeden w pokoju. utrwala mi się wtedy przekonanie, że ten ktoś nagrał naprawdę kawał porządnej muzyki! mi osobiście podobają się okładki stuningowane komputerowo i trochę oderwane od rzeczywistości, czyli znakomita większość jaka jest dostępna dziś. najsłabsze są takie, które są na 1 kolor z jakimś tam złotym-srebrnym napisem, jak np. greatest hits nirvany…

  2. Dramatyzujesz :)
    Ja tam lubię czasami wybrać się do Empika i pośmiać z okładkowych potworków.
    Inna sprawa: przeglądając newalbumreleases.net w poszukiwaniu nowości płytowych regularnie interesuję się zespołami, których okładki są oryginalne.
    Kilka perełek już tak dla siebie odnalazłem.

  3. Pingback: Podsumowanie akcji “Czytaj to, co dobre 2013″ | Oko na kulturę

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s