RANKING PŁYT 2013, CZĘŚĆ II

Witamy ponownie! Oczekiwanie na dalszą część rankingu troszkę trwało, ale tak być musiało, żeby utrzymać wszystkich w odpowiednim stanie napięcia i oczekiwania. Zatem wszyscy cierpliwi zostają nagrodzeni, bo dziś czas na drugą część rankingu najlepszych płyt 2013 roku. Odliczamy!


MI000366758510. Arcade Fire – Reflektor

Rozdający obecnie karty w trendach muzycznych Kanadyjczycy z Arcade Fire popełnili pełen blasku i przebojowych uniesień Reflektor. Płyta nie ociera się co prawda o geniusz poprzedniczki The Suburbs, ale absolutnie nie wpływa to na ogólną ocenę poziomu wydanego albumu. Ten wciąż jest wysoki i pozwala Arkejdom spokojnie utrzymać miejsce w pierwszej dziesiątce poniższego rankingu. Przebojowe single w postaci tytułowego Reflektora i Afterlfe oraz zabawa brzmieniem w mocno podrasowanym produkcyjnie sosie są znakami rozpoznawczymi ostatniej produkcji zespołu. Wraz z tą płytą wzrosła również medialność grupy, dlatego choćby z tak błahego powodu warto sprawdzić, co ciekawego możemy na niej znaleźć. Więcej o płycie: tutaj.

KW9. Kanye West – Yeezus

Ostatni solowy krążek Kanye Westa okazał się być tak wielkim przebojem, że ciężko było podejrzewać, iż raper będzie jeszcze w stanie wyprodukować coś na zbliżonym poziomie. Przy okazji nowego albumu można się było nastawiać zatem na bardziej marketingową pompę niż na powtórkę z rozrywki. Szczególnie, kiedy ma się na tyle duże ego i tupet, aby nadać mu nazwę – Yeezus. Nic jednak bardziej mylnego! Promocja płyty okazała się bardzo specyficzna w formie, okładka ubogo śmieszna, a sam materiał tak odmiennie różny od My Beautiful Dark Twisted Fantasy, że ciężko uwierzyć, że mogą to być dzieci jednego artysty. Minimalizm na który tym razem postawił Kanye, okazał się być strzałem w 10, gdyż świetnie kontrastuje z poprzednim dziełem, będąc również jedną z najbardziej oryginalnych pozycji w tym roku. Napędzany takimi kawałkami jak Black Skinhead czy I Am God nie nudzi i po raz kolejny wyznacza nowy kurs muzycznych, a momentami także i chorych dążeń wizjonera. Zabieg się jednak udał, więc uszanowanko i tym razem, panie West!

Push the Sky Away8. Nick Cave & The Bad Seeds – Push The Sky Away

Ojjj, Nick Cave to wie jak się piosenki robi. Po ostatnich żywiołowych produkcjach w projekcie Grinderman, artysta wraz z The Bad Seeds wraca do bardziej stonowanego, poetyckiego, żeby nie powiedzieć duchowego stylu. Muzyka jest tu na dobrą sprawę tylko przygrywką do płynących opowieści songwritera, choć idealnie komponuje się z tym, co Cave ma do powiedzenia. Ogółem na Push The Sky Away spotkamy dziesięć ballad, z których każda poraża wyszukaną subtelnością i intymnością. Wystarczy na przykład podać tylko Jubilee Street czy We No Who U R. Szczęścia nie znajdą tu poszukiwacze wyraźnych pozycji singlowych w sielankowym stylu, za to zostaną nagrodzeni wszyscy Ci, którzy lubią zadumę i męczenie się nad konkretnym kawałkiem i krążkiem. Parę smaczków w związku z tym będzie można wyłapać w samej treści, a i klimatu na pewno nie zabraknie. O płycie więcej: tutaj.

ML7. Major Lazer – Free The Universe

Niewątpliwie jedna z największych niespodzianek mijającego sezonu i najlepsza pozycja taneczna w zestawieniu. Naszpikowany najróżniejszymi gośćmi album jest istnym killerem dancingowym, który sprawia praktycznie taką samą frajdę przy każdym kolejnym odsłuchaniu. Nawet największe smutasy nie pozostaną obojętne na pozytywne melodie, jakie można na Free The Universe odnaleźć. Zresztą czego tu nie idzie wyłapać: elektronika, dancehall, reggae, dubstep, bounce, pop… i to wszystko zmiksowane i przetasowane na różne sposoby. Jeśli ktoś został zaskoczony nagłym zorganizowaniem imprezy we własnym domu i nie wie jak zabawić gości to nie trzeba improwizować – wystarczy puścić prawie godzinny materiał z Get Free, Jet Blue Jet czy Watch Out For This na czele i wszystko powinno się samo rozwiązać. Aż strachem napędzają myśli o tym, co ten materiał jest w stanie zrobić z człowiekiem podczas koncertu…

VW 36. Vampire Weekend – Modern Vampires Of The City

Ostatnia płyta bożyszczy wszelkiego nurtu hipsterskiego i indie przeszła w mediach trochę niezauważenie. Zaskakujący to fakt z tego względu, że jest to najlepszy album w dorobku wampirzej kapeli. Bardzo równa melodyjnie i tekstowo, utrzymana cały czas w pozytywnej konwencji, z konceptem i ze świetnymi singlami (Diane Young, Ya Hey oraz Step) płyta cieszy uszy aż miło. Powiedzieć, że ten album daje radę to tyle, co nic. Vampire Weekend udowadniają tym samym, że tkwiące w nich ogromne pokłady potencjału nie są eksponowane na wyrost i trochę mają pecha, że trafili na tak silną konkurencję w tym roku, bo chciałoby się Modern Vampires of The City jakoś bardziej wyróżnić. Niemniej ludzie o pozytywnym nastawieniu, szukający niegłupich lirycznie wrażeń powinni w ciemno pukać pod ten adres i daję gwarancję, że się nie rozczarują.

MI00036667745. Eminem – MMLP2

Najbardziej biały z raperów i jeden z bardziej komercyjnych współcześnie artystów postanowił zmierzyć się ze swoją legendą i poszedł na bitwę z klasykiem Marshall Mathers LP, wystawiając do walki w drugim narożniku sequel tego krążka. Ryzyko to było naprawdę spore, bo okraszone przekreśleniem dotychczasowej kariery nie tylko przez krytyków, ale i samych fanów, lecz ostatecznie okazało się być opłacalne. Co ciekawe, Eminem na MMLP2 nie porzuca towarzyszącej mu ostatnio nad wyraz często komercyjnej otoczki, odcinając się nawet w pewnych aspektach od swojej przeszłości, co nie wpływa na wysoką jakość tego, co usłyszymy. Oprócz tekstów i producenckiej ręki Ricka Rubina, czynnikiem wpływającym najbardziej na sukces jest nie pierwszy raz już flow rapera, który udowadnia w Rap God czy Berzerk, że kiedy chce to jest zupełnie poza zasięgiem konkurencji. Więcej o płycie: tutaj.

Foals HF4. Foals – Holy Fire

Zamykający ubiegły rok singiel Inhaler pozwolił wierzyć, że Foalsi będą mieli nową płytą wiele do powiedzenia. Rzeczywistość przerosła oczekiwania, gdyż okazało się, że jest to najlepszy longplay w dotychczasowej działalności Australijczyków. Dojrzałość i produkcyjne dokrętki podnoszą jakość albumu, wynosząc Foals na jeszcze wyższy level muzycznego zen. Sama płyta jest tak samo równa, jak i różnorodna. Może grać zarówno na emocjach, jak i tanecznych parkietach. Do czasu pojawienia się Get Lucky na wszelkich chartsach, to My Number był absolutnym nr 1 klubowych miejscówek w ubiegłym roku. Z kolei patrząc na Milk & Black Spider czy Late Night można mówić w pewnym sensie o stylistycznej perfekcji. Ogólnie na Holy Fire aż roi się od perełek i mimo iż płyta z biegiem minut zmienia kompozycje z dynamicznej na stonowaną, to absolutnie nie cierpi na tym sposób odbioru całości materiału. Chociaż krążek znalazł się tuż za podium to i tak spore brawa się tutaj Foals należą.

DM DM3. Depeche Mode – Delta Machine

Po średnim Sounds Of The Universe wydawać się mogło, że popularne Depesze mogą powoli zacząć odcinać kupony od dotychczasowego dorobku. Taką opinię można utrzymać, jeśli spojrzymy na to, jak krytycznie Delta Machine potrafiła być przedstawiana w mediach. Jest to jeden z lepszych, tegorocznych przykładów na to, że warto samemu przekonać się o jakości danej zawartości. Nie użyłem wyrażenia „nie oceniać po okładce”, gdyż ta jest po raz wtóry jest świetna i udowadnia, że Dave Gahan i spółka dalej potrafią wykreować dla kolejnej płyty odrębny świat, tętniący własnym życiem. Każdy znajdzie tu coś dla siebie: są przeboje z Sooth My Soul na czele, są ballady jak Heaven, są utwory porażające elektroniką jak My Little Universe oraz oddające hołd starszej twórczości jak Should Be Higher. Najważniejsze jednak, że wciąż jest pomysł i że DM ma wiele do zaproponowania nie tylko swoim fanom. Oczekiwania związane z powrotem legendarnej formacji były naprawdę duże i to czysta przyjemność napisać, że Delta Machine w pełni spełniła pokładane nadzieje.

DP2. Daft Punk – Random Access Memories

W sytuacji, kiedy Francuzi z Daft Punk wydają nowy materiał (a trzeba sobie powiedzieć, że nie zdarza się to codziennie) to można w ciemno założyć, że będzie to coś przełomowego. Ta zależność znalazła potwierdzenie i tym razem, gdyż nie inaczej było w przypadku Random Access Memories. Singiel Get Lucky zdeklasował wszystko i wszystkich w 2013 roku, detronizując przy okazji One More Time z najbardziej rozpoznawalnego utworu duetu. Jednakże w odróżnieniu do tego konkretnego kawałka, cały album nie jest już tak lekko przyswajalnym materiałem. Posiada swoją specyfikę, która na pewno nie każdemu przypadnie do gustu i naprawdę trzeba dobrze nad tym albumem przysiąść, żeby go móc należycie docenić. Zawiera on w sobie mix dotychczasowej twórczości Daftów (Contact), nutkę obecnych trendów (Lose Yourself To Dance) oraz sporą dozę innowacyjności gatunkowej (Touch). Wszystko to składa się na wyjątkowość tej jakże oryginalnej pozycji. Zdecydowanie jedna z dwóch ubiegłorocznych płyt, dla których wszelkie rankingi są zbyt małe.

AM1. Arctic Monkeys – AM

Kiedy Arktyczne Małpy rozpoczęły eksperymenty brzmieniowe już od trzeciego w ich dorobku Humbug, każdy kolejny album wydawał się w moim mniemaniu oddalać ich od właściwej, muzycznej drogi. Przesłuchując kilkadziesiąt razy AM w tym roku, uświadomiłem sobie jak bardzo się w tej opinii myliłem. Jako że byłem fanem początkowej twórczości zespołu cieszę się, że bez żadnej potrzeby zadośćuczynienia mogę usadowić Arctic Monkeys na samym czele albumów 2013 roku. Dlaczego? Ponieważ na AM nie znajdziemy słabych punktów. Album posiada wyłącznie dobre piosenki, z których każda może wpaść w ucho. Oczywiście są bardziej przebojowe akcenty w postaci Do I Wanna Know? i RU Mine, ale nie doszukamy się tu żadnego kiepskiego numeru. Warstwa liryczna to z kolei mistrzostwo, przy której możemy zestawić pierwsze lepsze No.1 Party Anthem czy Why’d You Only Call Me, When You’re High?. Trzeba jeszcze raz przy tym podkreślić piosenkowy charakter płyty, gdyż dawno żadna inna nie miała tak równych, udanych, dobrze skomponowanych i zaśpiewanych linijek. W mojej opinii jest to najlepszy album Arctic Monkeys w dorobku i zdecydowanie najlepsza pozycja 2013 roku. Amen.


No i to by było na tyle w wydaniu płytowym, a niedługo zapraszamy na zestawienie singlowe. Stay tuned!

white-ghost

Reklamy

2 thoughts on “RANKING PŁYT 2013, CZĘŚĆ II

  1. Dla mnie płyta 2013 roku to zdecydowanie CHVRCHES – The Bones of What You Believe. Ale całkowicie zgadzam się z Foals, Vampire Weekend, Arcade Fire, Disclosure i QOTSA w TOP20. Tak poza tym, świetny blog ;) Dużo bardzo dobrej muzyki, piękna szata graficzna, no i wspaniałe recenzje. Gratuluję!

  2. Dla CHVRCHES zabrakło miejsca w tym rankingu, ale to jedna z ciekawszych pozycji z zeszłego roku i na pewno warta sprawdzenia, bez dwóch zdań. Wielkie dzięki za tak ciepłe słowa w komentarzu – staramy się szerzyć to, co dobre, a taki pozytywny przekaz tylko nas do tego motywuje. Pozdrawiam serdecznie!

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s