Minirecenzje: maj 2014

collage2

MESS  LIARS

Ocena: 8/10

Jeśli ktoś lubi psychodeliczne dźwięki okryte mainstreamowym płaszczem, to w 2014 roku znajdzie co najmniej jeden album dla siebie. Jeśli nie lubi, to powinien zmienić zdanie pod naporem przebojowo-transowych kawałków z leniwie płynącym romance-wokalem w tle serwowanych przez trio z Brooklynu. Jakby zeswatać Chemical Brothers z She Wants Revenge, to mielibyśmy dość uproszczoną wizję Mess. Wysokość poprzeczki dla najlepszej elektronicznej pozycji w tym roku została ustalona; pytanie czy są chętni, by ją podnieść jeszcze wyżej? /white-ghost

 

TOO TRUE  DUM DUM GIRLS

Ocena: 7/10

Too True – trzecia w ogóle, a pierwsza od 2011 płyta Dum Dum Girls – to pop-rock z naleciałościami, sprytnie skrojony na miarę uszu zarówno słuchacza alternatywnego, jak i komercyjnego; to muzyka, która powinna lecieć w mainstreamowych stacjach radiowych, gdyby pracowali w nich ludzie faktycznie znający się na rynku i interesujący się nim. Nie jest to jednak album perfekcyjny: inspiracje brzmieniowe momentami zagłuszają oryginalne pomysły (Rimbaud Eyes brakuje tylko Roberta Smitha), a brak wyraźnego zaangażowania emocjonalnego w wokalu frontwomanki (jest takie słowo?) Dee Dee czyni materiał nieco mechanicznym, przez co słabsze jego fragmenty mijają niepostrzeżenie. /JJ

 

BENJI  SUN KIL MOON

Ocena: 9/10

Będąc wielce poruszonym i oddanym zadumie, ciężko dobrać mi odpowiednie słowa zachwytu nad Benji – nowym longplejem anonimowego u nas Marka Kozelaka, nagrywającego pod szyldem Sun Kil Moon. Z jednej strony to album potężny lirycznie i emocjonalnie, o znakomicie wyważonych, wciągających i przejmujących kompozycjach, ale z drugiej zaserwowany materiał jest niepozorny i nienachalny, a swoje skarby odkrywa tylko cierpliwym i gotowym przyjąć dużą dozę wrażliwości. Podobnie niejednoznaczny jest tu sam Kozelak, który kapitalnie balansuje pomiędzy emocjonalną wiwisekcją i zdystansowanym czarnym humorem w pozornie niekończących się opowieściach o ważnych i błahych zdarzeniach ze swojego życia. Dokładnie przemyślana i wspaniale zaserwowana warstwa tekstowa sprawia wrażenie jakby Benji składało się z kilku różnych albumów skondensowanych w jedną, zróżnicowaną muzyczną autobiografię. Najlepsza płyta, jakiej dotychczas słuchałem w tym roku. /JJ

 

TOO MUCH INFORMATION  MAXIMO PARK

Ocena: 6/10

Maximo Park zawsze ujmowali mnie zdolnością do pisania chwytliwych, niebanalnie przebojowych piosenek w klimatach starego dobrego indie z połowy zeszłej dekady. I choć na swojej piątej płycie panowie serwują te same melodyjne smakołyki, za które ich cenię, czuję rozczarowanie niewielką ilością świeżych składników. Poza elektronicznie podgrzanym Brain Cells, Too Much Information to mała powtórka z rozrywki: część utworów brzmi jakbyśmy słyszeli je już wcześniej albo jak singlowe strony B lub odrzuty z sesji. Do tego Paul Smith wydaje się dziwnie zmęczony i brak mu przebojowości i żywiołowości, których miał pod dostatkiem na poprzedniej płycie zespołu, The National Health sprzed dwóch lat. Choć jest tu trochę niezobowiązująco fajnej muzyki, piąty album kwintetu z Newcastle to materiał głównie dla fanów grupy, którym nie przeszkadza powtarzalność. /JJ

 

GOING TO HELL  THE PRETTY RECKLESS

Ocena: 6/10

Taylor Momsen na drugim krążku dość skutecznie odcina się od łatki celebrytki znanej z pudelków i innych bulwarówek, demonstrując przy tym niezłe możliwości wokalne. W dzisiejszych czasach niezbyt często można usłyszeć tak dobrze wpasowany kobiecy wokal w kawałkach o rockowym zabarwieniu, co należy docenić. Gdyby poziom piosenek był bardziej wyrównany i nie miał skłonności do wpadania w utarte schematy, to można by wystawić większą cenzurkę, niemniej dla słuchaczy lubiących mniej skomplikowany, energiczny ton to pozycja godna sprawdzenia. /white-ghost

 

IT’S ALBUM TIME  TODD TERJE

Ocena: 8/10

Kiedy z nieba leje się żar i niechybnie zbliża się okres wakacyjno-urlopowy, warto tchnąć nieco życia w głośniki, coby nie zastygły w upale. Idealna ku temu okazja przybyła ze zwykle chłodnej Norwegii, gdzie ceniony od dekady DJ i producent Todd Terje nagrał swój pierwszy album długogrający. It’s Album Time to solidna porcja świetnie nastrojonego, ale umiarkowanie tanecznego disco z naleciałościami, przypominająca w najlepszych momentach potencjalne dzieła odpoczywającego na tropikalnych wakacjach dalekiego kuzyna Daft Punk starającego się o angaż we wczesnym Royksopp. Znakomite do drinka z palemką w barze na plaży, ale i w kilku momentach zachęcające do tańca (klawisze w Strandbar!). Plus gościnnie niezmiennie wielki Bryan Ferry w świetnym coverze Johnny and Mary Roberta Palmera. /JJ

 

RECESS  SKRILLEX

Ocena: 7/10

Niepewnie odpaliłem debiutancki album Sonny’ego Moore’a pełen wątpliwości czy kontrowersyjny styl jego EPek wystarczy na płytę długogrającą, a zostałem przy nim na dwa tygodnie, ucieszony garścią fajnych, całkiem zaskakujących pomysłów zgrabnie równoważących typowe chwyty długowłosego elektryka. Owszem, nie brakuje na Recess wiertarek, dropów i jazgotu, ale wcale nie są one tu na pierwszym planie: longplej Skrillexa to dość zróżnicowane elektroniczne danie, które rzadko przynudza i irytuje. Wiertarki techno-emo-punka już nie zaskakują i nie szokują jak kilka lat temu, dzięki czemu ciekawiej się robi w mniej ,,skrileksowych” momentach, których jest tu pod dostatkiem: lekki, wakacyjny drum’n’bass w Coast is Clear, SBTRKT-owate i introwertyczne Stranger, humorystyczne (przywodzące na myśl Magnetic Man) Doompy Poomp, czy brzmiące jak Benga Fuck That. Plus ciekawi goście i udany remiks – niespodzianka! – Niki & The Dove. /JJ

 

SHEEZUS  LILY ALLEN

Ocena: 4/10

Brytyjka po przejściach nagle zaskoczyła albumem o prowokacyjnej nazwie, który absolutnie nie przykuwa do siebie niczym. Znużenie to jedyna emocja, jakiej można doświadczyć odpalając CD, a monotonia to słowo-klucz dla znajdujących się tu dźwięków. Nie wiadomo czy bardziej drażnią niedoskonałości wokalne Allen, które są tym razem aż nadto słyszalne, czy może brak określonej formy i targetu dla tego krążka. Momenty i sentymenty ratują przed całkowitą klapą, ale nawet dla fanów nie powinna to być przyjemna tortura… /white-ghost

 

THE NEW CLASSIC  IGGY AZALEA

Ocena: 2/10

The New Classic może osiągnąć swój cel i stać się nie lada klasykiem w kategorii największych gniotów 2014 roku. Kiedy wydaje się, że świat może nie usłyszeć niczego gorszego od One Direction, to życie produkuje nam co i rusz nową gwiazdę ówczesnej młodzieży, która stara się jak najszybciej zmienić ten stan rzeczy. W tym aspekcie nie rozczarowuje nas pani o dźwięcznym pseudonimie Iggy Azalea, która opiera swój album na dwóch-trzech zmodyfikowanych podkładach (ciężko powiedzieć w której piosence są one tymi oryginalnymi) oraz do bólu trywialnych tekstach, co, delikatnie ujmując, nie tworzy zbyt udanej chemii. Nazwy kawałków Rolex czy New Bitch powinny mówić wszystko, ale jeśli lubicie niszczyć własny umysł, to zachęcam do sprawdzenia granic swoich możliwości! /white-ghost

 

Reklamy

One thought on “Minirecenzje: maj 2014

  1. Pingback: ALBUMOWE KALENDARIUM – LUTY 2017 | SIDEMAINSTREAM

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s