Minirecenzje: lipiec 2014

lipiec2014

Na poniższej liście brakuje jednej zrecenzowanej pozycji: z nieznanych nam powodów Facebook postanowił skasować recenzję pierwszej płyty Sky Ferreira autorstwa white-ghost, a że Kacper nie zachował żadnego pliku zapasowego, materiał przepadł. Jedyne co pamiętam, to że Night Time, My Time dostało od nas ocenę 7/10, a ów muzyka brzmi tak:

 

THE ORWELLS

DISGRACELAND

Ocena: 6/10

Nikt tak w muzyce rozrywkowej nie krzyczy o radości życia jak żywiołowe młode kapele rockowe. Wszystkie te warunki spełniają The Orwells na swojej drugiej płycie: są niezwykle żywiołowi (nie ma sensu ściszać volume) i pełni młodzieżowej werwy (dopiero rok temu ukończyli liceum!), a do tego radości w ich graniu co niemiara (twarz sama mi się uśmiechała przy pierwszych odsłuchaniach albumu w słoneczny dzień). Disgraceland to krążek głośny, chwytliwy i przebojowy, a do tego zwyczajnie fajny i z wyczuwalnym dystansem artystów do swojej własnej twórczości, więc na lato jak znalazł. A że chłopaki są przeciętnymi muzykami, wiele fragmentów longpleja zlewa się w jedno i oryginalności tu mniej niż kot napłakał? Coś za coś – to płyta paczki imprezujących 20-latków, nie concept album Arcade Fire; nie o artyzm tu chodzi, a o energię i proste, acz skuteczne hooki. /JJ

 

COLDPLAY

GHOST STORIES

Ocena: 5/10

Po wydumanych i niejednokrotnie nieudanych eksperymentach ostatnich płyt, Coldplay chcieli wrócić do korzeni swojej twórczości albumem, który przypomniałby słuchaczom o przełomowym pierwszym krążku grupy. Poniekąd im się to udało, bo Ghost Stories w większości nawiedzają stonowane, klimatyczne ballady w stylu Parachutes, z paroma ślicznymi momentami (magiczne singlowe Magic, przypominające do złudzenia klasyczne Sparks leniwe Oceans, niebanalnie radiowe Ink), ale dobre wrażenie prędko zostaje popsute przez znów niepotrzebne kombinacje produkcyjne. Elektroniczne smaczki i pstryczki rozmazują kompozycje, które brzmiałyby dużo lepiej w prostszych aranżacjach (gitara akustyczna naprawdę nie parzy, panowie). Kiedy zaś człowiek rozwinie ten udziwniony papierek, okazuje się, że znajdujący się w środku cukierek jest pozbawioną smaku i nieświeżą mordoklejką, którą ktoś inny już wcześniej żuł. A na sam koniec tej balladowej papki, jakby Coldplay nie pamiętali na czym polega sekwencjonowanie utworów i budowanie napięcia, wciśnięto koszmarek w stylu EDM (!): okropnie wymuszone A Sky Full of Stars stworzone wespół z… Avicii (!!). Quo vadis, Chris Martin? /JJ

 

FEAR OF MEN

LOOM

Ocena: 8/10

Piękne melodie, śliczny wokal i polerowanie na połysk w ramach produkcji – oto cechy charakterystyczne Loom, debiutanckiego albumu kwartetu Fear of Men. Smakowitą całość dopełniają frapujące teksty (,,You are unbearable memories when I sleep/ I’ve tried my best to destroy you/ But the waves keep overflowing me/ Washing me out ’till I’m empty” – Luna), które tworzą intrygujący kontrast dla chwytliwych i alternatywnie przebojowych piosenek śpiewanych kojącym głosem zjawiskowej Jess Weiss. Zaserwowane danie przypomina romans brzmień Beach House i Warpaint w rytm muzyki The Cure. Świetnie wyważony, wpadający w ucho album, który daje nadzieję na dużo dobrej muzyki sygnowanej Fear of Men w przyszłości. /JJ

 

PERFECT PUSSY

SAY YES TO LOVE

Ocena: 7/10

Rok temu aktor John Cusack zagrał w nieobecnym w polskich kinach filmie Adult World. W tym obrazie wystąpił też założony na potrzeby filmu zespół punkowy zbudowany na gruzach nieistniejącej już grupy Shoppers. Kiedy całe przedsięwzięciu dobiegło końca, Meredith Graves, wokalistka pseudo-zespołu, postanowiła przenieść ów sztuczny twór w rzeczywistość. Tak powstał kolektyw Perfect Pussy, który w tym roku dostarczył jeden z ciekawszych i bardziej kontrowersyjnych debiutanckich albumów sezonu. Say Yes To Love to niedługi zestaw surowych i jazgotliwych, dla przeciętnego słuchacza wręcz odpychających utworów post-punkowych pełnych do bólu szczerych tekstów, w których Graves przeprowadza emocjonalną wiwisekcję poprzez walkę ze swoimi lękami i wszystkim, co je wywołuje. Forma pokrywa się tu z treścią, a z początku trudne do strawienia chaos i brud są tylko płaszczem dla skrywanych przez nie emocji, które przekazywane są słuchaczowi w formie uderzenia piąchą w ucho. /JJ

 

‚WEIRD’ AL YANKOVIC

MANDATORY FUN

Ocena: 7/10

,,Weird Al” i wszystko jasne. Facet od ponad trzydziestu lat parodiuje muzyczny mainstream i pomimo upływu czasu wciąż jest w swoim fachu mistrzem. Tym razem na talerz twórcy Eat It i Amish Paradise trafiły utwory takich wykonawców jak Lorde, Pharrell, Robin Thicke czy Imagine Dragons (i dużo więcej). Nie napiszę o czym są piosenki, bo tylko by to zepsuło zabawę – miłego odkrywania kto jak został przerobiony! I gwarantuję, że przy Now That’s What I Call Polka nie sposób się nie uśmiechnąć. /JJ

 

THE ACID

LIMINAL

Ocena: 7/10

Trzech popularnych w pewnych kręgach producentów elektronicznych (Adam Freeland, Steve Nalepa, Ry X z duetu Howling) zgadało się w celu nagrania płyty pod szyldem wspólnego projektu. Tak powstał kolektyw The Acid, który niedawno dostarczył album Liminal. Longplej zawiera stonowaną i hipnotyzującą muzykę z pogranicza minimalistycznej, pulsującej elektroniki i klimatycznego, romantycznego indie. Spełnienie marzeń dla fanów Jamesa Blake’a i The xx, ale nie jest to materiał dla każdego – z pewnością wymaga cierpliwości oraz odpowiedniego nastroju i chwili. /JJ

 

ROBIN THICKE

PAULA

Ocena: 3/10

Rok temu Robin Thicke zmajstrował najbardziej kontrowersyjny przebój roku, który uczynił z niego gwiazdę MTV i jednego z najchętniej krytykowanych piosenkarzy. Teraz wokalista postanowił zmienić swój wizerunek przez… próbę odzyskania odchodzącej żony za pomocą płyty. Tak, autor Blurred Lines nagrał w ramach przeprosin słodko-gorzki album na cześć będącej w separacji z nim Pauli Patton. Muzyka rozrywkowa zna podobne historie, ale rzadko kiedy kończyły się one tak nieudanie dla zdesperowanego artysty. Paula to jeden wielki (i zaskakująco długi: 14 utworów…) strumień kiczowatych słodkości, ale i żalów i pokutnego biczowania się, którego nie słucha się dobrze. Fajnie, że Thicke postawił na żywe instrumentarium i dość zróżnicowane kompozycje, ale niewielka z tego pociecha, skoro praktycznie każda piosenka jest albo żałośnie rzewna, albo banalnie walentynkowa. Może i słyszałem gorsze utwory z gatunku ,,biały facet jest romantycznie smutny”, ale marna to pociecha dla tego krążka – nudy na pudy, choć nienajgorzej wyprodukowane. Fani też nie kupili płaczliwej odsłony Robina: w pierwszym tygodniu po premierze album rozszedł się w Kanadzie i Wielkiej Brytanii w przerażająco niskim łącznym nakładzie ok. 1100 sztuk (!), zaś w Australii chętnych na Paula znalazło się zaledwie… 158 (!!). Kres miłości zaznaczył koniec kariery? /JJ

 

Reklamy

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s