U2

U2 SongsOfInno

SONGS OF INNOCENCE

Ocena: 4/10

Najlepsze: The Miracle (Of Joey Ramone), California (There is no End to Love)

Kiedy piszę te słowa, świat rozkochany jest w złości na U2 i ich nowy album. Songs of Innocence stało się
tak powszechnym i dużym celem drwin i narzekań, że krytyka spływa na niego z niemal każdej strony: od Bombay Bicycle Club, przez Sharon Osbourne, po brytyjską Entertainment Retailers Association. Głównym zarzutem wobec Irlandczyków jest inwazyjność promocji płyty i korporacyjna zależność grupy. Kiedy Radiohead, Nine Inch Nails i Bloc Party wykonywali podobne internetowe kroki wydawnicze, działo się to ze smakiem i poszanowaniem dla regularnej działalności grup, a albumy wciągnęli ci, którzy chcieli ich wysłuchać; U2 swój nowy materiał ujawnili podczas pompatycznej prezentacji drogiego telefonu znanej z wysokich cen swoich produktów firmy, która longplej zespołu sprezentowała na siłę wszystkim użytkownikom iTunes. To brzmi jak dodawanie filmu na DVD do gazety albo zabawek do zestawów dla dzieci w fast foodowych molochach. Gdzie w tym duch rocka? Gdzie antykorporacyjność i buńczuczność Bono śpiewającego podczas koncertu sylwestrowego w 1989 ,,Money makes the world go round… Not my world, mister”?

Prawdę mówiąc, w obozie U2 źle jest od dawna. Pierwszą niepokojącą oznaką były problemy z nagraniem następcy How to Dismantle an Atomic Bomb. Choć Bono co rusz zapowiadał rychłe jego nadejście, premiera płyty przesuwana była z roku na rok, a w tzw. międzyczasie fani dostali m.in. niepotrzebną składankę z największymi przebojami (drugą w odstępie kilku lat), zapomniany duet z Green Day i niesmak nieudanej (a nadzieje były przeogromne!) współpracy z Rickiem Rubinem. Kiedy wreszcie dwunasty krążek pojawił się po pięcioletniej przerwie (rekordowo długa w historii grupy), większość słuchaczy i krytyków poczuła duży zawód. No Line on the Horizon była płytą nie wyróżniającą się niczym szczególnym, wyzbytą świeżości i zawierającą raptem trzy dobre piosenki. W rejonach pozapłytowych nie było lepiej: na zespół spadła gigantyczna lawina krytyki po przeprowadzce z Irlandii do Holandii w celu płacenia niższych podatków, historyczny występ kwartetu na Glastonbury spotkał się z gwizdami rozczarowanej publiczności, a tegoroczny powrotny singiel Invisible zupełnie przepadł na listach przebojów. Smutnym podsumowaniem złego stanu rzeczy była wypowiedź Bono sprzed tegorocznych wakacji, w której ujawnił, że jego zdaniem U2 znaleźli się na granicy bycia zespołem nieistotnym dla dzisiejszych czasów. Czy więc krytyka Songs of Innocence to przypadkiem nie kumulacja piętrzących się w ostatnich latach rozczarowań, złości i pretensji, które spadły na bogu ducha winne piosenki nie zasługujące na tak zły odbiór? W końcu w czasach Internetu nikogo by nie zdziwiło, gdyby nowy materiał największej grupy świata ,,hejtowany” był jedynie z przeświadczeń pozamuzycznych albo z czystej złośliwości.

Pewnie już widzieliście wystawioną przez mnie ocenę, więc nie będę ukrywał: nowa płyta U2 zasługuje na krytykę głównie przez to, że jest zwyczajnie nieudana. Już od samego początku – otwierającego singla The Miracle (Of Joey Ramone) – słychać, że coś jest nie tak. Zamiast klimatycznego, bombastycznego otwarcia, do którego przyzwyczaiły nas poprzednie longpleje Irlandczyków, zostajemy uraczeni dźwiękami brzmiącymi jak sam środek piosenki. Co gorsza, piosenki dość monotonnej, która za bardzo się nie rozwija. Pamiętacie intra The Joshua Tree, Achtung Baby albo Boy? To se ne vrati. Choć względnie chwytliwy i zdecydowanie pozytywny, The Miracle… to utwór brzmiący jak nagrany na potrzeby reklamy telewizyjnej. Bardziej jednak boli to, że poza nim i nieco przestarzałym California (There Is No End to Love), żaden inny numer na Songs… nie jest już tak chwytliwy. Ba! – żaden nawet nie zapada w pamięć: przeważają brzmienia rozmamłane i bezpłciowe, pozbawione uderzenia i z praktycznie niezauważalnymi hookami. Volcano próbuje szarpać, ale zawodzi stępiałym refrenem w stylu Keane. Raised by Wolves cierpi na brak mocy i znów spartolony refren. Cedarwood Road zaczyna się i kończy ciekawie, ale w środku jest zupełnie niezapamiętywalne. Początek Every Breaking Wave brzmi jak autoplagiat With or Without You… Itepe, itede. Pamiętacie okropne Window in the Skies i oklepane Magnificent? Ta płyta brzmi jak złożona z tamtych piosenek powielonych w różnych aranżacjach: bardzo mało pomysłowości, prawie zerowa świeżość, za to mnóstwo chwytów znanych z ostatnich czternastu lat twórczości grupy. Co z tego, że album poprawnie zagrano i dobrze wyprodukowano, skoro emocji tu za grosz? Cały materiał mija niezauważalnie i bez większych zaczepień (choć kilka nienajgorszych momentów można znaleźć. No właśnie – momentów…), miejscami dłużąc się niemiłosiernie.

Najgorsze jest jednak to, że na nowej płycie Bono, Edge i spółka zwyczajnie popadli w miałkość i banał. Zawsze ceniłem U2 za zdolność unikania rozwiązań prostackich: do momentu usłyszenia rozczarowującego A Man and a Woman z 2005 nie potrafiłem naliczyć choćby jednej piosenki grupy, która by była do bólu banalna i bez znaczenia. Tutaj jednak twórcza kreatywność Irlandczyków dołuje: nie tylko melodie są powtarzalne i oklepane, nawet teksty zawodzą. ,,Every shipwrecked soul/ Knows what it is/ To live without intimacy”? ,,I thought I heard the captain’s voice/ It’s hard to listen while you preach”? Co to w ogóle znaczy? Jak mam się do tego odnieść? ,,The star that gives us light/ Is gone/ But it’s not an iluuuuuusion”? ,,Go through the night like knife through butter”?! To naprawdę wersy człowieka, który napisał One Tree Hill, When Love Comes to Town i One?! Poza załamującym banałem pseudo-głębokich przemyśleń, teksty nawiedzone są przez szarańczę innych wad, na przykład prostackie rymowanie: przygotujcie się na tak wyszukane i nietypowe rymy jak fear-disappear, doubt-out, be-see, czy mój absolutny faworyt, make-take. Kuleją nawet porównania i metafory: w jednym utworze słyszymy ,,Watching yourself cry like a baby”, a w innym pobrzmiewa ,,You’re gonna sleep like a baby tonight”. Songs of Innocence to pierwsza płyta, która uraczyła mnie aż dwoma odniesieniami do dzieci, a oba – jako zagrywki językowe – bardzo tanie i oklepane. A co powiecie na kalki: ,,I was chasing down the days of fear” i „I was running down the road/ The fear was all I knew”? Tak, to z dwóch różnych piosenek. Można powiedzieć, że się czepiam, bo zdarzają się w muzyce rockowej gorsze teksty, ale… Na litość boską! Tu mowa o twórczości faceta, który napisał Achtung Baby!

Kilka dni temu w wywiadzie udzielonym Jo Whiley Bono bronił nowej polityki wydawniczej grupy twierdząc, że takie postępowanie jest bardzo ,,punkowe”, a powinnością grupy jest powodować zamieszanie na rynku. Zapytany jednak o krytykę nowego materiału przez słuchaczy odpowiedział wymijająco, że sami członkowie zespołu są ,,największymi krytykami” dokonań U2. To dość dziwnie powściągliwe podejście do swojej twórczości człowieka znanego z dosadnych i często przesadzonych wypowiedzi na temat swojej muzyki. A może to nie przypadek? Może tak już po prostu jest: w życiu Bono muzyka zeszła na drugi plan, a na pierwszym znalazł się biznes, dlatego bardziej wylewny jest na temat dystrybucji cyfrowej niż swoich utworów? Może po prostu Irlandczycy postanowili zadbać o swoje emerytury i o dostatnie życie swoich dzieci, bo uważają, że przez trzy dekady gigantycznej popularności swoje już zrobili i powinniśmy przestać od nich wciąż wymagać cudów? Jakakolwiek nie byłaby prawda (choć zawsze jest ich kilka), wszystko rozbija się o piosenki, bo za to muzycy powinni być rozliczani, a nie za rewolucje internetowe. Niestety, zespół w tym obszarze się nie broni, bo Songs of Innocence brzmi jak album napisany pospieszne albo sklecony z odrzutów sesyjnych. Na swoją obronę ma jak zwykle ładną produkcję i przyzwoite wykonanie (choć sam Bono wydaje się być w lepszej formie niż dość niemrawa reszta grupy), ale nie ma tu duszy i ducha postępu, które zawsze świadczyły o jakości albumów U2. Bez tych czynników zostało tylko poprawne, ale oklepane granie dla niezaangażowanych słuchaczy radia RMF FM. I to, niestety, tych przy kasie, którzy nowych, niewymagających intelektualnie i emocjonalnie piosenek U2 słuchać będą przez zbyt drogie słuchawki Beats by Dre podpięte do zbyt drogiego iPoda. A słuchać będą, przecież dostali album za darmo. Co jednak z fanami grupy, którzy konta na iTunes nie mają?…

Kiedyś byłem wielkim fanem U2, więc ten cały bałagan boli mnie podwójnie. Czuję po nim autentyczny niesmak. W ramach odtrutki sobie i Wam polecam spędzić miło wieczór słuchając po raz tysięczny The Unforgettable Fire.   /JJ

Reklamy

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s