Minirecenzje: wrzesień 2014

septem14

ROYAL BLOOD

ROYAL BLOOD

8/10

Gloria! Alleluja! Przypadki takie jak Royal Blood przywracają wiarę w pozornie totalnie upadły rynek muzyczny. Jeszcze pół roku temu duet z Brighton znany był głównie blogerom i jednostkom zainteresowanym odkryciami muzycznych dziennikarzy śledczych. Teraz chłopaki świętują drugi z rzędu tydzień na szczycie angielskich list sprzedaży [niestety, pod koniec drugiego tygodnia wyprzedził ich Sam Smith – przyp. JJ], bilety na swoją trasę koncertową wyprzedali w dwie minuty (!) i są najbardziej rozchwytywanym nowym zespołem gitarowym od lat. Dlaczego jednak należy się z ich sukcesu cieszyć? Ano bo Royal Blood to żadne pitu-pitu pokroju Kings of Leon czy sezonowych indie pierdółek, lecz surowy, głośny i nośny rock pełnej krwi. Jeden riff goni drugi, a czad i luz Queens of the Stone Age mieszają się z alternatywną przebojowością The White Stripes, lecz są podbite przytupem, którego brakuje obu zespołom. Utwory pokroju Out of the Black, Come on Over, Blood Hands czy Little Monster to konkretne rockowe grzałki, a ich sukces komercyjny pokazuje, że uczciwe ostre gitarowe granie wcale nie musi schodzić do podziemia, by znaleźć fanów. Najbardziej radujący debiut brytyjski od czasów Arctic Monkeys. God save the queen!   /JJ

THE RAVEONETTES

PE’AHI

7/10

Na początku zeszłej dekady The Raveonettes byli na ustach wszystkich krytyków rockowych. Jedenaście (dwanaście, jeśli ktoś się uprze) lat i aż siedem longplejów później, retro Duńczyków znaleźć możemy w dość ciasnym miejscu: wyrzuconych na ogony list sprzedaży i o blednącej popularności będącej wątłym cieniem sławy, którą przepowiadano im w 2003. Owszem, są wciąż aktywni i fani zapewne dalej ich kochają – nikt bez powodu nie wydaje pięciu płyt w sześć lat – ale czy są dalej ważni? Momentami Pe’ahi przypomina dlaczego zakochaliśmy się kiedyś w muzyce Wagnera i Foo: są tu elementy tej samej brudnej elegancji, w którą tak pięknie złożyło się połączenie brzmienia The Jesus And Mary Chain i estetyki lat ’50 na prawie-klasycznym Chain Gang of Love. Killer in the Streets, Sisters, Wake Me Up i Z-Boys to klasycznie brzmiące piosenki o nienachalnej chwytliwości, których zdolnością pisania pochwalić się mogą nieliczni, a The Rains of May zalatuje klimatem filmów Davida Lyncha. Raveonettes znów nas łapią chwytami dobrze nam znanymi, i choć nie są to uściski szczególnie mocne, to w dalszym ciągu solidne (chociaż jednak nie uważam, by za rok miały wciąż tak samo trzymać). Co ważne i radujące, nie mamy tu do czynienia z całkowitym retro festynem, bo są też i nowe sztuczki: motoryczne (i bardzo mocne tekstowo) Kill! brzmi bardziej jak Kasabian niż ostatnia płyta Kasabian, a zabrudzone i eteryczne When Night is Almost Done do złudzenia przypomina Crystal Castles coverujący jakiś zapomniany klasyk z lat 80-tych. Jednakowoż, choć to fajny album, Pe’ahi to niestety żaden instant classic, więc zapewne wpadnie do kolekcji głównie obecnym fanom Raveonettes i raczej nie powiększy tego grona. Kto wie jak potoczyłaby się kariera Duńczyków gdyby ich druga płyta Pretty in Black okazała się lepsza?…    /JJ

BASEMENT JAXX

JUNTO

5/10

Twórcy hitowych singli (Where’s Your Head At czy Take Me Back To Your House) oraz zupełnie nierozpoznawalnych albumów wracają z 7 (!) już materiałem w karierze. Czy w końcu Basement Jaxx znaleźli złoty środek stanowiący platformę pomiędzy pogmatwanymi ideami zespołu i kreowaniem własnej tożsamości, a wzbudzeniem zainteresowania słuchaczy? Niestety, nowy krążek także nie przełamuje tej niekorzystnej tendencji. Różnorodność Junto nie idzie w parze z jakością i obok ciekawych zabiegów łączenia samby (Mermaid of Salinas) z klimatem disco lat 80-tych (Unicorn) mamy tu doprawdy wiele irytująco błahych produkcji. Z lekka beztroskie drugoligowe wokale tylko przez chwilę potrafią sprawić frajdę, bo toną wśród przeciętnie brzmiących zapychaczy. Od czasu do czasu słychać bliskość drgań rynkowych produkcji z podobnego podwórka (We Are Not Alone), ale to za mało by wystawiać przyjemne cenzurki. Pozycja raczej tylko dla fanów.   /white-ghost

THE VINES

WICKED NATURE

6/10

W sumie nie ma tu wiele do powiedzenia, bo Wicked Nature, szósta płyta nieco zapomnianych The Vines, to po prostu solidna porcja żywiołowego rocka z wyraźnymi elementami melodyjnymi, nic ponadto. Dwanaście lat temu Craig Nicholls (cierpiący na syndrom Aspergera) z ekipą obrali własnie taki kurs muzyczny na swoim niezłym debiutanckim albumie Highly Evolved i od tamtego czasu niewiele się zmieniło: Australijczycy dalej grają jakby Kurt Cobain wciąż żył, nie zbaczając na smutny fakt, iż ich gwiazda znacznie przygasła. Najlepszym dowodem na to, że The Vines mają gdzieś czy ich jeszcze lubimy czy nie, jest forma wydania nowej płyty: umieszczenie 22-óch piosenek na dwóch krążkach o łącznej długości zaledwie 54:20 (tylko 4 utwory trwają dłużej niż 3 minuty!) powoduje, że wszystkie numery zlewają się w jedno i nie ma centralnego punktu, na którym można się zaczepić. W rozróżnianiu dwuminutowych kawałków zdecydowanie nie pomaga jednorodny styl grania i kalkowane hooki. Nie można było ograniczyć materiału do dwunastu-trzynastu najbardziej żywiołowych piosenek i skleić z nich najfajniejszą najkrótszą płytę roku? Kopnięcie i lekki przytup są, więc jeśli ktoś lubi głośną gitarową papkę z mieszaniną melodii i krzyku, niech da kolejną szansę Nichollsowi i jego nierozsądnym pomysłom, choć raczej nie zostanie przy tym wydawnictwie na długo.   /JJ

KAREN O

CRUSH SONGS

4/10

Liderująca grupie Yeah Yeah Yeahs Karen O objawia się światu swoim premierowym solo albumem. Czy jest wyjątkowy? Tak. Czy jego poziom ekscentryczności wykracza ponad powszechnie uznawane normy? Owszem. Czy więc jest to album godny polecenia? Absolutnie nie. Crush Songs to pozycja na którą składa się 16 (!) ballad poruszających tematykę o której mowa w tytule krążka. Natłok melancholii i nostalgii napędzający ów płytę musi stanowić swoisty rekord Guinnessa, zaś wszyscy cierpiący na depresję w połowie odsłuchiwania płyty sami będą chcieli się z niej jak najszybciej wyleczyć. Utworom nie pomaga to, że toczą się w tym samym, jednostajnym tempie i mają brzmienie muzyki granej do kiełbasy przy ognisku. Przy takim stylu grania nawet przyzwoita warstwa liryczna pozostaje niezauważalna, bo całość jest zbyt męcząca w odbiorze. Crush Songs traktuje więc nie tylko o zawodach miłosnych, ale i największych zawodach muzycznych tego roku, o których najlepiej jak najszybciej zapomnieć.   /white-ghost

ALT-J

THIS IS ALL YOURS

8/10

Nietuzinkowa pora [Kacper podzielił się z fejsbukowiczami tą recenzją po północy – przyp. JJ], więc i recenzja nie może zbyt mocno odbiegać od tego poziomu. Tym razem przybliżamy powrót alt-J, którzy za sprawą singla Breezblocks sporo namieszali 2 lata temu. Teraz kapela wraca z materiałem, który jest właściwie kontynuacją drogi, jaką wyznaczyli sobie Brytyjczycy z Leeds. Dlatego też fani zespołu mogą odetchnąć z ulgą, zaś wszyscy ci, którzy jakimś cudem nie słyszeli wcześniej o rewelacji z 2012 roku, a spodobało im się to, co teraz wpada do ich uszu, będą mogli bez strachu sprawdzić debiut. O ile pierwsza odsłona była zagrana bardziej w orientalnych klimatach, o tyle drugi album wydaje się być miejską wersją grania alt-J. Flagową pozycją potwierdzającą ów tezę jest świetny Hunger of the Pine z elektroniczno-jazzowymi wstawkami. Utwory takie jak The Gospel of John Hurt czy Every Other Freckle starają się dotrzymać mu kroku i pod względem produkcyjnym brzmią momentami bajecznie. Całość albumu uzupełniają folkowe wtrącenia i zwolnienia, które są chyba tą słabszą stroną This Is All Yours. Nie zmienia to faktu, że alt-J swoimi eksperymentami bronią się okazale, utrzymując pozycję jednego z najoryginalniejszych zespołów w przemyśle muzycznym. Wszystkim zwolennikom świeżych brzmień mogę śmiało polecić!   /white-ghost

LEONARD COHEN

POPULAR PROBLEMS

8/10

Forma artysty nie zależy od wieku, a jego talentu i klasy. Doskonały przykład na to znów dał Leonard Cohen, który właśnie wydał trzynasty album studyjny z okazji swoich osiemdziesiątych (!) urodzin. Zamiast smętnego odcinania kuponów i odgrzewania przestarzałych kotletów, kanadyjski bard zaserwował dziewięć dość świeżo brzmiących i zwyczajnie dobrych piosenek, których słucha się z wielką przyjemnością nawet pomimo momentami wręcz boleśnie niskiego głosu Leonarda (wokal w Did I Ever Love You obiera kierunek na Toma Waitsa). Kilka utworów brzmi klasycznie, a tematyka płyty – typowo dla Cohena – rozciąga się od inteligentnego humoru z podtekstami seksualnymi, przez różne odcienie miłości i relacji damsko-męskich, po głębokie przemyślenia nad stanem świata i wiary (w tym te dość pesymistyczne: Almost Like the Blues zahacza o mocne rejony The Future). Leonard znów pokazał, że dalej jest wielkim profesorem muzyki rozrywkowej, chociaż nie musi nikomu niczego już udowadniać; szczególnie kiedy w wieku osiemdziesięciu lat cieszy się prawdopodobnie największą popularnością w swojej karierze i jest w lepszej formie niż większość młodszych od siebie muzyków. /JJ

ELECTRIC WURMS

MUSIK, DIE SCHWER ZU TWERK

6/10

Ma ktoś w leniwe niedzielne popołudnie smaka na odrobinę psychodelii? Może w takim razie spróbować kolejne niesztampowe danie sygnowane nazwiskiem ulubionego wariata muzyki indie, Wayne’a Coyne’a? Wraz z innym członkiem Flaming Lips, Stevenem Drozdem, i anonimowym w Polsce zespołem Linear Downfall stworzył on właśnie mocno pokręcony projekt Electric Würms, który niedawno zmajstrował album Musik, Die Schwer Zu Twerk. Jaka jest więc muzyka, do której ciężko twerkować? Odjechana: inspirując się antycznym prog-rockiem, krautrockiem i eksperymentatorstwem bitelsów oraz podlewając wszystko dużą ilością narkotycznych odlotów i zwidów (jeden z utworów wręcz nazywa się Futuristic Hallucinations), Electric Würms malują pokręcony i rozmazany pejzaż dźwiękowy, w którym forma pokrywa się z treścią. Nie jest to jednak danie lekkostrawne. Musik, Die… nie jest płytą dla przypadkowego melomana, a raczej dla słuchaczy zaznajomionych z niepowtarzalnym doświadczeniem, jakim jest obcowanie z twórczością Coyne’a: nie próbuj jej na siłę zrozumieć jeśli jej nie czujesz, bo prawdopodobnie polegniesz – to artysta, który kiedyś spłodził utwór trwający 24 godziny i gruntownie przemodelował całe Dark Side of the Moon Pink Floyd. Niestety, pomimo fantazyjnej atmosfery, debiut Electric Würms pozostawia jednak niedosyt, głównie przez oczywiste porównania do albumu Embryonic Flaming Lips z 2009, na którym zaproponowane tu brzmienie zaserwowano ciekawiej i w lepszych, bardziej zapamiętywalnych utworach. To nie można było z materiału na Musik, Die… zrobić po prostu kolejnego krążka Płonących Ust?… /JJ

Reklamy

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s