Minirecenzje: październik 2014

ReckiPazdz2014

INTERPOL

EL PINTOR

7/10

Z grupą Interpol jest taki problem, że wpisała ona swoje dokonania w konkretną konwencję i właściwie nie rozwija swojego brzmienia na tyle, by stać się pierwszorzędną marką. Oczywiście zespół jest rozpoznawalny w pewnych kręgach, ale poza gronem fanów ich starszych dokonań nie ma takiej siły przebicia, żeby wyraźnie zaciekawić nowych słuchaczy. Album El Pintor nie zmienia tego stanu rzeczy, choć stara się wyciągnąć bardziej popową i sentymentalnie brzmieniową rękę do odbiorcy. Nie ma tu jednak mowy o żadnej rewolucji, ani niespodziankach. Tytuł utworu Same Town, New Story dobitnie odzwierciedla to z czym będziemy mieć do czynienia po odpaleniu longpleja. Trzeba powiedzieć, że kawałki są starannie wyprodukowane i trzymają równy poziom melodyczny, jak i wokalny. Nie wysuwają się przed szereg, co z jednej strony zespala układ płyty, z drugiej natomiast nie przykuwa się do żadnego z nich większej uwagi, co musi być postrzegane jako wada. Dla wszystkich tych, którzy kupią klimat oferowany przez Interpol sięgnięcie po El Pintor będzie dobrym wyborem, a pozostali raczej nie powinni narzekać, bo to wciąż niezła produkcja.   /white-ghost

LOVE INKS

EXI

6/10

Dość nieoczekiwany sukces The xx i Jamesa Blake’a spłodził w ostatnich latach niemałą grupę zespołów grających spokojną i romantyczną muzykę dla marzycieli. Exi, trzeci krążek dużo słabiej znanych od wspomnianych dwóch artystów Love Inks, idealnie mieści się w tej ciepłej i przytulnej szufladzie balladowego indie z naleciałościami (choć przez szparę wystawia dłoń, by machać do fanów Mazzy Star). Album pełen jest przyjemnych i łatwo wpadających w ucho piosenek opierających się na delikatnym żeńskim wokalu, plumkającej i szemrzącej gitarze oraz dyskretnie pulsującym elektronicznym bicie. Słuchanie Exi to muzyczny odpowiednik picia herbaty w listopadowy wieczór, więc na jesień będzie jak znalazł. Ten materiał można bardzo polubić, tylko trzeba mu wpierw wybaczyć wtórność: utwory są do siebie łudząco podobne i momentami ciężko rozróżnić czy słuchamy kolejnej piosenki w zestawie, czy to wciąż ten sam kawałek. Oryginalności też tu za grosz, ale w końcu wybierając kocyk na chłodną jesień opatulamy się raczej tym ciepłym niż oryginalnie uszytym, prawda?   /JJ

HONEYBLOOD

HONEYBLOOD

7/10

,,I will hate you forever” śpiewa w Super Rat Stina Tweeddale, aby po chwili obrzucić nielubianego jegomościa garścią wykrzyczanych obelg: ,,Scum! Bag! Sleaze! / Slime! Ball! Grease! / You really do disgust me, a wszystko do akompaniamentu przebojowego, melodyjnego rocka sprzed dwóch dekad. W taki sposób swoje miejsce na rynku zaznacza debiutujący damski duet Honeyblood ze Szkocji, który zgrabnie łączy dwa trendy popularne pośród nowych kapel z obecnej dekady: bezkompromisowy, niebanalny i rockowy girl power (Savages, HAIM, Deap Vally ) i mocną inspirację latami dziewięćdziesiątymi (Yuck, Veronica Falls, Peace). Tweeddale i Shona McVicar świetnie odnajdują się w tych klimatach: brzmią trochę jak młodsza i bardziej popowa wersja Shirley Manson, a niektóre ich piosenki wydają się wydarte z roku 1995. Trzymam kciuki za karierę Honeyblood, bo w rocku jest zdecydowanie za mało dziewczyn odnoszących sukcesy.   /JJ

TWIN PEAKS

WILD ONION

8/10

Podczas gdy większość młodych kapel szuka inspiracji w muzyce ostatnich trzech dekad, Twin Peaks spoglądają dalej, w kierunku lat sześćdziesiątych. Wild Onion – drugi w ogóle a pierwszy wydany poza granicami USA album 19-latków z Chicago – to wybuchowe i zachwycająco chwytliwe przypomnienie rockowych brzmień sprzed niemal pół wieku; to płyta, na której poczujesz bitelsów i starych Stonesów w surowej formie – bez sztuczek producenckich, syntezatorów i wszędobylskiego komputera. Album nie tylko rozpiera niesamowita energia i naturalny luz chłopaków, którzy rzucili szkołę, by grać muzykę, ale i pełen jest świetnych piosenek, większość z których brzmi klasycznie i przebojowo. Jedna z największych niespodzianek roku.   /JJ

PS. Brzmienie Twin Peaks nie ma nic wspólnego z kultowym serialem.

SWANS

TO BE KIND

10/10

Po wysłuchaniu w 2012 majestatycznego albumu The Seer Swans spędziłem dużo czasu zbierając szczękę z podłogi. Kiedy więc w tym roku usłyszałem, że wyjątkowy Michael Gira i spółka zmajstrowali kolejną płytę, byłem pewien obaw. No bo co można zrobić w zaledwie dwa lata po nagraniu mocnego kandydata do tytułu płyty dekady?

Wygląda na to, że jakimś cudem można stworzyć album jeszcze lepszy.

Jakkolwiek nie próbowałbym opisać niezwykłe doznanie jakim jest obcowanie z To Be Kind, nie byłbym w stanie w słowach szczerze oddać wrażenie, które wywarło na mnie to wyjątkowe wydawnictwo. Rozległy (ponad 2 godziny muzyki) i rozpisany na dwa krążki przy zaledwie dziesięciu utworach (ale za to długich: połowa numerów trwa ponad 10 minut, a nieziemskie Bring the Sun/Touissant L’Ouverture aż 34!) album to monumentalne rockowe studium poszukiwania człowieczeństwa w bezkresnym i głębokim oceanie wartości. Materiał prowadzi słuchacza przez istny gąszcz doznań brzmieniowych: od dźwięków progresywnych i eksperymentalnych, przez nietypowe, nieraz bliskie szaleństwu ballady i hałas okiełznywania chaosu, aż po niepokojące dźwięki niczym z horroru. Poznawanie To Be Kind nie jest zajęciem prostym ani przyjemnym, ale kiedy uda się zgłębić tajemnice tej płyty, wprowadza ona wytrwałego szczęśliwca do innego świata, niczym muzyczny portal międzywymiarowy.

Nie tyle świetny album, co przejmujące, piorunujące przeżycie i mój faworyt do miana najlepszej płyty roku.   /JJ

KLAXONS

LOVE FREQUENCY

6/10

Trzeci album Klaxons dość nieoczekiwanie pojawił się na półkach sklepowych, a jego premiera niosła ze sobą obawy dotyczące kierunku rozwoju zespołu oraz wpływu przedłużającej się daty premiery na jakość krążka. Ostatecznie wątpliwości okazały się uzasadnione, ponieważ Love Frequency tylko w pewnych fragmentach zdaje się być interesujące, w pozostałych zaś przynosi powtórkę z rozrywki z nieco przeterminowanym terminem świeżości. Takim sposobem dostajemy stare dobre Klaxons w niezłej formie w pojedynczych utworach, takich jak New Reality czy Out Of The Dark. Pozostała część materiału rodzi nieodparte wrażenie wtórności brzmienia, które przy panujących obecnie trendach nie robi wrażenia nawet na fanach grupy. Choć nie jest aż tak źle, to trudno w tym przypadku uniknąć porównania do Delphic, które po świetnym starcie nagle przestało mieć pomysł na siebie i wpadło w sieć mało przyjemnego mainstreamu. Klaxons nie postawiło co prawda na taką rewolucję i stara się nie stracić wypracowanej tożsamości, lecz w swojej ofercie nie proponuje niczego nowego w zamian, dzięki czemu także równa do tego trendu. Szkoda, bo wydawało się, że twórcy Myths Of The Near Future będą mieli więcej ciekawego do powiedzenia swoją działalnością.   /white-ghost

JESSIE WARE

TOUGH LOVE

6/10

Z drugą płytą Jessie Ware pozornie jest wszystko ok: to wciąż ten sam nowocześnie wyprodukowany, niebanalny pop z elementami białego R&B, którym Angielka zachwyciła na swoim pierwszym krążku. Kto słucha Ware dla jej głosu i atmosfery potencjalnie przebojowych ballad, temu Tough Love powinno przypaść do gustu. Kto jednak wymaga od wciąż pracującego na wyrobienie swojej marki muzyka ciekawego rozwoju artystycznego i fontanny pomysłów, ten może się zawieść, bo materiał zaserwowany na niniejszym albumie to w gruncie rzeczy bezpieczna powtórka z debiutanckiego Devotion, i to nieco gorsza jakościowo. Największym problemem Tough Love jest jednak nierówny zestaw piosenek: Tough Love i Kind Of… Sometimes… Maybe to jedne z najlepszych utworów w karierze Jessie, a Champagne Kisses ma potencjał przebojowy na miarę Wildest Moments, ale większość pozostałych kawałków nudzi (jeden z nich napisał Ed Sheeran, co chyba mówi samo za siebie) albo/i nie pozostaje w głowie na długo. Jak więc sam tytuł wskazuje, trudno pokochać nowy longplej urokliwej piosenkarki, ale przy odrobinie chęci można go polubić, choć nie wzbudza on takich emocji jak znakomite Devotion.   /JJ

GERARD WAY

HESITANT ALIEN

7/10

Kiedy Gerard Way zapowiedział solową płytę i ujawnił pierwsze informacje na jej temat, świat (a w każdym razie jego niewielka część) wstrzymał oddech: jak to?! Wokalista grupy rockowej chce grać pop?! Cóż za rewolucja! A ja przesłuchując Hesitant Alien wielkiej przemiany nie zarejestrowałem… Owszem, w wizerunku jest mała rewolucja: Way znowu przefarbował włosy, a do tego zmienił styl ubierania się i kręci klipy zupełnie innego typu niż wcześniej. Ale żeby muzycznie odciął się od My Chemical Romance, to bym nie powiedział… Tym bardziej, że to nie ten album, a właśnie ostatnia płyta MCR zaznaczyła przemianę Waya z mainstreamowego emopunka w wielobarwną gwiazdę pop. Duża część Hesitant Alien bardzo przypomina twórczość matczynej formacji Waya: zdecydowana większość materiału to rasowy, głośny rock, a Juarez to wręcz najostrzejsza rzecz jaką Gerard nagrał od dawna. Gitar jest tu tak dużo i są tak donośne, że chwilami ciężko dostrzec, że to nie jest longplej sygnowany marką MCR. Co do nowości, to największe zaskoczenie czeka na samym początku: roztrzęsiony otwierający The Bureau brzmi jak cover nieistniejącej piosenki Davida Bowiego. Później jest jeszcze kilka niespodzianek, ale już nie tak dużego kalibru. Gadka w mediach (podsycana zresztą przez samego wokalistę) o nowym kursie brzmieniowym Waya przysłoniła dyskusję na temat jakości nowych piosenek. Na szczęście, jest nieźle: parę niewyróżniających się numerów obniża ocenę, ale większość materiału to fajne, pomysłowe kawałki z zacięciem rockowym albo melodyjnym pomyślunkiem (a czasem z tym i tamtym).   /JJ

DEATH FROM ABOVE 1979

THE PHYSICAL WORLD

8/10

Dwóch facetów z Toronto stoi za enigmatyczną nazwą grupy Death From Above 1979, która po 10 latach od debiutu wydała w tym roku drugi CDek w swoim dorobku. Efekt ponownego wejścia duetu na rynek muzyczny można określić jako zaskakująco udany. Jak się okazuje można żyć na co dzień w Kanadzie, a zarazem nie posiadać bandy instrumentalistów we własnych szeregach, żeby nagrać konkretny album rockowy. Jest melodyjnie, hałaśliwie i z jajem – w skrócie, czuć moc. Czy może być jednak inaczej, skoro za wokal odpowiada gość grający jednocześnie na perkusji? Przy takich utworach jak Crystal Ball czy Government Trash ma się wrażenie, że słucha się 20-latków dających upust młodzieńczej energii, a nie dorosłych mężczyzn. Mieszanina punkowych naleciałości w połączeniu z cięższymi riffami i wręcz popowym wokalem pozwala dać się porwać prezentowanej wizji bez specjalnego oporu, co w dzisiejszych czasach nie jest takie oczywiste. Póki co największe zaskoczenie tego roku z pogranicza gatunku obok Royal Blood in plus.   /white-ghost

CARIBOU

OUR LOVE

8/10

Twórca znakomitego singla Odessa wraca w tym roku z siódmym już albumem w dorobku, lecz dopiero czwartym pod szyldem Caribou. Wszystko dlatego, że Dan Snaith lubi eksperymentować i wydawać projekty także pod innymi pseudonimami. Kanadyjczycy mogą być ostatnio zadowoleni z formy rodzimych artystów i nie inaczej jest również w tym przypadku. Przerwa od ostatniego wydania Caribou trwała 4 lata, ale jak się okazuje nie była bez znaczenia dla finalnej formy krążka, który zdaje się być najlepszą produkcją w karierze Snaitha. Our Love może nie budzi skrajnie zróżnicowanych emocji i nie zawiera w sobie szczególnie dominujących akcentów, ale potrafi wciągnąć proponowaną rytmiką i sprawić, że niejeden raz odlecimy myślami w przyjemne zakątki własnego umysłu. Kto zna wcześniejsze dokonania artysty nie będzie zaskoczony tym co tutaj usłyszy, ale na pewno doceni ewolucję oraz przystępność brzmienia, a także niewątpliwą poprawę warsztatu od czasów Swim. Dzięki dodaniu paru dyskotekowych chwytów (na czele z syntezatorami i efektem echa w tle) oraz dorzuceniu większej ilości wokali Caribou zrzuca z siebie nieco hipsterską łatkę, my zaś dostajemy obraz mocnej elektronicznej produkcji. Zresztą przy braku konkurencji pokroju Rudimental czy Disclosure w tym roku to pozycja jeszcze bardziej godna uwagi.   /white-ghost

THE TING TINGS

SUPER CRITICAL

5/10

Po świetnym CD na otwarcie kariery i kiepskim drugim albumie The Ting Tings wraca po raz trzeci, aby właściwie określić własną reputacje w muzycznym biznesie. Czy w końcu się to udało? Niekoniecznie, a jeśli nawet to wypadło to niezbyt korzystnie. Lekkość kompozycji to cecha łącząca wszystkie dotychczasowe albumy duetu z Salford, jednak o ile w debiucie para poszła na przebój i na przekór wszystkiemu grając fajne wakacyjne kawałki, tak w przypadku drugiego i trzeciego wydawnictwa nie robi tego tak sprawnie i przekonująco. Trzeba być uczciwym, że w stosunku do poprzednika Super Critical zaliczyło progres, ale i tak materiał nie wychodzi poza ramy własnych ograniczeń. Krążek stawia stanowczo na pop, który czerpie inspiracje z pierwszych albumów Madonny (dominujący klimat lat ’80), ale także m.in. z Britney Spears. Przeplatany jest gdzieniegdzie również soulowymi wstawkami, zaś całość domyka kilka typowych ting-tingsowych zagrywek. Niby pomysłów jest wiele, ale rozpoznawalnych kawałków do późniejszego zanucenia mamy tu jak na lekarstwo. Nie mam wątpliwości, że zespół nawet w takiej formie znajdzie swoich odbiorców, ale bez specjalnych złośliwości i słów krytyki wydaje się, że to debiut pozostanie szczytem muzycznych możliwości Katie White i Julesa De Martino na przyszłe lata.   /white-ghost

 

Reklamy

3 thoughts on “Minirecenzje: październik 2014

  1. Zapraszamy :) Popadliśmy trochę w zastój, ale niedługo powinniśmy ruszyć z kopyta. Zapraszam na nasz fejsbukowy fanpage, gdzie dzieje się więcej ;)

  2. Pingback: TWIN PEAKS | SIDEMAINSTREAM

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s