Minirecenzje: listopad 2014

listopad2014

RUN THE JEWELS

RUN THE JEWELS 2

9/10

Jest kilka powodów, dla których drugi krążek Run The Jewels to wydawnictwo godne uwagi i pochwał. Po pierwsze, bo album przynosi antyutopijne i boleśnie dosadne spojrzenie na Amerykę, którego słucha się jak klasycznego agresywnego hip hopu ze złotych lat tego gatunku: obraz USA, który wyłania się z RTJ2, to kraj podzielony i niebezpieczny, przeżarty niestabilnością społeczną, ekonomiczną i religijną. Kiedy jednak raperzy nie prawią o polityce, to też trzymają wysoki poziom – nawet bezwstydnemu Love Again (Akinyele Black) trudno odmówić jakości i humoru w porównaniu do np. lansowanego przez media niesławnego Anaconda. Po drugie, bo Killer Mike i El-P są tu w iście zabójczej formie: pierwszy niszczy nawijką, a drugi popisał się znakomitą produkcją (bo raperem jest jednak trochę mniej efektownym niż Mike). Po trzecie, bo kompozycje trzymają wysoki poziom: zarówno petardy, jak i ciężkie walce i refleksyjne prawie-ballady dają radę, oferując materiał mądrze zbalansowany i udanie zróżnicowany, w dodatku zawierający kilka potencjalnych alternatywnych przebojów. Po czwarte, bo zaproszeni goście dobrze się spisali, szczególnie wściekły jak zwykle Zack De La Rocha i oldskulowo luzacka Gangsta Boo. W końcu, po piąte, bo Run The Jewels ten znakomity album, jedną z najlepszych hip hopowych pozycji roku, udostępnili do ściągnięcia za darmo ze swojej strony internetowej. Grzech nie skorzystać z takiej okazji!   /JJ

PS. Po szóste, bo El-P i Killer Mike nagrali wersję płyty złożoną z dźwięków… miauczących kotów. Zupełnie na serio: sprawdźcie Meow The Jewels. Jak tu nie lubić gości, którzy nie tylko są utalentowani i mają coś do powiedzenia, ale jeszcze chwalą się dużym poczuciem humoru?

AZEALIA BANKS

BROKE WITH EXPENSIVE TASTE

7/10

Sam nie wiem co jest bardziej imponujące: nasza cierpliwość, skoro w końcu doczekaliśmy się debiutanckiego longpleja Azealii i przyjęliśmy go z otwartymi ramionami, czy też rozbrajający sposób w jaki Banks próbuje odwdzięczyć się nam za lata wyczekiwania niebywale przeładowanym materiałem. Minęły aż trzy długie lata od kiedy raperka podbiła świat singlem 212 i zdobyła status jednego z najciekawszych artystów młodego pokolenia. Przez trzy lata zapowiadała nagranie płyty długogrającej, ale zamiast niej dostawaliśmy liczne (różnej jakości) single, EPki, dissy i beefy. Nagle, jak gdyby nigdy nic, Broke With Expensive Taste pojawiła się na rynku i… ciężko ją stanowczo zjechać lub pokochać, a – nie oszukujmy się – właśnie na skrajne reakcje miał nadzieję każdy wypatrujący najgoręcej oczekiwanej debiutanckiej płyty dekady. Pierwszy duży krążek Azealii łatwo polubić za niebywałą ambicję, którą wykazuje się raperka: Broke… to bardzo długa (16 utworów!) płyta wypchana po brzegi pomysłami, hitami (faktycznymi i potencjalnymi), odwagą kompozycyjną i aranżacyjną, zagrywkami wokalnymi, a nawet różnorakimi brzmieniami – od house’u i petard, przez luźniejsze dźwięki klubowe i oldschool, po tak odjechane sztuczki jak wstawki hiszpańskie i utwór Ariel Pink brzmiący jak naćpani Beach Boys, a wszystko rosnące na korzeniach hip hopowych. Na Odyna, są tu nawet świetnie znane i lubiane 212 i Yung Rapunxel sprzed lat, które wciąż brzmią dobrze! Niestety, plan zadowolenia wszystkich nie zdał testu w stu procentach: Broke… nie słucha się jak posiadającego logiczny zamysł albumu z prawdziwego zdarzenia, a raczej składanki sklejonej przez rozentuzjazmowanego licealistę, który dorzucał co popadnie, bo miał dobry humor. To płyta dla pokolenia MP3, które listę odtworzeń układa klikając shuffle. Gdyby ograniczyć materiał do najlepszych fragmentów (a te są znakomite) albo podzielić go na dwie płyty, mielibyśmy być może najlepszy debiutancki album roku. Niestety, zamiast tego mamy frapujący miszmasz, którego słucha się z zainteresowaniem, ale i lekką irytacją.   /JJ

PINK FLOYD

THE ENDLESS RIVER

6/10

Kto ceni Pink Floyd, ten nie zwróci większej uwagi na powyższą notę, bo doskonale wie, że twórczość zespołu wymyka się prostym ocenom. Muzyka Pink Floyd żyje własnym życiem i traktowana jest przez wielu ludzi jak wyznacznik rockowej jakości i dzieło sztuki sakralnej. Czy więc pierwszą od dwudziestu lat płytę studyjną Anglików można traktować inaczej niż jak wydarzenie wagi superciężkiej? Oczywiście, że nie. Czy w takim razie można ją z miejsca uznać za płytę roku? To zależy czego się po niej oczekiwało. The Endless River z pewnością zachwyci niektórych wyznawców grupy idealnie zakonserwowanym brzmieniem: większość materiału brzmi jak wycięta z przeszłości (co nie powinno dziwić, skoro część nowej muzyki to pozostałości z sesji do The Division Bell), słuchacze uśmiechną się słysząc parę charakterystycznych dla zespołu chwytów, a Louder Than Words to być może jeden z najładniejszych singli w karierze grupy. Jeśli więc szukacie sentymentalnej maszyny czasu, to The Endless River możecie pokochać. Jeśli jednak mieliście nadzieję, że Pink Floyd powracając chcieli nie tylko oddać hołd zmarłemu klawiszowcowi Richardowi Wrightowi, ale i pokazać młodzieży jak tworzy się historię muzyki po profesorsku, to zmieńcie nastawienie, bo możecie się rozczarować. Trochę zawodzi jak bezpieczny i niezobowiązujący to album: Pink Floyd właściwie nie podejmują tu ryzyka brzmieniowego, a cały materiał potrafi przelecieć w połowie niezauważony (na co duży wpływ ma aż jedenaście kawałków trwających mniej niż 3 minuty, które ciężko rozróżnić), więc fajnie się go słucha, ale nie angażuje on słuchacza emocjonalnie. Niezła niedoskonała płyta zawierająca doskonałe fragmenty.   /JJ

FOO FIGHTERS

SONIC HIGHWAYS

7/10

Po sukcesie Wasting Light Foo Fighters wolno było wszystko, więc Dave Grohl… rozwiązał zespół na krótki czas, nakręcił film dokumentalny o studiu Sound City z Los Angeles i kazał czekać na nową płytę 3 lata. Kiedy właśnie się ukazała, to nie jako zwyczajny longplej, a część większego projektu: Sonic Highways to tytuł nie tylko albumu muzycznego, ale i serialu telewizyjnego o ośmiu miastach najważniejszych dla historii amerykańskiego rocka. Nie widziałem jeszcze serialu, więc nie mogę powiedzieć jak nowa muzyka współpracuje z obrazem, ale płyta jako samodzielny projekt trzyma solidny foosowy poziom. Perkusista Taylor Hawkins powiedział, że planem było stworzyć jak najbardziej naturalnie i żywo brzmiący album. To się udało: materiał zawarty tu brzmi klasycznie i tradycyjnie, ale jednocześnie dość świeżo. Kompozycje też dają radę: są przyzwoite i przebojowe, a ich mała liczba (tylko osiem!) wyklucza obecność zapychaczy. Jest więc dobrze, ale bez szału, bo kto wcześniej znał twórczość Foo Fighters, ten nie usłyszy na nowym krążku absolutnie nic nowego bądź innego. Jeśli więc lubicie brzmienie foosów i doceniacie ambitny zamysł Sonic Highways, możecie zastanowić się nad dodaniem pół oczka; jeśli jednak jesteście trochę znudzeni przewidywalnością Grohla, choć doceniacie jego oddanie swojej sztuce i wytrwałość, to o pół oczka obniżcie powyższą notę.   /JJ

YOUNG FATHERS

DEAD

8/10

Zaskakujący zwycięzcy tegorocznej, bardzo prestiżowej Mercury Prize, dają światu do rąk krążek co najmniej intrygujący. Nie może zatem dziwić fakt, że dla wielu są największym odkryciem 2014 roku. Spójne i różnorodne pozycje w niezaszufladkowanej, alternatywnej odmianie hip-hopu docenią zarówno miłośnicy tych klasycznych, jak i bardziej nowatorskich brzmień nurtu. Główną siłą tej egzotycznej, afrykańsko-szkockiej mieszanki, jaką mieni się Young Fathers jest ich wrodzona naturalność, umiejętne poruszanie się między gatunkami oraz utrzymanie jakości utworów na dobrym, stabilnym poziomie. Prawdopodobnie ze względu na ograniczone środki finansowe album trzyma się jednego głównego: minimalistycznego stylu, nierzadko wpadając jednak w psychodeliczną mantrę (Mmmh Mmmh) czy popowy gospel (Am I Not Your Boy). Momentami brzmi tu wszystko podobnie do TV On The Radio, tylko w bardziej surowej aranżacji, co można przyjąć oczywiście za komplement. Generalnie polecam fanom świeżych brzmień.   /white-ghost

2:54

THE OTHER I

7/10

Drugi album 2:54 podtrzymuje zachwycającą w ostatnich latach niezwykle dobrą passę młodych żeńskich kapel rockowych. Mające punkowe korzenie siostry Hannah i Colette Thurlow proponują klimatyczny, mroczny rock z melodyjnymi naleciałościami, zawieszony gdzieś pomiędzy brzmieniami Warpaint i The Cure, ale i z wyczuwalnymi echami wybuchowego debiutu nieodżałowanych Black Rebel Motorcycle Club. Jest ciemno i duszno, ale potrafi też być chwytliwie, więc materiał jest zarazem alternatywnie przebojowy i estetycznie bezkompromisowy. Dbałość o brzmienie niestety przerasta momentami jakość kompozycji, co zradza dłużyzny i monotonię, i jest głównym zarzutem przeciwko The Other I. Ten mankament rekompensuje jednak kilka fantastycznych fragmentów, np. prześliczna minimalistyczna ballada Tender Shoots, cure’owsko przestrzenne Orion czy cudnie skradające się w mrokach melodyjności In the Mirror. Girl power!   /JJ

…AND YOU WILL KNOW US BY THE TRAIL OF DEAD

IX

7/10

Frapujący gitarowi kucharze z Teksasu wracają z kolejną porcją smakowitych kąsków dla gustujących w niebanalnych daniach rockowych. Choć nowy materiał jest nieco monotonny i chwilami rozczarowująco bezpieczny (sztywne trzymanie ram przyjętego stylu zamiast zaskakiwania szaleńczym odskokiem), to wciąż intryguje charakterystyczną dla grupy mieszanką ostrego rocka na skraju różnych jego odmian z melodyjnością i chwytliwością muzyki pop. Przebojowe linie wokalne i refreny idealnie komponują się z graniem zbyt surowym i ciężkim dla list przebojów, a kilka numerów nadaje się na alternatywne hity. Szczególnie album zachwyca na samym początku bombastycznym The Doomsday Book, które samo podkręca głośność w odtwarzaczu. Kilka numerów (rozpędzony, ale melodyjny A Million Random Digits, stadionowy Lie Without a Liar, nostalgiczne The Dragonfly Queen i Bus Lines) dorasta do wysokiego poziomu hałaśliwego otwieracza i rozkręca album jak śmigła helikopter, ale wspomniana wcześniej wtórność i pewna przewidywalność części materiału swoim ciężarem utrudniają jakości longpleja uniesienie się na imponującą wysokość. Posłuchać jednak zdecydowanie warto, szczególnie jeśli ktoś uważa, że rock umarł i nie żyje, albo dopiero zaczyna przygodę z …AYWKUBtToD (fatalna nazwa, panowie).   /JJ

SBTRKT

WONDER WHERE WE LAND

8/10

Drugi album SBTRKT to sequel jak się patrzy: dłuższy, bardziej rozbudowany, skomplikowany i imponujący. Na debiutanckim krążku enigmatyczny londyńczyk dał się poznać jako utalentowany kompozytor i producent, co potwierdza na Wonder Where We Land, ale teraz dodaje do listy talentów zdolność eksperymentowania ze swoim brzmieniem. SBTRKT zbudowane było głównie ze świeżo brzmiących, ale jednak dość klasycznych w formie piosenek. Ta płyta skupia się w dużym stopniu na zabawie z konwencją piosenki poprzez rozbudowywanie i łamanie szkieletów piosenek sztuczkami producenckimi i chwytami charakterystycznymi dla artysty. Weźmy na przykład urokliwe Look Away ze świetnym wokalem Caroline Polachek: dzięki pętlom, powtórzeniom i połamańcom SBTRKT stworzył utwór brzmiący jak swój własny remiks (w pozytywnym znaczeniu), a to nie odosobniony przypadek na Wonder…. Zachowano też senny klimat pierwszego krążka, co nie było łatwe przy niemałym zróżnicowaniu aranżacyjnym tego materiału. Jeśli do czegoś można się przyczepić, to do niekonsekwentnej wielkości projektu: przy aż czternastu utworach Wonder… trwa zaledwie 42 minuty i choć każdy numer stara się intrygować na swój wyjątkowy sposób, ograniczenie ich liczby mogłoby wpłynąć korzystniej na utrzymanie jednolitości oraz tempa materiału i skupienie uwagi słuchacza. Pomimo to, SBTRKT pokazał jednak, że syndrom drugiej płyty to nie jego problem.   /JJ

JULIAN CASABLANCAS + THE VOIDZ

TYRANNY

7/10

Mimo dość niepochlebnych recenzji w mediach Tyranny to pozycja godna dostrzeżenia. Raz, że ten poboczny projekt to najlepsza od lat płyta lidera The Strokes. Dwa, że to alternatywa pełną gęba. Trzy, że jest oryginalna i nie brakuje jej mocnych propozycji singlowych. Po nużących i dołujących względem poziomu wyczynach ze wspomnianymi Strokesami, Casablancas zrobił wreszcie wyczekiwany ,,skok w bok” i wsparty podkładami już nowych kolegów daje upust wcześniej skrywanym pomysłom. Całość materiału jest delikatnie mówiąc niełatwa w odbiorze i połamane dźwięki z pewnością odstraszą pewną część słuchaczy za pierwszym razem, a za piątym podejściem wcale nie musi być lepiej. Głównym powodem takiego stanu rzeczy jest przekombinowanie brzmieniowe i nierówny poziom albumu. Świetne utwory, takie jak singlowy Where No Eagles Fly, Dare I Care czy Nintendo Blood mieszają się z poczuciem irytacji, znudzenia czy zażenowania w przypadku kilku innych utworów mijanych po drodze o których nawet nie chce się pamiętać, a które z osobna potrafią czymś do siebie przyciągać. Skrajne emocje już nie pierwszy raz towarzyszą produkcjom Casablancasa, a w tym wypadku mimo oczywistych wad ja jestem na ,,tak”.   /white-ghost

FLYING LOTUS

YOU’RE DEAD!

8/10

Po fantastycznie przyjętym przez krytyków (w tym mnie) albumie Until the Quiet Comes (choć wcześniejsze krążki też są znakomite), nie mogłem doczekać się co nowego zaproponuje Flying Lotus. Jak wypadało się spodziewać, You’re Dead! spełnia pokładane w nim nadzieje, choć nie jest to płyta łatwa w odbiorze. Enigmatyczny producent, który opisywany jest jako twórca muzyki przyszłości, znów zaserwował nam dźwięki futurystyczne. Tym razem jednak poszedł jeszcze bardziej w stronę jazzu i wyszło mu to fantastycznie, bo właśnie tak wyobrażam sobie album jazzowy, który przywiózłby ze sobą podróżnik w czasie przybyły z roku 2024. Oczywiście, You’re Dead! daleko do tego rodzaju muzyki w pojęciu tradycyjnym: album balansuje pomiędzy różnorakimi brzmieniami tworząc swój wyjątkowy, zanurzony w narkotyzujących i hipnotyzujących oparach kompozycyjnego i aranżacyjnego absurdu gatunek połamanego, ale i uduchowionego eksperymentalnego jazzu elektro-hip hopowego. Choć nie jest to materiał łatwy i przyjemny w odbiorze, warto go poznać dla bogactwa zawartych w nim brzmień i niebywałej wyobraźni Stevena Ellisona, prywatnie spokrewnionego z samym Johnem Coltrane’em. Podsumowując, pozwolę się powtórzyć: muzyka przyszłości.   /JJ

Reklamy

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s