BRYAN FERRY

avonmore

BRYAN FERRY

AVONMORE

5/10

Bryan Ferry nie starzeje się. Choć swój nowy album wydał właśnie w wieku 69 lat, wcale tego na Avonmore nie czuć. Podobnie jak opisywany przeze mnie w tym roku przy okazji swojego ostatniego albumu Leonard Cohen (11 lat starszy od angielskiego kolegi po fachu), były frontman Roxy Music osiągnął absolutną wolność artystyczną i wolno mu robić co chce, bo fani doskonale wiedzą, że zrobi swoje. Luz i styl, które Ferry zaszczepił w najlepszych fragmentach Avonmore dowodzą nie tyle o profesjonalizmie artysty, co o naturalnym występowaniu tych czynników w jego twórczości i życiu. Spójrzmy na singlowy Loop De Li, który jest istnym mistrzostwem świata: ta przepięknie uzbrojona w krzyżujące się gitary melodyjna i klasycznie brzmiąca piosenka w tradycyjnym stylu, przypominająca jakościową przebojowością niezapomniany album Avalon Roxy Music, to utwór o klasie i elegancji, na które nie stać młodych, niedoświadczonych muzyków. Podobnie urokliwe są dwa inne kawałki przypominające czasy More Than This: rozbujany i romantyczny Midnight Train oraz śliczna, ale i chwytliwa ballada Lost. Na wyróżnienie koniecznie zasługuje też wspaniale zbudowany elektroniką, klimatyczny cover Johnny and Mary Roberta Palmera (ale ten kawałek słyszeliśmy już w tym roku – umieścił go na swoim debiutanckim longpleju Todd Terje, norweski producent elektroniczny [It’s Album Time oceniłem na 8]). Te fragmenty nie tyle są najjaśniejszymi punktami krążka, co jednymi z moich ulubionych momentów płytowych w tym roku bez podziału na kategorie.

W tym miejscu chciałbym zakończyć recenzję Avonmore, bo mam do Ferry’ego wielki szacunek i równie dużą sympatię, ale byłoby to z mojej strony nieuczciwe. Co napisałem powyżej to prawda: w swoich najlepszych fragmentach płyta zachwyca. Niestety, nie jest ich tak wiele jak tych mniej udanych… Zaraz po znakomitych dwóch pierwszych utworach przychodzi rozczarowujące podwójne uderzenie: najpierw przestarzały, irytujący przewidywalnością i powtarzalnością Soldier of Fortune (choć niewykluczone, że miłośnikom gitary ten numer przypadnie do gustu), a potem okropny, pseudo-rapowany koszmarek Driving Me Wild upstrzony obrzydliwie niepasującym skreczowaniem, który brzmi jak piosenka pop z przełomu lat dziewięćdziesiątych i początku dwudziestego pierwszego wieku napisana przez Craiga Davida dla ówczesnego Stinga. Send in the Clowns, A Special Kind of Guy One Night Stand może i nie są złe, ale grzeszą nijakością, przez co nie mogłem przypomnieć sobie jak brzmią nawet po dziesiątym przesłuchaniu płyty. Piosenka tytułowa stara się rozruszać nieco materiał w samym środku zestawu, ale jest nierówna: zadziorny refren i szybkie tempo rozmazane zostają przez niezapamiętywalne zwrotki, przez co całość blednieje na tle lepszych kawałków. Te z kolei nieco gubią się pośród nijakości słabszych pozycji, a cały album, choć nie traci na uroku, to nie imponuje równie mocno jak na początku.

To nie jest tak, że uczepiłem się Avonmore na siłę, bo spodziewałem się Bóg wie czego, a dostałem po prostu solidny zestaw piosenek. Naprawdę chciałem polubić tę płytę. Tym bardziej, że Ferry jest na niej w niezłej formie wokalnej, a najlepsze jej momenty są naprawdę świetne. Avonmore nie jest sukcesem, ale… pomimo powyższych pretensji nie nazwę jej też porażką: to raczej prezent świąteczny dla fanów artysty, którzy docenią jego nieśmiertelny styl, a nie obrażą się na nierówną formę kompozytorską. Przecież forma jest zawsze przejściowa, ale klasa to wartość niezmienna!   /JJ

Reklamy

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s