BILLY IDOL

BillyIdol

BILLY IDOL

KINGS & QUEENS OF THE UNDERGROUND

7/10

Kings & Queens of the Underground mógłby być ostatnim albumem Billy’ego Idola. Nie chodzi mi o to, że już najwyższy czas, by 59-latek sobie odpuścił. Broń Boże! Wręcz odwrotnie: bardzo bym chciał, żeby ta płyta przywróciła Idolowi niegdysiejszą popularność i sprezentowała mu kolejne 5 minut sławy. Beznadziejny album Cyberpunk z 1993 wyrzucił giganta punk-popu lat osiemdziesiątych z mainstreamu na całą dekadę, a powrotny Devil’s Playground z 2005 nie odkurzył jego chwały. Kings & Queens of the Underground na tle poprzednich dwóch albumów studyjnych błyszczy: to nie tylko najlepszy krążek byłego członka Generation X od 1990, ale i po prostu dobra płyta. Przebojowe numery, zaczepne hooki i fajne melodie przypominają najlepsze czasy Idola, a takich bomb jak pierwsze trzy w zestawie Bitter Pill, Can’t Break Me Down Save Me Now nie da się słuchać przy niskiej głośności. Znajomych dźwięków jest tu więcej, np. Ghosts in My Guitar zalatuje zapomnianym klasycznym przebojem z lat dziewięćdziesiątych, Postcards from the Past zgodnie z nazwą brzmi jak piosenka Idola z przeszłości, a Love and Glory przypomina cover nieistniejącego singla Foo Fighters. Trochę słabiej niż z petardami jest z balladami, które są ewidentnie mniej charakterystyczne, ale nawet ich słucha się przyjemnie; szczególnie jeśli się pamięta, że pewna doza kiczu jest odgórnie wpisana w twórczość autora Eyes Without a Face.

Jednak nie tylko warstwa muzyczna skłoniła mnie do myśli z pierwszego zdania: większe znaczenie w tym przypadku mają teksty nowych piosenek. Idol wprowadził na tym longpleju do swojego katalogu nową sztuczkę, a mianowicie nostalgię za przeszłością i wątki autobiograficzne. Najdobitniej słychać to na będącym hymnem na cześć swojej kariery numerze tytułowym, na który składają się wspomnienia z przeszłych osiągnięć i wydarzeń z życia artysty (,,Born in a time that wasn’t made to last / In 1977 it went fast / Johnny told us to rise, not to give a shit / And then ‚Kiss Me Deadly’ and we had a hit”) połączone z poczuciem dumy z przetrwania tyle lat na scenie w zaskakująco przejmującym refrenie. Przez cały album przewija się motyw kontrastu pomiędzy przeszłością i teraźniejszością, także w kontekście relacji damsko-męskich (,,I laughed at all the signs / That say speed will kill ya / It took you to slow me down” z Bitter Pill i jego gorzki, ale znakomity refren). Oczywiście, obecny jest także odwieczny punkowy wątek samotnej walki przeciwko całemu światu (,,I trusted the law / They didn’t help me at all / I wound up black, blue, screwed / In the back of his car” Save Me Now), bez którego szanujący siebie rockman nie może się obyć.

Ta otoczka wrażliwości i sentymentalizmu zapewne wiąże się z wydaną równolegle z Kings… autobiografią Billy’ego, ale jest bez wątpienia powiewem świeżości dla już nieco skostniałej i zakurzonej dyskografii wokalisty. Z drugiej strony, album sprawia też wrażenie chęci podsumowania kariery. Czyżby zapomniany idol szykował się do pożegnania z fanami? Jeśli tak, robi to w dobrym stylu, choć wolałbym, żeby zamiast odchodzić raczej wrócił na stałe – na tę płytę kazał czekać niebywale długie dziewięć lat!   /JJ

Advertisements

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s