THE WAR ON DRUGS

LostInTheDream

THE WAR ON DRUGS

LOST IN THE DREAM

9/10

Rok 2014 na tronie muzyki indie zamyka grupa The War on Drugs. Na pierwszy rzut oka ten niepozorny zespół z Filadelfii (założony przez Kurta Vile’a, który w 2008 opuścił grupę, by podbijać serca krytyków muzyką tworzoną z The Violators) nie wygląda na materiał gwiazdorski: panowie nie skupiają na sobie uwagi największych plotkarskich mediów, nie grają muzyki dla mas, wyglądają do bólu przeciętnie, a do tego nie udało im się trafić do milionów przypadkowych słuchaczy, jak np. miało to miejsce w przypadku Future Islands. W porównaniu do Kings of Leon, The War on Drugs są medialnymi karłami. Mimo to, w mijającym roku wszystkie muzyczne periodyki, portale i blogi rozpisywały się bardzo szeroko o Amerykanach, i to z dwóch zupełnie różnych powodów.

Pierwszym był konflikt grupy Adam Granduciela z Markiem Kozelekiem. Lider projektu Sun Kil Moon wściekł się na The War on Drugs gdy podczas jednocześnie granych koncertów na pewnym festiwalu dźwięki ze sceny filadelfijczyków zagłuszały brzmienie jego występu. Co nastąpiło później, to być może największy tegoroczny beef w branży, w którym Granduciel i Kozelak obrzucali się wyzwiskami, a ten drugi nagrał dissujące swoich ,,oponentów” kawałki (w tym jeden nazwany War on Drugs: Suck My Dick). Owszem, cała akcja była bardziej szczeniacką pożywką dla muzycznych mediów plotkarskich niż ważnym wydarzeniem, ale dzięki niej było głośno o dwójce wciąż dość niszowych artystów, którzy nagrali jedne z najlepszych płyt roku.

Co prowadzi do drugiego powodu, dla którego The War on Drugs mogą nazwać 2014 ich rokiem. Lost in the Dream, trzeci longplej grupy, to znakomity album. Zgodnie ze swoim tytułem, krążek przynosi rozmarzony materiał pełen przestrzennych brzmień malujących obraz amerykańskiego krajobrazu w podróży. Głęboko zanurzona w brzmieniach tradycyjnego amerykańskiego rocka z okolic Bruce’a Springsteena, Lost in the Dream to muzyka idealnie nadająca się do słuchania podczas długich przejażdżek, najlepiej w słonecznych dzień w starym Fordzie Mustangu po opustoszałej Route 66. Pozornie na pierwszy plan wychodzą nośne, przestrzenne gitary i senny wokal Granduciela, ale w gruncie rzeczy są one tylko jednymi z wielu elementów składowych pastelowej atmosfery tajemniczości i nieprzewidywalności podróży, która spina cały album. Ciężko wymienić najlepsze fragmenty płyty, bo to dość solidnie zrównoważony zestaw utworów: od hipnotyzującego otwarcia Under the Pressure i wybuchowego szkoda-że-nie-wielkiego przeboju Red Eyes, przez klasycznie piękną balladę Suffering i głośną, mocno Springsteenową bombę Burning, po melancholijny finał In Reverse, cały Lost in the Dream to wielka przyjemność, która najlepiej smakuje w całości, nie w kawałkach.

W publikowanych teraz przez zachodnie media muzyczne podsumowaniach za 2014, Lost in the Dream okazuje się być longplejem najczęściej wybieranym na pierwsze miejsca rankingów płytowych. Słusznie? Jak najbardziej. Może i ten rok w muzyce pop należał do Ariany Grande, hip-hopem rządzili Run The Jewels, a medialnymi królami rocka zostali Royal Blood, ale w szeroko pojętej gitarowej muzyce alternatywnej ledwo kto miał start do The War on Drugs.   /JJ

Reklamy

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s