NAJLEPSZE SINGLE 2014: 30-21

Spojler: nie ma Eda Sheerana.

MIEJSCA 30-21

 30-21

30.  Honeyblood  Super Rat

Co się dzieje gdy dziewczyna ma dość wkurzającego ją chłopaka i chce się z nim raz na zawsze rozmówić tak, by poszło mu w pięty? Może postąpić jak panny z Honeyblood i nagrać Super Rat – błyskotliwie humorystyczną tyradę pod adresem okropnego i niegodnego zaufania jegomościa, który zasługuje na wieczne potępienie. A ponieważ Szkotki są dziewuchami z klasą, robią to w stylu przyjaznego radiu melodyjnego rocka rodem z lat dziewięćdziesiątych.

29.  Bryan Ferry  Loop De Li

Kto mógłby nagrać tak stylową i klasycznie piękną piosenkę jak Loop De Li, jeśli nie ojciec chrzestny elegancji w muzyce rozrywkowej? Od charakterystycznego głosu Ferry’ego, przez zażartą walkę pomiędzy gitarami i saksofonem, zabójczy refren i równie fantastyczną melodię, aż po namacalny klimat brzmień rodem z niezapomnianego albumu Avalon, Loop De Li to pod każdym względem najlepszy singiel byłego frontmana Roxy Music od lat.

28.  Foo Fighters  Something From Nothing

Nie ma co się oryginalnie rozpisywać na temat singli Foo Fighters. Grohl i spółka od lat grają tak samo: żywiołowo i uczciwie, utrzymując przy życiu ducha rock and rolla. Niewiele takich kapel zostało w mainstreamie – świadomie odrzucających coraz to nowsze sztuczki producenckie i trendy, a oddających hołd tradycyjnemu graniu na przekór coraz bardziej plastikowemu i bezdusznemu szajsowi z list przebojów, a jednak szalenie popularnych i z każdą kolejną płytą zdobywających coraz więcej fanów. Komu podobały się poprzednie single przewodnie foosów, ten nie musi zastanawiać się czemu właściwie Something From Nothing też polubi, bo tutaj FF po prostu po raz kolejny czarują zagrywką, która działa niemal za każdym razem. Może i rozbudowa piosenki z leniwego początku po jazgotliwy finał nie jest niczym nowym, ale czad, w który rozbrzmiewa w końcówce Something…, to hałas, na jaki bardzo rzadko pozwala sobie dzisiejszy główny nurt muzyki rozrywkowej.

27.  Elbow  New York Morning

Gdy Ci smutno, gdy Ci źle – posłuchaj Elbow, odpręż się! Od lat ekipa z Manchesteru odpowiada za jedne z najpiękniejszych brytyjskich ballad XXI wieku. New York Morning nie wnosi zupełnie nic nowego do brzmienia kapeli Guya Garveya, ale nie ma to najmniejszego znaczenia, gdyż dźwięki budujące tę piosenkę są tak czarujące, iż momentalnie wybaczam jej zerową oryginalność. Od dawna powtarzam, że Elbow (i The National) byliby wielkimi gwiazdami gdyby tylko wyglądali jak Chris Martin… Rynek muzyczny jest okrutny, niestety.

26.  Manic Street Preachers  Futurology

Kto inny mógłby zacząć swoją płytę w tak bezlitosny sposób? Intro do ostatniego albumu MSP to istny atak na dobre samopoczucie jego odbiorcy. Kiedy siedzisz sobie spokojnie w fotelu i słuchasz błahostek wyśpiewywanych w radiu, pamiętaj, że Manic Street Preachers bacznie Cię obserwują, aby poruszyć Twoje sumienie i przypomnieć Ci, że życie wcale nie jest różowe ani łatwe. „We’ve all killed some ants/ All had broken plans/ All have failed ourselves/ We’ve done the best we can/ A magnifying glass/ With questions left to ask” lamentuje James Dean Bradfield, aby po chwili przypomnieć słuchaczowi, że czujni Walijczycy zawsze są w pobliżu, aby mu wytknąć konieczność oddawania się refleksji nad swoim życiem: „One day we will return/ No matter how much it hurts/ And it hurts”.

25.  Kasabian  Eez-eh

Choć można czepiać się Kasabian, że muzyka, którą zdobyli popularność, to tak naprawdę kopia brzmień wcześniej dostarczanych przez inne kapele, ale ciężko nie czuć wobec chłopaków sympatii za przebicie się do ekstraklasy brytyjskiego rocka nie grając rzeczy przyjaznych listom przebojów, a także za konsekwentne bycie sobą i zachowanie poczucia humoru w świecie wielkich pieniędzy, jupiterów i mediów plotkarskich. Bo czymże jest Eez-eh, jak nie żartem? W piosence brzmiącej jak zgrywa z muzyki dyskotekowej, Tom Meighan opowiada w gruncie rzeczy banalną historyjkę o tym, że panowie kasabiany lubią… całonocne pogaduszki. Co wydaje się na papierze pomysłem ryzykownym, na żywo wypaliło: Eez-eh jest lekkie, chwytliwe i nienachalnie przebojowe. No bo co jest złego w tym, że popularny zespół bawi się swoją muzyką i podchodzi do siebie z dystansem?

24.  Jungle  Busy Earnin’

W zeszłym roku muzyka miejskiej zabawy nosił imię Jungle, najbardziej wyczekiwanego debiutu 2014. Co prawda pierwszy album enigmatycznego duetu nieco zawiódł, ale i tak dostarczył trochę świeżej i niebanalnej muzyki klubowej. Panowie J i T stworzyli swoje własne, wyjątkowe brzmienie, które wyraźnie słychać w Busy Earnin’: intensywnie funkującym hymnie ulicznym, krytykującym ciągłą pogoń za pieniądzem, która zabiera nam coraz więcej życia i utrudnia codzienną egzystencję.

23.  SBTRKT feat. Ezra Koenig  NEW DORP. NEW YORK

Drugi album SBTRKT bezboleśnie przemienił tajemniczego producenta z szermierza basowymi piosenkami nocy w mistrza brzmień nietypowych. Upstrzony drążącym basem, łamanym tempem i całą feerią bardziej lub mniej określonych pstryknięć i uderzeń, NEW DORP. NEW YORK nie przypomina żadnego innego zeszłorocznego singla z najwyższej półki. Żeby tego było mało, nad utworem góruje głos księcia niebanalnych dziwadeł Ezry Koeniga z Vampire Weekend, a całość ubrano w dość narkotyczny teledysk.

22.  Pixies  Blue Eyed Hexe

Niestety, zeszłoroczny powrót Pixies nie zatrząsł rynkiem jak powinien był. Czy to przez brak Kim Deal, z powodu wpływu nieubłaganie płynącego czasu, czy też z winy nas samych i przerośniętych nadziei związanych z tym materiałem, którymi się karmiliśmy, Indie Cindy nie podbił świata. Tym bardziej tego żałuję, że w znakomity nastrój wprowadził mnie poprzedzający album singiel Blue Eyed Hexe, który momentalnie wbił mnie w fotel kiedy usłyszałem go pierwszy raz. Nieustępliwy, brudny, agresywny i z Black Francisem wrzeszczącym jakby wciąż był młodzieniaszkiem, numer ten był pierwszym kawałkiem, który w zeszłym roku wyróżniłem tytułem sajdmejnstrimowego singla tygodnia.

21.  Pink Floyd  Louder Than Words

Chyba nikt nie wyobrażał sobie, że Pinkg Floyd zabraknie na tej liście, prawda? Są ku temu trzy powody. Po pierwsze, bo to nowa piosenka Pink Floyd. Po prostu. Nie wielopoziomowy i metafizyczny, osiemnastominutowy traktat muzyczny z kilkoma solówkami i licznymi odniesieniami do historii i kultury, a zwyczajna piosenka o tradycyjnej budowie – już samo to zapewnia jej miejsce na liście. Po drugie, bo to kawałek prześliczny, o ładnej melodii i chwytliwym refrenie, który nie musi się wstydzić stojąc w panteonie najznamienitszych piosenek Pink Floyd. Po trzecie, bo otwierający utwór fragment tekstu napisanego przez żonę Davida Gilmoura (która miała ze swojej perspektywy przedstawić historię zespołu) „We bitch and we fight/ Diss each other at sight” tchnął w powrót gigantów rocka więcej życia i zwykłego człowieczeństwa niż pozostałe siedemnaście numerów instrumentalnych na The Endless River. Perełka.

Dzięki za uwagę, do jutra!   /JJ

Reklamy
Posted in Top

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s