NAJLEPSZE SINGLE 2014: 20-11

MIEJSCA 20-11

20-11

20.  Run The Jewels  Blockbuster Night Part 1

Przechwałki to w hip hopie chleb powszedni i zjechana płyta, ale kiedy w Blockbuster Night Part 1 Run The Jewels w taki sposób wyróżniają siebie na tle reszty raperskiej braci, to to żadne chwalipięctwo, a solidny konkret i najprawdziwsza prawda. El-P i Killer Mike w zeszłym roku zdmuchnęli całą konkurencję swoim znakomitym (i darmowym!) drugim albumem i zgarnęli hiphopowe laury. Blockbuster… to nie tylko wulgarna przejażdżka po innych raperach, ale przede wszystkim zabójczy flow i kapitalna zabawa słowem Killer Mike’a (fantastyczna aliteracja na poziomie przewyższającym zdolności pisarskie większości najpopularniejszych raperów) i bit mocny i chwytliwy jak… coś mocnego i chwytliwego (nie mam pomysłu na porównanie, pomóżcie).

19.  Caribou  Can’t Do Without You

Co tu można mądrego rzec? Piękna prosta piosenka, tylko i aż tyle. Dan Snaith zakręcił pokrętłami i powciskał przyciski i klawisze z takim uczuciem i wyobraźnią, że ilekroć słyszę Can’t Do Without You, to zwyczajnie się rozpływam. (Polecam wysłuchać na dobrych słuchawkach, aby brzmienie uniosło w kosmos).

18.  The War on Drugs  Red Eyes

The War on Drugs dowiedli jak wielki potencjał wciąż tkwi w uczciwym tradycyjnym graniu gitarowym w dobie komputerowych udziwnień. Grupa utalentowanych muzyków, standardowy zestaw instrumentów, przemyślana kompozycja z dobrą melodią, nośnym refrenem i niegłupim tekstem, duża doza szczerości i zero gwiazdorskiej pretensjonalności – oto przepis na alternatywny przebój a’la najważniejsza grupa indie zeszłego roku. I po co komu miliony dolarów wpakowane w nowoczesne oprogramowanie, po co kosmiczne wygibasy i czary cyfrowego szamana?

PS. Żeby nie było – wcale nie piję do poprzedniego i kolejnego wykonawcy na liście!

17.  FKA twigs  Two Weeks

Scena muzyki R&B zatrzęsła się posadach. Ów trzęsienie spowodowała niejaka Tahliah Barnett, znienawidzona przez internetowe psychofanki Roberta Pattinsona Angielka jamajskiego pochodzenia, która zaledwie parę lat wcześniej była anonimową tancerką w teledyskach innych muzyków. Przyjąwszy pseudonim FKA twigs, wgryzła się w rynek hipnotyzującymi epkami i intrygującą płytą długogrającą, na których stworzyła obudowany eksperymentalnym R&B i mrocznym trip hopem, ale skupiony na swoim delikatnym głosie zestaw ballad przyszłości, które nie mogłyby powstać w żadnej poprzedniej dekadzie. Jeśli dodać wyjątkowy imidż, który Barnett dla siebie stworzyła, dostajemy obraz jednej ze wschodzących nowych diw XXI wieku. Two Weeks to jej najbardziej przystępny singiel i najjaśniejszy punkt albumu LP1. Jednocześnie potężny i zmysłowy, dowodzi talentu piosenkopisarskiego artystki, która pokazuje, że potrafi pozostać brzmieniowo konsekwentna nawet w tradycyjnej formie piosenkowej.

16.  St. Vincent  Birth in Reverse

Recenzując St. Vincent napisałem, że w lepszym i uczciwszym muzycznie świecie Birth in Reverse byłby hitem. Podtrzymuję to zdanie, a w dodatku je podkreślam. Najbardziej energetyczny singiel z ostatniej płyty Annie Clark to melodyjna petarda o błyskotliwym tekście i zabójczym refrenie, która nawet nie zbliżyła się do list przebojów, bo Przypadkowy Masowy Słuchacz nie lubi inteligentnej muzyki rozrywkowej. Szkoda, wielka szkoda.

15.  Jamie T  Zombie

Kto mnie zna ten wie, że mam słabość do brytyjskiego rynku muzycznego. Od dawna imponuje mi jak wyspiarze bezboleśnie przeplatają główny nurt z alternatywą, a muzyków lansują w zależności od ich talentu, nie prezencji. Weźmy takiego Jamiego T: gość wygląda zwyczajnie jak kromka chleba, bilet autobusowy i reklamówka z NETTO, ubiera się mniej efektownie niż nawet ja i nie grozi mu romans z Taylor Swift ani Rihanną. Gdybym na Jamiego trafił na ulicy, to w życiu nie pomyślałbym, że oto mija mnie głos pokolenia i jeden z najzdolniejszych brytyjskich piosenkopisarzy poniżej trzydziestki. Oczywiście, gdybym był brytolem, to w mgnieniu oka zaprosiłbym go na piwo, bo angole dali Jamiemu popularność godną jego talentu. A ten, jak już napomknąłem, jest wielki. O, takie Zombie na przykład: wyobraźcie sobie piosenkę pop w wykonaniu The Clash, którzy w XXI wieku zastąpili polityczne songi utworami o sercowych i emocjonalnych rozterkach dzisiejszej młodzieży. Dodajcie do tego dużą dozę poczucia humoru, chwytliwy refren i kilka błyskotliwych tekstów („‚Cause I’m a sad, sad post teen/ Could have been a love machine/ No dream, come clean/ Walking like a zombie”), a dostajemy popisowy numer Jamiego T.

14.  Mark Ronson feat. Bruno Mars  Uptown Funk

Mark Ronson to gość. Utalentowany, stylowy i o złotym dotyku, ale i zimnej głowie oraz ręce na pulsie jakościowego popu. Do tego ma jaja: powtórzenie funkowej sztuczki Daft Punk z hitowego Get Lucky tylko jeszcze bardziej retro na papierze brzmi jak szczyt lenistwa albo rzucenie się z motyką na słońce, a jednak Ronsonowi ta sztuczka nie tylko wyszła, ale i wyszła świetnie. Uptown Funk jest eleganckie jak śnieżnobiały oldskulowy Cadillac i przebojowe jak hity Michaela Jacksona, a jednocześnie brzmi świeżo i bije rekordy popularności w internecie. Co jednak najbardziej szokujące, to że powoduje, iż chce się polubić Bruno Marsa, od którego zawsze trzymałem się jak najdalej. Dobry jesteś, Ronson.

13.  Perfume Genius  Queen

Nie mam wątpliwości co do tego, że gdyby Mike Hadreas urodził się 25 lat wcześniej i podbijał rynek muzyczny w złotych latach glam rocka, dziś o Perfume Genius mówilibyśmy jako o projekcie kultowym. Słabością dzisiejszej muzyki popularnej jest to, że nie szokuje: pop, rock, hip hop i elektronika ostatnich kilkudziesięciu lat tyle razy stawiały na głowie światy kultury, moralności i tradycji, że teraz albo rzadko co naprawdę porusza słuchaczy, albo ledwo co prezentuje nową wartość, ponieważ wszystko już widzieliśmy i słyszeliśmy. Czymże bowiem jest Anaconda przy kontrowersjach, które na początku lat dziewięćdziesiątych rodziła Madonna? Tu właśnie tkwi największy problem Queen – bardzo dobrej piosenki, która we wczesnych latach siedemdziesiątych byłaby wielka i głośna, a teraz jest… tylko bardzo dobra. Groteskowo bawiąc się popularnymi stereotypami, Hadreas stworzył zarazem brutalnie szczery hymn na cześć odmienności homoseksualizmu (,,Don’t you know your queen/ Cracked, peeling/ Riddled with disease”) i ironiczny żart z obrazu gejów w społeczeństwie („No family is safe/ When I sashay”). Niestety, choć homoseksualizm wciąż jest gorącym tematem do dyskusji, był on na tyle często poruszany w muzyce rozrywkowej, że ciężko Queen uznać za opowieść odkrywczą i szokującą. Gdyby jednak powstała te czterdzieści lat temu… Oczywiście, w najmniejszym stopniu nie wpływa to na jakość piosenki, którą wyróżnia nie tylko frapujący tekst, ale i intensywna warstwa muzyczna o wybuchowym refrenie i drążącej gitarze, na osłodę polukrowana dość psychodeliczną partią klawiszy, która mogłaby pochodzić z utworu Primal Scream.

12.  Flying Lotus feat. Kendrick Lamar  Never Catch Me

Flying Lotus to jeden z najciekawszych artystów na rynku, a Kendrick Lamar to najbardzej rozchwytywany raper ostatnich lat. Ze współpracy tak znamienitych postaci mogło wyniknąć tylko dzieło wyjątkowe. Tak też się stało: Never Catch Me to hip hopowy traktat o życiu i śmierci nawijany w takt eksperymentalnego jazzu. „I can see the darkness in me and it’s quite amazing/ Life and death is no mystery and I wanna taste it” zaczyna Kendrick, wprowadzając nas w swoje dumania nad poszukiwaniem sensu istnienia oraz rozważania na temat wpływu śmierci i świadomości jej nadejścia na życie. Okazuje się, że Lamar to dość łebski gość, który lubi rozmyślać nad rzeczami ważniejszymi niż laski, hajs i haj („Step inside of my mind and you’ll find curiosity, animosity/ High philosophy, higher prophesied meditation”), a także osoba przejęta tym co się stanie z nią po śmierci („They say that Heaven’s real/ Analyse my demise, I say I’m super anxious”) i pomimo wątpliwości co do swojego losu pewna tego, że może być dobrze („Ain’t no blood pumpin’ no fear, I got hope inside of my bones”). FlyLo nie odstaje od Kendricka: energetycznemu rapowi towarzyszy charakterystyczny dla latającego lotosa futurystyczny jazz z naleciałościami, który w dość agresywnym finale wybucha zaskakującą solówką. Całość podano w formie zjadliwej nawet dla słuchacza niezaznajomionego z dziełami autora Until the Quiet Comes, mojej drugiej ulubionej płyty 2012.

11.  Jessie Ware  Tough Love

Choć te słowa ledwo przechodzą mi przez klawiaturę, chyba nadchodzi czas pogodzenia się z emeryturą Sade. Ubóstwiam legendarną autorkę No Ordinary Love i Paradise, ale jednak jej powrót sprzed pięciu lat nie spełnił pokładanych w nim wielkich nadziei. Oczywiście, nikt nie wymagał od Sade nie wiadomo jakich cudów – to nie ten typ artysty, który regularnie zamęczałby się na wielkich trasach i szpanował efektownymi teledyskami. Zawiodło raczej to, że Soldier of Love, choć był przyjemnym albumem, nie dorównał poziomem do kultowych płyt wokalistki, a kazał czekać na siebie niebotycznie długie 9 lat. Co więcej, od tamtego czasu obóz Sade milczy – nowego materiału ni widu, ni słychu, a ostatni news na oficjalnej stronie brytyjki pochodzi z marca zeszłego roku. Wszystko wskazuje więc na to, że prędzej niż później przyjdzie nam się pożegnać z jednym z najbardziej charakterystycznych głosów ostatnich trzydziestu lat.

Skąd u mnie nagle takie przemyślenia? Ano bo jest powód, by otrzeć łzę spowodowaną smutkiem opisanej powyżej perspektywy. Jessie Ware to następczyni Sade. Elegancja, styl i wyczucie smaku? Obecne. Wyzbyty banałów i patosu romantyzm? Na miejscu. Wyjątkowy, piękny głos? Jest, choć nieco inny. Onieśmielający katalog świetnych, niezapomnianych piosenek? Na to akurat jeszcze trzeba poczekać, bo Jessie zaświeciła dopiero dwiema płytami, ale można na nich znaleźć trochę znakomitych utworów. Takich jak Tough Love: ponadczasowo urokliwa i nowocześnie brzmiąca piosenka o sentymentalnie letniej melodii oraz prześlicznym refrenie, traktująca szczerze i uczciwie o trudnej miłości i niepewności co do przyszłości dbania o niełatwy związek.

 Została ostatnia dyszka. Co będzie na pierwszym? Już teraz mogę zaspojlerować, że na pewno nie Wiggle. Do jutra!   /JJ

Reklamy
Posted in Top

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s