NAJLEPSZE SINGLE 2014: 10-1

Okej, wiem, że na to czekaliście. Niestety, muszę Was rozczarować… Naszym singlem roku nie jest All About that Bass. Niespodzianka, prawda? Zatem co innego?!

MIEJSCA 10-1

10-1

10.  Sharon Van Etten  Every Time the Sun Comes Up

Jest wiele odmian piękna – ot, zwykły banał. Podobnie jest w sztuce, także w jej ubogiej odmianie rozrywkowej. Jedną z nich jest piękno smutku: przekazania dalekich od radości emocji w sposób przekonujący, ale i urokliwy. Nie wiem jaką osobowość ma Sharon Van Etten, ale co nieco o smutku musi wiedzieć, skoro napisała i nagrała tak przejmujący utwór jak Every Time the Sun Comes Up. Właściwie to nawet nie o całość piosenki mi chodzi, a jedynie o melodię i refren. Są one tak znakomite, że nawet gdyby ten numer był w większości instrumentalny z pobrzmiewającymi od czasu do czasu słowami refrenu, to i tak znalazłaby się równie wysoko w tym zestawieniu. Leniwie wyśpiewywany kontrast pomiędzy zapowiedzią pojawienia się problemów a nadejściem nowego dnia (może być coś bardziej pozytywnego?) to jeden z tych zeszłorocznych refrenów, które utknęły mi w głowie na najdłużej. Nie ma tu mowy o oklepanym banale czy tanich chwytach: zwrotki nienachalnie balansują pomiędzy specyficznym poczuciem humoru autorki („I washed your dishes/ But I shit in your bathroom”) i rozbrajającą bezsensownością oraz absurdalną losowością opisywania życia w muzyce rozrywkowej („Take time silently, feel real room high five”), którymi Sharon z dystansem podsumowuje szarą codzienność, a tym samym nie wymusza wzruszeń na siłę i pozwala skupić przeżycia odbiorcy na kluczowym fragmencie swojego dzieła. Prześliczny utwór, dodatkowo obdarzony moim ulubionym teledyskiem 2014.

9.  Manic Street Preachers  Walk Me to the Bridge

O Manic Street Preachers napisano i powiedziano już wszystko, więc nie odkryłbym Ameryki po raz kolejny podkreślając jak wyjątkowym, ważnym i o jak bogatej historii zespołem jest walijskie trio. Autorzy The Holy Bible Everything Must Go przebili się do mainstreamu w czasach kiedy rynek jeszcze nie spychał rocka na pobocze i pomimo licznych perturbacji już trzecią dekadę płyną pod prąd w rwącym głównym nurcie. Walk Me to the Bridge nie przynosi jednak kolejnej odsłony walki o sprawiedliwość społeczną czy nowej porcji krytycyzmu politycznego. Tym razem dostaliśmy odrobinę autorefleksji: w najlepszym singlu z Futurology Nicky Wire dzieli się opowieścią o swoich wątpliwościach na temat pozostania w zespole. Odnosząc się do walecznego charakteru grupy („We smile at this ugly world/ It never really suited you”) i problemów artysty z dorównaniem swoim największym dziełom i wymaganiom ich odbiorców („Old songs leave long shadows/ Makes you shut down all your emotions”) oraz dorzucając kilka przemyśleń na temat życia budujących typową dla zespołu atmosferę walki klas i ideałów („Money needs money and slums need the poor/ Curled like an animal lying on the floor”), Walk Me… dorzuca kolejną cegiełkę do niebanalnej twórczości grupy. I choć powyższy opis brzmi jak przepis na smutną balladę, to rzeczywistość jest zupełnie inna: Walk Me… to singiel absolutnie przebojowy i wybuchowy, samoistnie podkręcający głośność na maksa. Wszystko dzięki fantastycznemu, głośnemu refrenowi z chwytliwym hookiem, bezlitośnie nie biorącego zakładników. Dobry, życiowy tekst i świetna muzyka tworzą razem najlepszy singiel manicsów od lat.

8.  Royal Blood  Little Monster

W zeszłym roku rynek muzyczny wzbogacił się o kilku ciekawych debiutantów i wybór najlepszego z nich byłby trudny. Dużo łatwiejsze jest wskazanie najgłośniejszego. Nikt z nowych artystów nie zaznaczył swojego miejsca tak głośno i bezkompromisowo jak Royal Blood. Angielski duet uderzył jak grom z jasnego nieba hałasując uczciwym surowym rockiem bez zagrywek pod publiczkę. Dokonali przy tym sztuki niezwykle trudnej w dzisiejszych czasach: przebili się ze swoim graniem do głównego nurtu i trafili na najwyższe miejsca list sprzedaży, czym bardzo ucieszyli starego wyjadacza Dave’a Grohla, który zachwycił się, że tak ciężka i konkretna młoda grupa wciąż może osiągnąć sukces komercyjny. Little Monster to piorunujący, acz zabójczo chwytliwy singiel będący wizytówką zespołu: ciężki utwór o gromowładnym refrenie, a jednak alternatywnie przebojowy i zaskakująco radiowy.

7.  HAIM  If I Could Change Your Mind

Dzięki Bogu za HAIM. Siostry Este, Danielle i Alana Haim zabłysnęły w 2012 fantastycznymi pierwszymi singlami. Rok później zachwyciły bardzo dobrym debiutanckim longplejem, a w 2014 ich gwiazda wciąż jasno świeciła, między innymi dzięki wydaniu na singlu najlepszego utworu z Days Are Gone. If I Could Change Your Mind to stylizowana na lata osiemdziesiąte, cudnie melodyjna i zabójczo chwytliwa piosenka o niedoskonałej miłości i żalu za utraconym uczuciem. Temu numerowi ciężko cokolwiek zarzucić: tekst jest szczery bez częstego dla tematyki trudnej miłości popadania w banał, dziewczyny pokazują się ze świetnej strony zarówno jako wokalistki jak i instrumentalistki, melodia jest klasycznie śliczna, a wszystko zgrabnie łączy klimat retro stylistyki ze świeżym brzmieniem. I jeszcze ten przecudnej urody syntezator… Takie girlsbandy to ja rozumiem i w stu procentach popieram.

Plus gratulacje dla HAIM: dziewczyny stają się pierwszym w historii Sidemainstream wykonawcą, który na naszym rankingu singlowym umieścił piosenki z jednej płyty trzy lata z rzędu.

6.  St. Vincent  Digital Witness

Media społecznościowe to wspaniały wynalazek, który poszerza możliwości interakcji międzyludzkiej o pole internetowe, dając nam zupełnie nowe możliwości wyrażania siebie i dzielenia się z innymi wartościami ważnymi dla nas, jednocześnie oferując nam niewyobrażalną wcześniej szansę poszerzenia swoich horyzontów. Media społecznościowe to społeczne wynaturzenie i XXI-wieczne kalectwo emocjonalne ograniczające i spłycające relacje między ludźmi, sprowadzające dzielenie się przeżyciami i uczuciami do poziomu banalnej błahostki, w dodatku negatywnie wpływające na zdrowie człowieka. Oba zdania są prawdziwe i jedno wcale nie wyklucza drugiego. Jednocześnie kochane i nienawidzone media społecznościowe to być może najgłośniejszy popularny wynalazek tego wieku, który okazuje się być papierkiem lakmusowym dla świadomości i wrażliwości społecznej człowieka. W przypadkach ekstremalnych profil na Facebooku staje się wiarygodnym wyznacznikiem osobowości, który osobom podatnym na pozory starczy za poznanie drugiego człowieka. Kreowanie swojego „ja” na tego typu portalach zaciera granicę pomiędzy szczerym otwieraniem siebie, a tworzeniem swojego wizerunku, który pragniemy pokazać innym, nawet jeśli ma niewiele wspólnego z rzeczywistością. Choć jakie znaczenie w takim wypadku ma szara, narzucona nam rzeczywistość, skoro możemy ją ograniczyć do czynności będących koniecznym minimum, a nową – lepszą i bardziej kolorową rzeczywistość można stworzyć w przestrzeni cyfrowej?

What’s the point in even sleeping/ If I can’t show it, if you can’t see me/ What’s the point in doing anything?” pyta retorycznie Annie Clark w najbardziej prowokującym singlu ze swojej ostatniej płyty. Digital Witness stawia pytanie o kierunek życia w dobie wszechogarniającej popularności mediów społecznościowych. Choć emocjonalnej płycizny i złudnej iluzji rzeczywistości życia na Facebooku nie można zakwestionować, ludzie wciąż ślepo lgną do niego jak ćmy do światła poszukując krótkotrwałej popularności i łatwego poklasku („Watch me jump right off the London Bridge”) oraz błahej pociechy i sztucznej namiastki współczucia („I care but I don’t care”). Spędzamy czas głupio gapiąc się w ekran, gdzie obserwujemy zachowania swoje i innych mające na celu przypodobanie się ludziom, których i tak nie widujemy, a czasem nawet ledwo znamy. W konsekwencji tracimy cenny czas i zatracamy samych siebie („So I stopped sleeping, yeah I stopped sleeping/ Won’t somebody sell me back to me?”).

Dobrze słyszeć, że pośród wszechobecnej popularności mediów społecznościowych, która przekuwana jest w biznes wyciągający pieniądze z naiwnych, postacie takie jak Clark potrafią otwarcie i inteligentnie sprzeciwić się temu, co większość ślepo kocha i „lajkuje”. I że robią to brzmiąc tak zgrabnie i świeżo, za pomocą alternatywnych przebojów.

5.  alt-J  Every Other Freckle

Osoby nie przepadające za indie rockiem zwykle powtarzają, że to granie miałkie i oklepane, bez wyrazu, ikry i pomysłu, a do tego zwykle odtwórcze. Ludzie ci nigdy nie słuchali alt-J. Od czasu wyróżnionego prestiżową nagrodą Mercury debiutu An Awesome Wave i znakomitego, intrygującego singla Breezeblocks (który był wysoko w sajdmejnstrimowym rankingu za rok 2012), kwartet z Leeds utrzymuje status najbardziej intrygującej i oryginalnej młodej brytyjskiej kapeli indie. Bawiąc się brzmieniem tej muzyki i ubierając ją w smaczki aranżacyjne oraz absurdalne teksty, alt-J wyśpiewują charakterystycznym wokalem Joe Newmana piosenki nietypowe i niebanalne. Every Other Freckle to alternatywny hymn na cześć miłości: podmiot liryczny wyznaje uczucie do swojej drugiej połówki robiąc mocno pokręcone aluzje seksualne, serwując kocie metafory oraz parafrazując i cytując literaturę dziecięcą. „I want to do all the things your lungs do so well” rzecze nasz bohater, romantycznie zapewniając wybrankę serca, że chce być w każdej części jej ciała, ale po chwili rzuca prosto z mostu „I’m gonna bed into you like a cat beds into a bean bag/ Turn you inside out to lick you like a crisp packet”. Czyżbyśmy zahaczali o seksualną poetykę hiphopową? Nietrudno zauważyć, że miłość podmiotu lirycznego jest obsesyjna: „All handclaps you will clap/ (Let me be the wallpaper that papers up your room)/ I want to be every button you press/ And all the baths that surround you”. Co więcej, nasz liryczny Romeo uwielbia koty i najwyraźniej upatruje w nich świetny punkt odniesienia dla swoich uczuć: „I’m gonna paw, paw at you/ Like a cat paws at my woolen jumper/ (…) Yes, I’m gonna roll around you/ Like a cat rolls around saw dusted patios”. Narrator wiele obiecuje i zapowiada, ale też i daje swojej wybrance pole do popisu: „Devour me/ If you really think that you can stomach me”. Nietypowa piosenka o miłości, ale i alt-J są nietypową kapelą. Oczywiście, wyjątkowej warstwie tekstowej towarzyszy równie znakomita muzyka łącząca elementy romantycznej ballady z melodyjnym rockiem. Wszystko odpowiednio udziwnione i upstrzone krzykliwymi chórkami, kulminujące się wybuchowym finałem.

Indie rock się skończył i nie ma nic ciekawego do zaproponowania? Nie, jeśli w okolicy są alt-J.

P.s. Jest też wersja teledysku z nagim facetem, ale preferuję panie.

4.  The War on Drugs  Under the Pressure

Muzyka z Lost in the Dream jest prosta acz piękna i… w gruncie rzeczy nie mam o niej nic więcej do powiedzenia, a w każdym razie nic ponad to, co już wcześniej napisałem w recenzji ostatniej płyty The War on Drugs i w opisie Red Eyes z dziewiętnastego miejsca tego rankingu. Under the Pressure doskonale skupia największe zalety albumu z którego pochodzi: od szczerej prostoty uczciwego rocka, przez rozmarzone, przestrzenne brzmienie, po klimat amerykańskiej muzyki drogi. Kapitalnie melodyjny i przejmująco sentymentalny, utwór ten zawiera w sobie składniki konieczne do udźwignięcia tytułu najlepszej piosenki indie roku oraz najbardziej springsteenowego singla pod nieobecność Bossa. „Well, the comedown here was easy/ Like the arrival of a new day/ But a dream like this gets wasted/ Without you” – tak przejmująco rozpoczyna swą opowieść Adam Granduciel, a my nie mamy innego wyjścia jak zamknąć oczy i wyobrazić sobie, że mkniemy ponad sto na godzinę przez pustkowia Stanów napędzani młodzieńczym wigorem i płomiennymi wspomnieniami, szukając pociechy nowego życia w prędkości i podróży, nie przejmując się gdzie droga nas prowadzi.

3.  Lana Del Rey  West Coast

Szczerość artystyczna Lany Del Rey to nie lada zagadka. Wszystko co firmuje swoim nazwiskiem postać sceniczna Elizabeth Grant jest krzykliwie sztuczne: enigmatyczny pseudonim, poprawiona operacjami uroda, maksymalnie wystylizowany wizerunek, pretensjonalnie dekadencki przekaz, niejednokrotny przerost produkcji nad jakością wyśpiewywanych kompozycji… Lana Del Rey nie jest człowiekiem, to świadomy swojej sztuczności i pewny swojego celu produkt pop kultury zamknięty w ludzkiej skorupie. Paradoksalnie, jest to też być może pierwsza prawdziwa przyszła diwa muzyki pop tej dekady.

Realia rynku muzycznego są takie, że powiedzieć o gwieździe, iż jest sztuczna i nieprawdziwa, to nie zarzut, a stwierdzenie faktu. Już nie tylko sezonowe gwiazdki, ale i największe sławy cierpią na niedobór osobowości. Jennifer Lopez, Rihanna, Katy Perry, Shakira, Beyonce i wiele innych cieszy się nieustannie rosnącą popularnością i mnóstwem przebojów oraz sprzedanych płyt, ale w gruncie rzeczy żadna z nich nie ma sobą nic naprawdę interesującego do zaprezentowania, a w wielu aspektach każda przypomina klon swojej koleżanki po fachu. Pomimo oczywistego pozerstwa i dość grubo ciosanej kontrowersyjności, Lana jawi się na ich tle jako zupełnie inna postać. Czy wierzę w szczerość przekazu Lany? Oczywiście, że nie. Czy w takim razie go odrzucam? Też nie. Wszystko dlatego, że w zalewie lukrowanego i bezpiecznego, ewentualnie prostacko wulgarnego żeńskiego gwiazdorstwa kreacja Del Rey jawi się wyjątkowo: jako tchnienie ducha dekadenckiej starodawnej diwy w postać przebojowej wschodzącej artystki rozdartej pomiędzy blichtrem i sławą głównego nurtu, a wolnością artystyczną alternatywy. Pod tym względem rosnąca popularność Lany Del Rey na tle tandety Katy Perry i Rihanny cieszy mnie niezmiernie.

Wizerunek muzyka jednak na niewiele się zda, jeśli nie popiera go odpowiednio dobra muzyka. West Coast fantastycznie dowodzi, że Lana Del Rey to świetnie przemyślana postać. Utwór bardzo zgrabnie wpasowuje się w wizerunek wokalistki: jest zabójczo stylowy, zalotnie seksowny i frapująco tajemniczy. Jest też elegancko oldskulowy, co czyni go nowoczesną piosenką w klasycznym wydaniu. To prawdopodobnie najbardziej stylowo wyprodukowany singiel roku, w czym wyborna zasługa odpowiadającego za to Dana Auerbacha, członka The Black Keys. Oczywiście, produkcja to nie wszystko, więc West Coast błyszczy też rozmarzonym refrenem niczym ze snu i najbardziej cool gitarą roku. Ta piosenka to muzyczny odpowiednik pięknej i eleganckeij kobiety, która chce wieczorem zrobić jak najbardziej piorunujące wrażenie, ubiera więc swoje najlepsze ciuchy, wybiera najdroższą biżuterię i spryskuje się najbardziej kuszącymi perfumami.

2.  Run The Jewels feat. Zack de la Rocha  Close Your Eyes (And Count to Fuck)

Gdzie się podziała drapieżność muzyki rozrywkowej? Dlaczego popularny rock stępił pazur? Czemu najsłynniejsi raperzy stracili odwagę by otwarcie krytykować dzisiejszy świat? Mainstream stał się bezpieczny i nudny. Można cały dzień oglądać MTV Rocks i słuchać Trójki oraz Czwórki, a nie trafi się na żadnych następców The Clash, Rage Against The Machine czy Public Enemy. Nawet najważniejsze postacie dzisiejszej alternatywy są raczej powściągliwe w swoich krytycznych tyradach. Od czasu System of a Down i Green Day z pierwszej połowy zeszłej dekady nie było w popularnych mediach wielkich gwiazd muzyki mocno zaangażowanych politycznie, które poglądy przelaliby na swoje utwory.

Jeśli myślicie, że napiszę „dobrze, że mamy Run The Jewels”, to… macie rację. To nie tak, że ktoś coś gniewnie krzyknął i już się zachwycam. Zachwycam się, bo ten ktoś to nie tylko najgorętsza dziś nazwa w hip hopie, ale i prawdopodobnie najważniejszy obecnie amerykański duet muzyczny w ogóle. Kilkukrotnie pisałem na Sidemainstream jak udanym albumem była zeszłoroczna druga płyta RTJ, więc nie będę do tego wracał. Dorzucę tylko, że popularność El-P i Killer Mike’a tak urosła, iż słynna stajnia Marvel postanowiła wykorzystać estetykę wizualną Run The Jewels 2 na okładkach swoich niektórych nadchodzących komiksów.

Co ważne, Run The Jewels rapujący Close Your Eyes (and Count to Fuck) to odpowiedni ludzie na właściwym miejscu. Killer Mike dał się poznać niedawno jako głos medialny w kontrowersyjnej sprawie strzelaniny w Ferguson. Tutaj już od samego początku zaznacza swoje miejsce na mapie społeczno-politycznej: „Fashion slave, you protestin’ to get in a fuckin’ look book/ Everything I scribble’s like an anarchist’s cookbook”. Cała pierwsza zwrotka, która potem następuje, to być może najgorętsza polityczna tyrada roku, atakująca amerykańskie więziennictwo, stosowanie tortur przez rząd USA i nierówność rasową w kraju. W późniejszych wersach dostaje się jeszcze m.in. skorumpowanym politykom, nieuczciwym sądom, księżom-pedofilom i skupionemu na władzy Kościołowi. Muzyka nie odstaje od tekstu: bit Close Your Eyes… to jeden z najbardziej drapieżnych i uzależniających jakie nagrano w zeszłym roku.

I to wszystko wystarczyłoby na świetny kawałek gdyby nie ostatni wers, który awansuje singiel na poziom jednego z najlepszych i najważniejszych numerów hip hopowych tej dekady. W tym momencie do gry wchodzi Zack de la Rocha i wypluwa zachwycająco ostre teksty z mocą kałasznikowa. Jeśli ktoś się obawiał, że legendarny frontman Rage Against The Machine schował pazury przez lata nieobecności na scenie, teraz może odetchnąć bardzo głęboko: jego zwrotka jest mocna, kontrowersyjna, bezkompromisowa i zwyczajnie znakomita.

1.  Future Islands  Seasons (Waiting on You)

Flagowy singiel z ostatniej płyty Future Islands to być może najbardziej pocieszająca historia muzyczna 2014. Kiedy w zeszłym roku zrecenzowałem Singles, napisałem, że warto sprawdzić ten album, bo muzyczne mass media najpewniej go przemilczą, a szkoda przegapić tak dobry materiał. Tak też się stało, bo nie jestem pewien jak płyta się sprzedała, ale list przebojów nie podbiła, a i w MTV nie była lansowana. Pomimo to, nazwa Future Islands trafiła do milionów ludzi, którzy w końcu usłyszeli o grupie i na krótką chwilę zachwycili się jej muzyką. Wszystko za sprawą występu kwartetu w talk show Davida Lettermana, podczas którego synth-popowcy z Baltimore zaprezentowali swój singiel Seasons (Waiting on You). Elektryzujące, emocjonalne i niemal teatralne wykonanie spowodowało masowy opad szczęk – Bono nazwał je cudem, a licznik na YouTube wskazuje w tej chwili 3,5 miliona wyświetleń. Zresztą sami przekonajcie się jak wyszło przewijając na sam dół artykułu (poniżej teledysku).

Coś dobrego spotkało więc fajny zespół, który zasługiwał na duży rozgłos, ale bez internetu nie osiągnąłby go. Co jednak najważniejsze, na rozgłos ten panowie zapracowali najlepszą piosenką w swojej karierze: chwytliwą, melodyjną i o zabójczym refrenie; przyjemną i radiową, ale i o wybuchowym potencjale petardy; świetnie napisaną, zagraną i zaśpiewaną. W dodatku obdarzoną szczerym i przejmującym oraz pozbawionym cienia tandety czy pretensjonalności tekstem. W 2014 żadnego innego numeru nie katowałem tak często na ripicie. Zachwycająco zgrabna i doskonale uszyta zwykła piosenka, które czyni ze swojej normalności coś wyjątkowego; mniej niż cztery minuty niewymuszonej i uczciwej synth-popowej doskonałości.

Seasons (Waiting on You) Future Islands to według Sidemainstream najlepszy singiel zeszłego roku.

Niewyobrażalnie wielkie dzięki za cierpliwość i uwagę oraz za to, że niektórzy z Was są z nami już parę lat… Jesteście niezastąpieni!   /JJ

Reklamy
Posted in Top

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s