BLUR

blur

Blur

The Magic Whip

7/10

Powrót Blur wyczekiwany był od dość dawna. Na przestrzeni ostatnich kilku lat bombardowani byliśmy doniesieniami o coraz lepszych relacjach Grahama Coxona z resztą składu i wspólnie odbytych próbach w studiu, zespół nagrał parę singli i grał koncerty (wpadł nawet do Polski na Open’er), ale nie mogliśmy doczekać się finalnego ruchu Anglików: nowej płyty. Stan ,,Blur istnieją, ale ich nie ma” osiągnął punkt kulminacyjny w zeszłym roku, gdy muzycy ogłosili, że tworzą nowe piosenki i niedługo wydadzą album, ale zamiast niego otrzymaliśmy długogrający solowy materiał Damona Albarna. W tym kontekście nagłe pojawienie się The Magic Whip pod koniec kwietnia było dla wszystkich wielką niespodzianką: panowie wyskoczyli ze swoim ósmym longplejem jak Filip z konopi, w końcu oszczędzając nam długich zapowiedzi i obietnic; od dawna przygotowywali nas na coś, czego nadejście koniec końców nas zaskoczyło. Nie ukrywam, że poczułem się przez to nieco skonfundowany, bo inaczej wyobrażałem sobie powrót po aż dwunastu (tak, aż tyle czasu minęło od Think Tank!) latach jednego z najważniejszych zespołów lat dziewięćdziesiątych…

Moje zmieszanie wynika nie tylko z formy powrotu Blur, ale i jego treści. Choć ostatni krążek Anglików przed długą przerwą zrobił w 2002 niemałe wrażenie, to dla wielu okazał się zbyt kontrowersyjny i wyzbyty charyzmy. Think Tank powstawał w bólach konfliktu lidera grupy Damona Albarna z drugim najważniejszym członkiem zespołu, Grahamem Coxonem. W jego efekcie Coxon odszedł przed wydaniem Think…, a na płycie znalazł tylko jeden utwór z udziałem gitarzysty. Nagrana w Maroko eksperymentalna płyta miała wyznaczyć nową drogę dla Blur, ale faktycznie zaznaczyła koniec zespołu w jego dotychczasowej formie i otworzyła Albarnowi drzwi do eklektycznej post-blurowej twórczości, która zawierała m.in. animowany/hologramowy zespół Gorillaz i chiński musical Monkey: Journey to the West. Niestety, choć interesujące, projekty te odjechały daleko od rockowych korzeni Albarna. Reaktywacja Blur i pogodzenie się z Coxonem dawało fanom nadzieję na powrót do tego co obaj panowie robili najlepiej: pisania poprawiających nastrój melodyjnych przebojów z pazurem i humorem. Czy nadzieje te spełnia The Magic Whip?

Kto oczekiwał nowych Parklife czy Song 2, ten się rozczaruje. Jak na tak wielki i długo wyczekiwany powrót, nowa płyta Blur jest albumem zaskakująco spokojnym i stonowanym. Większość nowego materiału to ballady i piosenki w średnim tempie, ani śladu szaleńczych czasów Boys and Girls. W pewnym sensie, The Magic Whip sprawia wrażenia albumu, który próbuje ugłaskać fanów wszystkiego, co się działo w okolicach Blur do nastania przerwy: pogodny Lonesome Street to typowa dla grupy radiowa piosenka w stylu Coffee and TV skrzyżowanej z Beetlebum, hipnotyzujący Thought I Was a Spaceman to senne echo wspomnianego Think Tank, radosny Ong Ong przypomina britpopowy cover utworu z lat pięćdziesiątych, a umiarkowanie drapieżny I Broadcast przypomina, że w grupie tkwi wciąż iskra rockowej bestii, choć jest ona przygaszana przez harmonię i melodię. Można odnieść wrażenie, że to swoisty tour de Blur i hołd złożony samym sobie, ale pomimo tej pozornej powtarzalności kompozycyjnej piosenki brzmią świeżo i w żadnym momencie nie przypominają wykopanych spod ziemi odrzutów sesyjnych. Jeśli mowa o brzmieniu, to na pierwszy plan wysuwa się jednak przypominający zeszłoroczny longplej Albarna Everyday Robots przejmujący smutek uderzający z połowy utworów w zestawie. Kreuje on intrygujący kontrast z bardzo dobrymi piosenkami radośniejszymi (ze wspomnianymi Lonesome Street Ong Ong oraz nostalgicznie wakacyjnym Ghost Ship (jedna z najlepszych ballad w historii grupy) na czele), ale, niestety, tworzy atmosferę zbyt senną i powolną, wytracając tempo płyty. Ale jako że w tak poważny ton Blur uderzyli już na płytach 13Think Tank, to jestem w stanie wyobrazić sobie, że w mniej więcej tych klimatach byłby utrzymany krążek grupy nagrany dziesięć lat temu.

Czy The Magic Whip jest tym czego oczekiwaliśmy po wielkim powrocie Blur? Tak i nie. Tak, ponieważ nowy album zawiera dobre piosenki, a przecież na tym zawsze opierała się twórczość grupy. Nie, ponieważ nie to pytanie powinno zostać zadane. Po zejściu się Albarna i Coxona nie oczekiwaliśmy cudów – my chcieliśmy ich oczekiwać; chcieliśmy, żeby wielka grupa, którą niegdyś kochaliśmy, znów była wielka w sposób, za który ją kochaliśmy, i pomimo wszystko co miało miejsce przez ostatnie dziesięć lat. Czy The Magic Whip jest zatem tym, co chcieliśmy otrzymać, o czym przez lata śniliśmy? Nie, ale to nasza wina, nie zespołu. Niestety, tamte czasy już nie wrócą i trzeba pogodzić się z tym, że nowe Song 2 czy Girls and Boys mogą już nie powstać. Britpop minął bezpowrotnie, a Albarn i Coxon dojrzeli, rozwinęli się artystycznie i mają do przekazania inne treści w nowej formie, odpowiadające nowym przeżyciom i inspiracjom. To już dorośli faceci po przejściach i czuć to wyraźnie na The Magic Whip. I choć album ten nie jest najbardziej nośnym krążkiem w dorobku zespołu, sprawia on wrażenie naturalnego kroku naprzód w rozwoju grupy, nawet pomimo dwunastoletniej przerwy w jej istnieniu.   /JJ

Reklamy

One thought on “BLUR

  1. Pingback: PODSUMOWANIE RECENZJI ZA 2015 | SIDEMAINSTREAM

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s