JAMIE XX

incolour

Jamie xx

In Colour

10/10

Talent Jamiego Smitha do tworzenia nowej muzyki i przerabiania twórczości innych jest tak wielki, że nie tylko marginalizuje jego młody wiek (chłopak urodził się w 1988) i względnie krótkie (choć już dość bogate) CV, ale i zwyczajnie onieśmiela. Choć na rynku aktywny jest mniej niż dziesięć lat, popularny Jamie xx już zdążył wyrobić sobie opinię jednego z najzdolniejszych producentów swojego pokolenia, a może i całej obecnej dekady. Oczywiście, złotymi literami w księdze jego dokonań zapisała się muzyka, którą stworzył ze swoją grupą-matką the xx, ale za porównywalnie ważne dzieła należy uznać zarówno niezwykły album nagrany z legendarnym Gilem Scott-Heronem We’re New Here (który na ostatnie lata życia przywrócił czarnoskóremu bardowi zainteresowanie świata), jak i współpracę z Drake’iem i Rihanną przy Take Care – najlepszej piosence w dorobku obu gwiazd, czy liczne remiksy i fuchy producenckie, dla m.in. Radiohead, Florence + The Machine i Alicii Keys. Reasumując, Jamie xx to postać, którą trzeba mieć na radarze, aby uważać się za osobę obeznaną w tym, co teraz modne w muzyce Zachodu. Co za tym idzie, jego pierwsza faktycznie solowa płyta to album, który z urzędu trafia na listę najważniejszych longplejów 2015.

Chciałem napisać, że „na szczęście, album uzasadnia hype wysoką jakością”, ale czy ktoś naprawdę spodziewał się materiału innego niż wyjątkowy od autora naszego ulubionego singla 2013 (Chained the xx)? In Colour to prawie 43 minuty piękne i wrażliwe, tajemnicze i wciągające, eteryczne, acz boleśnie proste; wypływające z wizji i wyobraźni człowieka, który pomimo młodego wieku, już jest pionierem kreującym nowe brzmienia. Solowa płyta Jamiego xx to jego swoisty best of i bezkompromisowy pokaz mocy: młody producent prezentuje wszystkie chwyty, za które pokochał go świat, i dorzuca kilka nowych sztuczek, dzięki czemu album jest zróżnicowany kompozycyjnie i stylistycznie, ale utrzymany w spójnej atmosferze. Kiedy gościnny udział biorą wokaliści Oliver Sim i Romy Madley-Croft, album obiera kierunek na brzmienie the xx (w której zresztą Jamie odpowiada za bity): Stranger in a Room przypomina remiks utworu z pierwszej płyty grupy, a genialny Loud Places to wzniosła i zabójczo chwytliwa w refrenie wariacja na temat „Co by się stało, gdyby the xx zaczęli grać muzykę pogodną i pozytywną?”. Quasi-taneczne SeesawHold Tight oraz para-karaibski Obvs przypominają o niedawno złożonym przez Jamiego, szokująco fantastycznym hołdzie dla elektroniki lat ’90-tych All Under One Roof Raving. Introwertyczne Just SayingGirl wydają się zaś ukradzione z szuflady samego mistrza eterycznej elektroniki, enigmatycznego pana Burial. Będąc świadomym wagi zaakcentowania mocnego startu i finiszu, Jamie najciekawsze serwuje na początku i pod koniec: otwierający zestaw, ciężko stąpający pomiędzy planetami i garażem futurystyczny astro-electro-blues Gosh to mokry sen fanów Joya Orbisona i Orbital, podczas gdy w kosmicznie przestrzennym The Rest Is Noise klasycznie urokliwa solowa partia fortepianu romansuje z kanonadą nowoczesnych pulsów, kliknięć, pstryknięć i uderzeń, by po zaskakująco harmonijnym i ekstatycznym finale sprowadzić się do pojedynczego basu, który przez cały utwór bije niczym serce słuchacza. A żeby tego było mało, Smith jakimś cudem zgrabnie wpasował w ten materiał odświeżające i bujające nowoczesne R&B z klasycznymi akcentami w postaci rapowanego I Know There’s Gonna Be (Good Times), który idealnie nadaje się na wakacyjny przebój hiphopowy. Co za zestaw, czapki z głów!

In Colour to najbardziej piorunujący pokaz siły młodego artysty, z jakim miałem do czynienia od dawna (ostatnio tak wielkie wrażenie zrobił na mnie pierwszy krążek Savages, a przed nim chyba dopiero… debiut the xx!). Oczywiście, nazywanie tego albumu debiutem jest bardzo mylące, ale wykorzystanie nagranego tu (tworzonego latami) zestawu na krążku będącym pierwszą płytą sygnowaną przez artystę jedynie swoim nazwiskiem, to zagrywka doskonała. In Colour stanowi przegląd broni Jamiego i pokazuje, że wszystkie jego działa są naładowane i strzelają celnie. Co więcej, dowodzi też słuszności jego wizji: pomimo bogactwa różnych rodzajów podejść do swojej twórczości, xx zadbał o to, by całą tę płytę spajała rozbrajająca swoją szczerością prostota. Smith operuje dość nieskomplikowanymi narzędziami, które sprawnie wykorzystuje i nagina do osiągnięcia jak największego wrażenia i obrobienia formy swej muzyki do stanu czystej perfekcji. Jak upiększająca jego opakowanie okładka, tak ten materiał składa się z prostych i klarownych składników, które tworzą nietypową całość wiążąc elementy klasyczne z nowoczesnymi, w efekcie tworząc własną, niepowtarzalną tożsamość. A nie zapominajmy, że mowa o chłopaku, który ma dopiero 27 lat…   /JJ

Reklamy

2 thoughts on “JAMIE XX

  1. Pingback: PODSUMOWANIE RECENZJI ZA 2015 | SIDEMAINSTREAM

  2. Pingback: THE XX | SIDEMAINSTREAM

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s