THE PRODIGY

The ProdigyMI0003836007

The Day Is My Enemy

9/10

Premiera nowej płyty The Prodigy miała miejsce już przeszło 2 miesiące temu, ale grzechem byłoby nic o niej nie napisać na szanującym się blogu do jakich niewątpliwie należy Sidemainstream. Tym bardziej, że nie będzie to typowa recenzja, a raczej pieśń pochwalna na cześć jednej z niewielu legend muzycznych, które wciąż są obecne na rynku i tak silnie budują jego współczesny wizerunek. Każda kolejna płyta ekipy z Essex to niewątpliwe wydarzenie i to nie tylko dlatego, że każda z nich z miejsca debiutowała na szczycie brytyjskiej listy najchętniej kupowanych płyt (sic!), ale również dlatego, że każda z nich była równie świeża i pozbawiona kompromisów, otwierając z buta raz za razem pewną muzyczną epokę i na stałe wpisując się w historię muzyki. Nieprzewidywalność zawsze była znakiem rozpoznawczym The Prodigy i nie inaczej jest tym razem, gdyż The Day Is My Enemy… nie sili się na nowości w stosunku do poprzedniego materiału, tylko na ewolucję brzmienia. Złośliwi powiedzą, że mamy do czynienia z Invaders Must Die vol. 2, ale nie powinno się odbierać tego negatywnie, gdyż w tych utworach czuć autentyczną wolność tworzenia i frajdę grania. Prawdopodobnie jest to efektem tego, że The Prodigy nie było zmuszone do szukania kolejnych eksperymentów przez obce wytwórnie, gdyż płyta została tym razem w 100% wydana tylko i wyłącznie pod szyldem zespołu. Jak wspomniałem najwięcej podobieństw można odnieść w nowym produkcie do Invaders Must Die, który notabene mógłby być w takim przypadku wydawnictwem dwupłytowym, natomiast jest to też pierwszy krążek tak bardzo nawiązujący do poprzednich dokonań The Prodigy. Najbliżej w klimacie poprzedniego albumu leży bez wątpienia Wild Frontier, Destroy idealnie wpisuje się w klimat z Music for the Jilted Generation, Rebel Radio to kawałek żywcem wyjęty z Always Outnumbered, Never Outgunned, natomiast Wall Of Death może nie klimatem, ale przebojowością odnalazłoby swoje miejsce na The Fat Of The Land. Na osobną wzmiankę zasługują rewelacyjne utwory na których występują featuringi, tj. Ibiza i Rhytm The Bomb, które nadają niepowtarzalnego retro klimatu i swoją energią niosą ten album na wyższy poziom. Warto też wspomnieć, że The Prodigy od zawsze przyciągało oczy okładkami swoich płyt, natomiast tutaj poszli krok dalej, ponieważ eksponowany lis stał się niemal zjawiskiem ikonograficznym (odsyłam tu do artykułów na temat utworu Nasty), będąc chyba najchętniej przedstawianym punktem w historii działalności grupy. Moda na Prodigy nie przemija i wygląda na to, że jeszcze trochę wiosen upłynie, zanim tak się stanie. Panowie cały czas czują euforię i grają to co chcą, a nam słuchaczom nie pozostaje nic innego jak cieszyć się z tego powodu i hucznie przyklasnąć na taki stan rzeczy! / Kacper

Reklamy

One thought on “THE PRODIGY

  1. Pingback: PODSUMOWANIE RECENZJI ZA 2015 | SIDEMAINSTREAM

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s