BRANDON FLOWERS

brandon

Brandon Flowers

The Desired Effect

8/10

Brandon Flowers jest artystą poszukującym i ów charakter jego twórczości zarówno wyróżnia go na tle konkurencji, jak i jest czynnikiem paradoksalnie sprawiającym trudności w rozwoju popularności. Ciężko nudzić się będąc fanem lidera The Killers, bo w ciągu dziesięciu lat na rynku dał on słuchaczom posmakować swoich interpretacji współczesnego indie, tradycyjnego jankeskiego rocka spod znaku Springsteena i synth popu z okolic Pet Shop Boys, zaliczył duet z Lou Reedem i przerobił na swoją modłę Joy Division, a Piotr Stelmach w nieodżałowanym piśmie Muza zarzucił mu nawet okazjonalne podobieństwo do Meat Loafa i romansowanie z soft metalem (sic!). Właściwie ciężko przewidzieć w jakim klimacie utrzymana będzie kolejna płyta Flowersa i trend ten podtrzymuje The Desired Effect, na którym Brandon serwuje nostalgiczny powrót do popowych i pop-rockowych lat osiemdziesiątych, co oczywiście tworzy kontrast wobec jego poprzedniego albumu (Battle Born killersów), który był mocno osadzony w klasycznym amerykańskim melodyjnym rocku. Tenże rozstrzał stylistyczny – choć bardzo atrakcyjny w przypadku muzyka będącego bądź co bądź artystą mainsteamowym – jest też niestety odpowiedzialny za największą bolączkę Flowersa: jego nazwisko nie jest tak bardzo popularne jak być powinno. Kiedy poszedłem do sklepu dużej sieci RTV/AGD kupić The Desired Effect, usłyszałem od sprzedawcy, że skoro na stanie mają tylko jeden egzemplarz albumu i ów człowiek nie kojarzy nazwiska wokalisty, to pewnie szukam artysty „niszowego”. Co ciekawe, dokładnie te same słowa usłyszał przedstawiciel polskiego fanklubu The Killers gdy w sklepie innej sieci zapytał o nieobecność albumu na półkach. Parafrazując słowa Szkotów z Travis wypowiedziane o sobie: Brandon jest popularny, ale jednak masy nie kojarzą jego nazwiska. Jak to możliwe, skoro jest wokalistą jednej z najbardziej lubianych amerykańskich kapel XXI wieku?

W zeszłym roku Elly Jackson z La Roux zarzuciła największym zachodnim rozgłośniom radiowym, że nie grają jej muzyki, bo jest za stara. Poparł ją właśnie Flowers i ten fakt ujawnia coś, czego fani Amerykanina mogą nie być świadomi: Brandon Flowers nie otrzymuje ze strony muzycznych mass mediów tyle uwagi na ile zasługuje. Ciężko powiedzieć czy to ze względu na różnorodny charakter muzyki popularnej, którą pisze, czy też coraz ambitniejsze podejście do tekściarstwa i nie krycie się ze swoją religijnością (jest mormonem), ale od czasów super przeboju Human i wcześniej medialnej wrzawy wokół płyty Hot Fuss, zarówno Flowers jak i The Killers są dużo rzadziej obecni w mediach niż np. Kings of Leon czy Imagine Dragons. Wielka to strata, ponieważ The Desired Effect pokazuje, że autor Somebody Told Me doskonale rozumie na czym polega dobry pop. Posłuchajcie tylko słonecznego Lonely Town, gdzie pod osłoną kanonady retro syntezatorów, urokiem sympatycznej melodii, lukrem prześlicznego refrenu i mocy duetu z silnie zaangażowanym chórem Brandon snuje zaskakująco niepokojącą opowieść o chorobliwie zakochanym chłopaku dniami podglądającym swój obiekt westchnień czając się w krzakach przed jej domem. Albo sprawdźcie zabójczo melodyjny i cudownie wakacyjny I Still Want You, gdzie karaibskie klimaty doskonale zgrywają się z kolejną wzniosłą partią chóru. Któż dziś gra taki pop! Można spędzić cały dzień oglądając MTV Hits i zliczyć na palcach jednej dłoni puszczane tam piosenki na podobnie wysokim poziomie. Co jednak najsmutniejsze, najprawdopodobniej ani razu nie natrafi się na single z The Desired Effect

Skoro więc nowa płyta Flowersa dostarcza dobry pop, to czemu nie jest postrzegana jako album dla mas? Pomimo chwytliwości singli, odpowiedź znana była jeszcze przed premierą: bo to nie do końca czystej krwi album pop, a w każdym razie nie w takim znaczeniu, jakie znają przypadkowi słuchacze RMF i Zetki. Bardzo dużo tu klasycznego Springsteena, co najlepiej słychać w donośnym Dreams Come True i energicznym Digging Up the HeartI Can Change jest aż zbyt retro (staromodne klawisze, bit ze Smalltown Boy Bronsky Beat i gościnny występ Neila Tennanta z Pet Shop Boys) na dzisiejsze duże stacje radiowe. Potężna Can’t Deny My Love byłaby piosenką The Killers gdyby zamiast syntezatora rozpędzała ją w refrenie gitara elektryczna. Podobnie z prześliczną i smutną balladą Between Me and You, która bez problemów znalazłaby miejsce na każdym z albumów grupy Brandona. W dodatku teksty są dokładnie przemyślane i mocno wyraziste: opowiadają o silnych emocjach i trudnych przejściach ciekawych i wyrazistych (a momentami wcale nie pozytywnych) postaci, dużo tu też mówi się o Bogu i wierze. Wszystko to ukazuje The Desired Effect nie jako typowy album pop, ale jako hołd złożony przez Brandona dekadom muzyki popularnej, na której się wzoruje, i artystom, którzy mają na niego największy wpływ. Może to dość kontrowersyjna interpretacja, ale uważam, że względna cisza medialna wokół tego materiału wynika stąd, że to krążek zwyczajnie zbyt ambitny jak na gust przypadkowego słuchacza. Jasne, mowa tu nie o ambicji z okolic Dream Theater czy Lou Reeda, ale jednak dużo wyższej od poziomu Shakiry i Maroon5. Dlatego tym bardziej polecam sprawdzić drugi solowy longplej Flowersa: nie tylko dlatego, że zawiera dobre piosenki, ale również ponieważ w dzisiejszym mainstreamie nie ma już tak wielu muzyków skutecznie łączących popową chwytliwość z wyobraźnią i artystyczną niezależnością, jak to miało miejsce w latach osiemdziesiątych czy siedemdziesiątych.   /JJ

Reklamy

3 thoughts on “BRANDON FLOWERS

  1. Pingback: PODSUMOWANIE RECENZJI ZA 2015 | SIDEMAINSTREAM

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s