THE DARKNESS

thedarkness

The Darkness

Last of Our Kind

5/10

Wielki sukces The Darkness sprzed dwunastu lat podzielił słuchaczy na fanów, którzy dali się wciągnąć w ironiczny imidż grupy, i odbiorców zniechęconych mocno kiczowatym wizerunkiem Anglików. Czy jednak komuś I Believe in a Thing Called Love podobało się czy nie, trzeba The Darkness oddać, że ich żart z heavy metalu zaznaczył jeden z największych sukcesów medialnych brytyjskiej muzyki gitarowej początku zeszłej dekady. Niestety, jak to często bywa w przypadku kapel szybko gromadzących rozgłos popularnym chwytem, masom dość prędko znudziły się wygłupy Justina Hawkinsa i spółki, więc zespół stopniowo tracił popularność aż do momentu rozwiązania grupy (związanego też z odejściem wokalisty na odwyk). Trzy lata temu The Darkess wrócili z trzecim albumem, ale powrót ten był nieudany, więc w 2015 próbują kolejny raz przypomnieć o sobie garstce fanów stęsknionych za elektryzującym humorem kwartetu.

Powyższy wstęp potrzebny jest dla przypomnienia nieco już zakurzonego pierwszego albumu The Darkness, ponieważ Last of Our Kind to longplej utrzymany w klimacie Permission to Land, więc jeśli ktoś pamięta debiut Anglików i dobrze się bawił przy Black Shuck czy Get Your Hands Off My Woman, to na tym krążku powinien czuć się jak w domu. Nowy materiał to to samo hałaśliwe granie z pogranicza składania hołdu klasycznemu heavy metalowi i naigrywania się z pompatyczności tego gatunku. Otwierający Barbarians na tle kanonady głosnych gitar i falsetowych wrzasków opowiada historię o najeździe wikingów na wyspy brytyjskie, co znakomicie otwiera płytę – jednocześnie czadowo i żartobliwie. Podobną równowagę utrzymuje kawałek tytułowy, który traktuje metalowe przeboje z lat osiemdziesiątych z nadobnym szacunkiem i zdrowym dystansem. Ciekawiej robi się jednak gdy okazuje się, że panowie potrafią też zagrać na serio i to całkiem konkretnie: piorunujący Open Fire (który Hawkins wyśpiewuje i wykrzykuje tak żarliwie jakby to była ostatnia piosenka w jego życiu) i potężny Roaring Waters to rockowe petardy, których wcale nie trzeba się wstydzić, a gdyby power balladowy Conquerors zaśpiewał Scott Weiland, mógłby on znajdować się na pierwszej płycie Velvet Revolver zaraz obok Fall to Pieces. Niestety, pomimo kilku fajnych fragmentów, Last of Our Kind nie jest albumem, który The Darkness przyniesie nowych fanów. Główny problem leży w tym, że luz i zabawa, które unoszą się nad twórczością grupy, momentami powodują, iż jej brzmienie zbacza na niewłaściwe tory. Okropnie tandetna Sarah O’Sarah nie tylko przywodzi na myśl przestarzały przebój Starship o podobnym tytule, ale i mogłaby być piosenką świąteczną gdyby dodać do niej dźwięki dzwonków i magicznego gwiezdnego pyłu. Linia pomiędzy kiczem i klasyką w skocznym Hammer & Tongs jest tak cienka, że utwór równie dobrze może się podobać, co i bardzo irytować; podobnie jest z monstrualnie wymęczonym i majestatycznie przekombinowanym Mighty Wings. Choć słychać, że panowie dobrze się bawią swoim brzmieniem, to i również czuć, iż chwilami starają się na siłę, co lekko denerwuje przy ewidentnej błahości całego materiału.

Jest więc trochę na plus i na minus, a po przesłuchaniu płyty mniej więcej tyle samo zostaje w głowie co z niej wypada, ocena więc leci średnia. Jeśli jednak ktoś lubi takie granie i wycie na pół serio, niech podniesie ocenę do 6.   /JJ

Reklamy

One thought on “THE DARKNESS

  1. Pingback: PODSUMOWANIE RECENZJI ZA 2015 | SIDEMAINSTREAM

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s