THE LIBERTINES

TheLibertines

The Libertines

Anthems for Doomed Youth

8/10

Największą siłą The Libertines nigdy nie były wirtuozeria i kompozycyjna perfekcyjność, lecz onieśmielająca uczciwość i wręcz bolesna szczerość. Pete Doherty i Carl Barat w swoich piosenkach rozkładali na czynniki pierwsze i serwowali bez upiększaczy swoją trudną przyjaźń i brudne życie wschodzących gwiazd rocka. Kiedy Coldplay udawali grzecznych chłopców, Franz Ferdinand podlizywali się dziewczynom, a Bloc Party stylizowali się na intelektualistów, to właśnie The Libertines przypisano status ostatniej prawdziwej kapeli rockowej w brytyjskiej ekstraklasie. Nie będę udawał, że u progu kariery i szczytu sławy byli świetnym zespołem, bo to nie jakość ich muzyki, a raczej przekaz od serca, tradycyjna surowizna aranżacyjna i zabójcza melodyjność spowodowały, że Up the BracketThe Libertines stały się płytami kultowymi dla fanów brytyjskiego indie XXI wieku. Od tamtego czasu minęło niebotycznie długie 10 lat, podczas których w burzliwym życiu obu liderów kwartetu wiele się zmieniło, były więc podstawy do niepewności wobec tego z jakim materiałem powrócą; w końcu Carl i Pete nie są już naćpanymi młodzianami stawiającymi pierwsze kroki na rynku muzycznym… Na szczęście po wielokrotnym przesłuchaniu Anthems for Doomed Youth mogę z ulgą powiedzieć, że starzy dobrzy The Libertines nie tylko powrócili, ale i brzmią jakby wcale nie mieli za sobą dekady rozłąki.

Dźwięki już pierwszego w zestawie, mocno zalatującego The Clash Barbarians daje nostalgicznego kopniaka słuchaczom lubującym się w typowo brytyjskim graniu gitarowym. Anthems… nie odbiega brzmieniowo od The Libertines i wciąż porywa alternatywnymi przebojami w brudnych post-punkowych ciuchach z melodyjnymi przeszyciami. Wspomniany kawałek otwierający, pijacko rozbujany Gunga Din, bezwstydnie melodyjny Fame and Fortune czy klasycznie brzmiący Anthem for Doomed Youth to kawałki, które byłyby dużymi przebojami MTV 2 dekadę temu, a i tak dzięki swojej chwytliwej surowości wydają się świeże na tle wyjątkowo mało agresywnej i sztucznie brzmiącej konkurencji, z którą Libertines mierzą się dzisiaj na scenie angielskiego rocka z okolic głównego nurtu. Tekstowo też jest „po staremu”, a nawet lepiej, bo Barat i Doherty dalej prowadzą wiwisekcję swojej przyjaźni, ale teraz komentują ją z perspektywy ludzi doświadczonych życiowo i świadomych błędów, które popełnili. Dla fana pamiętającego głośne wydarzenia z czasów premiery poprzedniej płyty i postępującego (lecz w końcu niedoszłego) upadku Pete’a Doherty’ego teksty takie jak „A dream shared and pulled apart / One dream broken by two Libertines” (znakomity Glasgow Coma Scale Blues) to materiał wyciskający łzy z oczu.

Uczciwa, szczera i prawdziwa, zawadiacko surowa i przyjemnie melodyjna płyta w stylu, z którego niewiele zostało w brytyjskim alternatywnym mainstreamie (altstreamie?).  Prawdziwy wehikuł czasu i wspaniały prezent dla fanów, którzy niegdyś w Baracie i Dohertym widzieli zbawców angielskiego rocka.   /JJ

Advertisements

One thought on “THE LIBERTINES

  1. Pingback: PODSUMOWANIE RECENZJI ZA 2015 | SIDEMAINSTREAM

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s