LANA DEL REY

Honeymoon

Lana Del Rey

Honeymoon

7/10

Lana Del Rey przeszła długą i trudną drogę od narodzin swojej kariery do pozycji, którą obecnie zajmuje. Przyjmując dość kontrowersyjną i przerysowaną postać sceniczną dekadenckiej diwy zawieszonej pomiędzy zblazowaną bohemą, modną alternatywą i blichtrem szołbiznesu, Lizzy Grant musiała liczyć się z tym, że nie każdy da się prędko przekonać do jej wizji; szczególnie w dobie internetu i błyskawicznie rozprzestrzeniającego się w nim hejtu. Z początku była wykpiwana za operacje plastyczne, krytykowana za sztuczny imidż i poddawano w wątpliwość jej talent wokalny (efekt fatalnego występu w Saturday Night Live). Lana potrzebowała czasu, by wydrapać się z szuflady oznaczonej „Rewelacja Youtube’a”, do którego wrzuconą ją po sukcesie singla Video Games. Choć debiutancki album Born to Die i jego post scriptum w postaci minialbumu Paradise miały mieszane recenzje, to artystka w końcu zdjęła z siebie klątwę sezonowej gwiazdki wydanym w zeszłym roku kontrowersyjnym krążkiem Ultraviolence, w czym dużą zasługę miało konsekwentne budowanie charakterystycznego stylu. Ta konsekwencja w pogłębianiu postaci Lany jest obecna na Honeymoon – zaskakująco prędko wydanym trzecim longpleju. Grant i jej producenci (pośród których niestety nie ma już Dana Auerbacha z The Black Keys, który odwalił kawał świetnej roboty na poprzedniej płycie) postawili na jeszcze większe pogrubienie cech, które uczyniły z Del Rey tak ciekawe zjawisko na dzisiejszej scenie pop. W popowym głównym nurcie ze świecą szukać drugiego przypadku takiego jak Lana – wykreowanej na potrzeby rozwoju kariery, lecz zupełnie autonomicznej postaci scenicznej, przerysowanej gwiazdy muzyki z kart powieści czy komiksu, która jednak nie została zepchnięta na boczne tory mainstreamu jako swoista ciekawostka. Konsekwencja z jaką panna Grant zdobywa sławę i pochwały ukrywając się za fasadą Del Rey, a jednocześnie nie chowając się w cieniu jak Sia czy kompletnie oddając się komercji niczym Gaga, nieco zbliża ją do kameleona muzyki rozrywkowej, Davida Bowiego. Honeymoon zatem niejako zamyka pierwszy akt kariery Lany Del Rey, choć w najmniejszym stopniu nie rozwija jej postaci – po prostu znaleziono niszę, którą postanowiono w całości opanować.

Skoro więc Honeymoon nie zawiera ewolucji Lany ani jej brzmienia, to może chociaż rewolucję? Niezupełnie, bo wszystkie nowe sztuczki sprowadzają się do hipnotyzującego High by the Beach, który miesza klimaty narkotycznego R&B i dusznego hip hopu, co odrobinę odświeża jazzowo-bluesowo-orkiestralną atmosferę reszty materiału. W utowrze padają też słowa „You can be a bad motherfucker / But that don’t make you a man” i „The truth is I never / Bought into your bullshit”, które zaskakująco odstają od lansowanej przez Lanę (a więc – uwaga, suchar! – Lanasowanej! #hahaha) postawy słodkiej idiotki kompletnie oddanej swojemu mężczyźnie, nawet jeśli jest on najgorszym łajdakiem. To by było jednak na tyle jeśli chodzi o nowości – reszta Honeymoon to generalnie kontynuacja brzmienia i stylistyki zaproponowanych na Ultraviolence, tylko bardziej na poważnie i mroczniej. Honeymoon to nie jest typowy pościelowy krążek balladowy – materiał podszyty jest nieokreślonym lękiem i zachowano na nim klimat niepokojącego romantyzmu rodem z Twin Peaks. Czuć to już od samego początku, więc od nietypowo otwierającego zestaw kawałka tytułowego, w którym popową estetykę zastąpiono cienistym i sennym jazzem. Melancholijny klimat utrzymuje się przez całą płytę: przez prześliczną, samplującą Nancy Sinatrę balladę Terrence Loves You, majestatyczny i ciemny blues God Knows I Tried i oparty na poezji T.S. Eliota półtoraminutowy eteryczny przerywnik Burnt Norton (Interlude), aż po uduchowiony cover Don’t Let Me Be Misunderstood. Brak autoironicznych żartów pokroju Money Power Glory Fucked My Way Up to the Top dodają nowej odsłonie twórczości Lany więcej powagi, czyniąc jej piosenki nieco bardziej osobistymi. Niestety, Del Rey to nie PJ Harvey, więc nawet ciężka i gęsta atmosfera rozkracza się gdy artystka przesadza z przerysowaniem swojej postaci i popada w groteskę, jak w udziwnionym Salvatore czy kilku tekstowych kwiatkach, które odsłaniają niedoróbki warsztatu lirycznego piosenkarki („You are stranger than a stranger” nominuję do tytułu najgorszego wersu roku). Pozostaje też kwestia charakterystyczności artystki: po czterech latach na rynku Lana stała się w swojej stylistyce przewidywalna, przez co i trochę nudna. Nie oczekujcie porywającego przeżycia słuchając Honeymoon – jeśli nie wciągniecie się w atmosferę krążka i nie kupujecie klimatów ani postaci Lany Del Rey, to jest pewne prawdopodobieństwo, że słuchającej tej płyty zwyczajnie się znudzicie.

Jeśli swoje trzy pierwsze płyty długogrające Lana faktycznie zaplanowała jako trylogię, to Honeymoon zgrabnie i bezpiecznie ją zamyka nie robiąc żadnych dodatkowych kroków poza określoną estetykę. Swoim ciężarem dekadenckiego romantyzmu i mrocznymi, gęstymi aranżacjami zamyka rozdział ewolucji piosenkarki z internetowej sensacji lansowanej na portalach społecznościowych i blogach we wschodzącą diwę muzyki pop XXI wieku. Jest tu wystarczająco wiele pięknych i intrygujących momentów, by się na chwilę w tej płycie zakochać, ale mam wobec niej parę zastrzeżeń, przez co jednak umieszczam ją poniżej Ultraviolence. A jeśli ktoś w dalszym ciągu patrzy na Lanę przez pryzmat jej ust i wytyka jej nieszczerość przekazu, to jest zwyczajnie złośliwy albo nie rozumie o co właściwie chodzi w projekcie pt. Lana Del Rey.   /JJ

Reklamy

One thought on “LANA DEL REY

  1. Pingback: PODSUMOWANIE RECENZJI ZA 2015 | SIDEMAINSTREAM

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s