ELECTRIC SIX

ElectricSix

Electric Six

Bitch, Don’t Let Me Die

7/10

Nie wiem co za katastrofa musiałaby się wydarzyć żeby Electric Six stracili poczucie humoru i przestali nagrywać płyty. W 2003 rockerzy z Detroit podbili świat kapitalnym krążkiem Fire pełnym ociekających humorem gitarowych grzałek i petard, na którym umieścili tak świetne alternatywne przeboje jak Danger! High VoltageDance Commander czy Gay Bar. Nigdy później panowie nie powtórzyli premierowego sukcesu, choć wcale ich to nie zniechęciło do wytężonej pracy: ich najnowszy album, Bitch, Don’t Let Me Die, to już dwunasta płyta w dyskografii Electric Six. Biorąc pod uwagę, że jedenaście z tych dwunastu krążków to albumy studyjne, a do tego zespół wydaje nowy materiał co roku, to trzeba Amerykanom przyznać odznakę wzorowych pracusiów. Zapewne głównym motorem napędowym płodności elektrycznej szóstki jest dystans do samych siebie – spośród wszystkich kapel na rynku, Electric Six są jedną z dających sobie najwięcej luzu i sprawiającej wrażenie zupełnie nie przejmującej się takimi szczegółami jak popularność, bycie na czasie czy poszerzanie grupy odbiorców. Bitch, Don’t Let Me Die to dokładnie takie bombastyczne i hałaśliwe granie na pół serio jakiego można (powinno!) się spodziewać po autorach utworu Naked Pictures (of Your Mother) i albumu o tytule I Shall Exterminate Everything Around Me That Restricts Me From Being The Master. Piosenki utrzymane są w zmiennej stylistyce, ale są niezmiennie rockowe, więc nawet jeśli to pseudo-teatralna, rozdmuchana power ballada Big Red Arthur, flirtujący z popem potencjalny hit Kids Are Evil, solidny stoner rockowy walec Drone Strikes czy odjechany quasi-country pocisk rodem z pokręconego westernu Roberta Rodrigueza Dime Dime Penny Dime, wszystkie utwory brzmią „elektriksiksowo”: lekko i humorystycznie, ale z przytupem. Wielki wkład w charakterystyczne brzmienie zespołu wciąż ma niezastąpiony wokalista Dick Valentine, który w dalszym ciągu odznacza się jedną z najbardziej charyzmatycznych ekspresji wokalnych na rynku. Oczywiście, nie ma sensu szukać na Bitch, Don’t Let Me Die logiki w przekazie czy głębi w tekstach – to po prostu czysty humor, zestaw specyficznych żartów rzucanych dla zgrywy do dźwięku hałasujących gitar. Może i to tylko zabawa dla samej zabawy, ale jak można nie lubić zespołu składającego się z muzyków o takich ksywach jak Johnny Na$hinal czy Smorgasbord, który bez wstydu rymuje momma z Obama, pisze listy miłosne wychwalające drony wojskowe i śpiewa absurdalne teksty w stylu „A variation of Shareese / She is a nephew and a niece / I signed the lease / But not Shareese / She’s a fuckin’ beast”?   /JJ

Reklamy

One thought on “ELECTRIC SIX

  1. Pingback: PODSUMOWANIE RECENZJI ZA 2015 | SIDEMAINSTREAM

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s