COLDPLAY

coldplay

Coldplay

A Head Full of Dreams

4/10

Kiedy po fatalnym krążku Mylo Xyloto Coldplay chcieli z powrotem przekonać do siebie fanów i krytyków, którzy stali się sceptyczni wobec tracącego swój charakter stylu grupy, zrobili to za pomocą Ghost Stories – krążka, który z jednej strony ponownie rozkochał w sobie tych, którzy już byli przychylni Coldplay (i, o dziwo, zgarnął nominację do Grammy dla najlepszego rockowego albumu roku (sic!)), a z drugiej jeszcze bardziej rozczarował odbiorców zniechęconych postępującą miałkością muzyki zespołu. Mnie tamten krążek przede wszystkim skonfundował, bo mieszanka kompozycyjna, którą w tak ważnym dla historii grupy momencie zaserwowali Coldplay, kazała mi zastanowić się w którą stronę artystycznie zmierza Chris Martin. Czy wciąż chce być nowym Bono i dalej ze swej kapeli uczynić drugie U2? Czy zamierza rozwijać medialną popularność kapeli poprzez kontynuowanie popowej wycieczki po listach przebojów? A może jednak słyszy błagania swych najstarszych fanów i planuje powrót do balladowych indie korzeni? Zapoznawszy się z A Head Full of Dreams, poznałem odpowiedź na nurtujące mnie pytania: Chris Martin nie ma planu na przyszłość Coldplay, a muzyka zespołu dryfuje bez stylu w nieokreślonym celu.

Pierwsze dwa utwory – A Head Full of Dreams i Birds – robią niezłe wrażenie i nie wskazują na koszmar, który dzieje się później. To typowe neo-koldplejowe melodyjne i przestrzenne, dość energetyczne i bardzo optymistyczne piosenki w stylu zawieszonym pomiędzy trzecią płytą grupy, X&Y, i ostatnim albumem U2 (o którym, jak wiedzą czytelnicy Sidemainstream, mam złe zdanie). Podobne odczucia rodzi jeszcze obdarzony najgorszym teledyskiem w historii grupy singlowy Adventure of a Lifetime. Gdyby na tych trzech piosenkach skończyło się nowe wydawnictwo Coldplay, uznałbym je za nienajgorszy maxi singiel. Niestety, reszta materiału rozjeżdża się w różne strony zarówno aranżacyjnie jak i jakościowo, dając w efekcie miszmasz różnych pomysłów na brzmienie grupy, a żaden z nich przekonujący. I tak, obok odgrzewanego kotleta w postaci nudnej ballady Everglow pulsuje zupełnie odstający od charakteru grupy potencjalny przebój Hymn for the Weekend (z Beyonce w chórku); czystej krwi popowy, lecz nijaki Fun przypomina przeciętną piosenkę Taylor Swift, a po nim w tony emocjonalne próbuje uderzyć nostalgiczną balladą krótki Kaleidoscope, lecz prędko mija nie zapadając w pamięć; w Army of One Martin próbuje ożenić dwie piosenki, lecz żadna z nich nie jest dobra: pierwsza część brzmi remiks Timbalanda, a druga przywodzi na myśl kawałki Justina Timberlake’a (tylko że JT zaśpiewałby to o wiele lepiej niż ewidentnie niezainteresowany swoją własną twórczością Martin). Zestaw zamyka kilka nijakich ballad, które… no cóż, są po prostu nijakie. Gdzie się podziały czasy kiedy Coldplay robili wrażenie kończąc potężny album A Rush of Blood to the Head przejmującym Amsterdam i efekt był faktycznie emocjonalny? A Head Full of Dreams nie przejmuje, bo to płyta pozbawiona charakteru i stylu; to miszmasz pomysłów na piosenki, które najwyraźniej przychodzą Chrisowi Martinowi do głowy słuchając radia, po czym prędko je spisuje, nagrywa i wypuszcza w świat ze znaczkiem jakości Coldplay. Tylko czy ten znaczek w roku 2015 jeszcze cokolwiek wartościowego znaczy?

Nie jest to najgorsza płyta jaką słyszałem w tym roku (nikt nie zabierze Miley Cyrus tego wyróżnienia). Nie wątpię, że znajdzie ona (i zapewne już znalazła) wielu fanów pośród młodych ludzi żyjących głównie w mediach społecznościowych, którzy korzystają z iTunes by słuchać Ellie Goulding i Michaela Buble, a Coldplay to jedna z ich ulubionych grup rockowych (zaraz obok U2, Maroon5, dwóch piosenek Kings of Leon i jednego hitu Imagine Dragons, którego nie potrafią zanucić, bo go nie pamiętają). Pewnie znajdzie się też jakaś niezorientowana w muzyce rozrywkowej mama, która swoim pociechom sprawiła A Head Full of Dreams w prezencie świątecznym, bo w Twoim Stylu/Glamour napisano, że to super płyta. Ale czy to tacy słuchacze faktycznie są nową grupą docelową Coldplay? Nie przeczę, że w kategoriach trudnego do określenia i docenienia skrzyżowania umiarkowanego rocka z nijakim popem nowe dziecko Martina i ekipy jest dość atrakcyjnym daniem, nawet jeśli mało przebojowym. Niestety, nie wyrasta ponad ten poziom – A Head Full of Dreams brakuje dobrych kompozycji (czemu tu prawie nie ma udanych hooków i refrenów?) i zaangażowania emocjonalnego; zbyt wiele tu kiepskiej jakości eksperymentów, a za mało spajającej cały zestaw wciągającej atmosfery. Owszem, jest to pozytywny i optymistyczny krążek, co uznaję za dobry krok w stosunku do przygaszonego Ghost Stories, ale odnoszę wrażenie, że uśmiech, którym promieniuje ten album, został na niego przyklejony na siłę i wygląda niczym wymęczone uśmiechy modelek w konkursach miss czegokolwiek. Uderzył Pan w ścianę, Panie Martin.   /JJ

Reklamy

One thought on “COLDPLAY

  1. Pingback: PODSUMOWANIE RECENZJI ZA 2015 | SIDEMAINSTREAM

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s