SEXWITCH, WAXAHATCHEE, JUSTIN BIEBER

sexwitch

Sexwitch, Sexwitch, 7/10

Mam słabość do Natashy Khan: bardzo cenię ją za wyobraźnię, wrażliwość artystyczną i talent do pisania wciągających i ślicznych ballad. Swego czasu nazwałem ją Kate Bush ery Radiohead i wciąż stoję przy tym porównaniu w świetle Sexwitch, nowego projektu mózgu i serca Bat For Lashes, stworzonego wespół z zespołem TOY i producentem Danem Careyem. Sexwitch to niepokojący i intymny (jak sama nazwa wskazuje) zestaw zaledwie sześciu – choć trwających ponad pół godziny – numerów w klimatach z pogranicza dusznego folku i mrocznego indie. Rdzeniem debiutu Sexwitch są tradycyjne utwory z Iranu, Tajlandii, Maroka i Stanów Zjednoczonych przerobione na modłę dzisiejszej muzyki alternatywnej, ze skupieniem na organicznym podejściu do klimatów Radiohead. Całość jest mocno niepokojąca i ściśle spójna aranżacyjnie, ale brakuje jej chwytliwej atrakcyjności Bat For Lashes, by zapaść w pamięć. Być może stworzenie tej muzyki zapamiętywalną nie było celem Khan gdy nagrywała Sexwitch, ale szkoda, że te potężne i hipnotyzujące numery nie zostają w głowie na długo gdy album się kończy. Płyta spotkała się z krytyką afgańsko-amerykańskiej artystki Zohry Atash w związku z rzekomo niewłaściwym odniesieniem się do materiałów źródłowych, ale podaję tę informację jako ciekawostkę, bo nie czuję się na tyle mocny w muzyce folkowej Bliskiego Wschodu, by na jej temat dogłębnie się wypowiadać. Niemniej jednak, od dziś cenię Natashę Khan także za ambicję, nawet jeśli Sexwitch to słabszy materiał niż płyty Bat For Lashes. Nie miałbym też nic przeciwko gdyby trochę mrocznego, groźnego klimatu Sexwitch Natasha przemyciła na kolejny album swojej matczynej kapeli.   /JJ

waxahatchee

Waxahatchee, Ivy Tripp, 7/10

Największym komercyjnym sukcesem Waxahatchee do tej pory było stworzenie muzyki do serialu The Walking Dead. Czyż rynek sztuki i rozrywki nie jest okrutny? Obecny zespół osieroconej muzycznie po rozpadzie mało znanej kapeli D.I.Y. Katie Crutchfield posiada bowiem co trzeba, by być poważnym graczem na scenie alternatywnego rocka: dobre kompozycje, nośne brzmienie i duży ładunek emocjonalny. Ivy Tripp to trzeci longplej Waxahatchee i najwyższy czas, by poświęcono temu zespołowi więcej uwagi, bo Crutschfield zdaje się znakomicie czuć zanurzona w latach dziewięćdziesiątych grając melodyjny post-grunge (jakież to modne, prawda?). Under a Rock Poison świetnie brzmiałyby w rozgłośni radiowej sprzed dwudziestu lat, a gdyby minimalistyczną balladę Stale by Noon nagrano w 1995, teraz cieszyłaby się sławą perełki tamtego roku, do której by wracano z sentymentem. Co ja zresztą piszę – to samo możnaby powiedzieć o niemal każdym numerze w zestawie! Niestety, pomimo tego nostalgicznego uderzenia, Ivy Tripp nie zaprząta słuchacza na długo ani nie odkrywa Ameryki, ale dla kogoś, kto docenia takie powroty do przeszłości, nowy krążek Waxahatchee może okazać się jednym z najprzyjemniejszych odkryć 2015 roku.   /JJ

purpose

Justin Bieber, Purpose, 5/10

Kto by się spodziewał, że autorem jednej z największych przemian roku będzie sam Justin „bejbe bejbe” Bieber? Kariera kanadyjskiego cudownego dziecka popu to istny diabelski młyn emocji i rozgłosu: od łatki sensacji Youtube’a, przez pozycje najgłośniejszej gwiazdy muzyki dla 13-latków i największego obiektu drwin ze strony dorosłych, po status najmniej sympatycznej gwiazdy muzyki i w końcu rewolucję brzmieniową opisywanej tu czwartej płyty studyjnej oraz przychylnych słów do tej chwili wrogich wokaliście krytyków oraz internautów. Tak, Purpose da się słuchać – patrząc na poprzednie dokonania Biebera, to niemały sukces. Produkcja tego albumu jest jak najbardziej na czasie i zupełnie nie odstaje od dzisiejszych standardów muzyki najbardziej komercyjnej. Porównując go do ostatniego albumu Ariany Grande i debiutanckiego krążka Meghan Trainor, piosenki Kanadyjczyka brzmią po prostu dobrze; jeszcze nie tak dobrze jak Taylor Swift, ale i tak dużo lepiej niż nas Justin przyzwyczaił. Okej – Purpose nie jest materiałem, który nagle przekona do siebie hejterów Biebera. To raczej dowód na to, że wokalista i jego fan(k)i jednak dojrzewają, co daje nadzieję na przyzwoitą, bardziej dorosłą muzykę w przyszłości (tak, do Ciebie piję, Avril Lavigne). Oczywiście – jest to wciąż muzyka dla nastolatków, którzy są zbyt mainstreamowi, by słuchać Grimes. Jasne – wszystko, co dobre na tym longpleju, to zasługa producentów; Bieber nie odpowiada za brzmienie Purpose, zaledwie na tej płycie zaśpiewał i promuje ją swoją twarzą (za co niedawno oberwało mu się od wiecznie trolującego deadmau5’a), a cytat „Don’t forget that I’m human / Don’t forget that I’m real” ciężko przyjąć na poważnie mając świadomość jak mało autorska jest nowa płyta Kanadyjczyka. Pomimo wszystko, jest to przyzwoity materiał w kategorii „prosty pop z naleciałościami komercyjnego R&B z list przebojów dla młodych ludzi”. Jeśli komuś takie granie nie odpowiada, to niech puści sobie coś innego. Jeszcze go nie chwalę, ale powodów do hejtowania Biebera powoli robi się coraz mniej.   /JJ

Reklamy

2 thoughts on “SEXWITCH, WAXAHATCHEE, JUSTIN BIEBER

  1. Pingback: PODSUMOWANIE RECENZJI ZA 2015 | SIDEMAINSTREAM

  2. Pingback: BAT FOR LASHES | SIDEMAINSTREAM

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s