RIHANNA

work

Rihanna

ANTI

7/10

Zawsze miałem dwa problemy z Rihanną. Pierwszy to sprawa dość oczywista: znikoma wartość artystyczna jej twórczości. Nie odkryję Ameryki twierdząc, że zawsze uważałem popularną RiRi głównie za pośrednika w sprzedaży muzyki pisanej i produkowanej przez osoby trzecie. To wrażenie potęgowała wysoka frekwencja taśmowo nagrywanych płyt i singlowa sraczka, którą raczyła nas wytwórnia wokalistki (ilość przed jakością). Drugi problem, to że Rihanna jest zwyczajnie nudna. Cała sztuczka sceniczna RiRi polega na wulgarności i seksualnym przerysowaniu. Jeśli jednak wyciąć wszystkie pudelkowe kontrowersje, Rihanna okazuje się rozczarowująco nieciekawa, niespecjalnie wyróżniająca się pośród innych gwiazdek pop. Na tle St. Vincent czy Grimes, RiRi nie ma nic interesującego do powiedzenia, zarówno w swoich piosenkach, jak i poza sceną. Tak, uważam, że Rihanna jest gwiazdą mocno przereklamowaną. Owszem, ma na koncie kilka fajnych piosenek, ale nagrała dużo więcej utworów przeciętnych i zwyczajnie kiepskich. Wcale nie widzę w niej nowej Madonny.

W związku z powyższym, uważam siebie za grupę docelową ANTI. Ósmy krążek Rihanny pojawił się w momencie, w którym zaczął być postrzegany jak Chinese Democracy wokalistki: wyczekiwany latami, poprzedzony licznymi singlami, które jednak nie przybliżały jego pojawienia się (żadnego z nich nie ma na płycie), przekładany w nieskończoność… Gdyby to był kolejny materiał z taśmy produkcyjnej, nikogo by nie obchodził, ale ANTI miał ukazać Rihannę w zupełnie innym świetle: jako pełnoprawną artystkę, która nie tylko sygnuje swoim nazwiskiem hity, ale też muzykę artystycznie uczciwą i szczerą. Innymi słowy, ANTI miała spowodować, że zacznę szanować RiRi. Czy się udało?

Przede wszystkim trzeba jedną rzecz postawić jasno: ANTI nie do końca jest „anty”. Trudno określić komu bądź czemu Rihanna tu się sprzeciwia. Establishmentowi? Na pewno nie, skoro to on uczynił z niej gwiazdę i w dalszym ciągu ją utrzymuje. Hejterom? To by było zbyt banalne. Swojemu dotychczasowemu wizerunkowi? To jedna z najczęstszych interpretacji ANTI, ale nie wydaje mi się, by Rihanna była przeciwna temu, co czyni ją popularną. Rebeliancki obraz RiRi to oczywiście tylko poza, która ma za zadanie uatrakcyjnić ewolucję brzmieniową artystki; w końcu nic nie sprzedaje się tak dobrze jak bunt. To kaprys w stylu aranżacyjnych odjazdów Kanye Westa i zeszłorocznej „alternatywnej” eskapady Miley Cyrus, który równie dobrze może być nieaktualny w chwili premiery kolejnego longpleja. Na co jednak trzeba zwrócić uwagę, to wspomniana ewolucja: Rihanna nie chce być już kojarzona z Umbrella, Shut Up and Drive i gazylionem innych singli, które wydała w tym stuleciu. W zamian chce, by zwrócono uwagę na nią jako muzyka płytowego, bowiem ANTI to pierwszy w jej karierze pełnoprawny album.

Podobnie jak w latach osiemdziesiątych Billy Idol, w dwudziestym pierwszym wieku Rihanna jest żywą definicją artysty popularnego dzięki singlom i teledyskom, którego płyty służą głównie kompilowaniu przebojów. Po porażkach artystycznych Talk That Talk i Unapologetic, które miały przeobrazić radosną Rihannę w Rihannę drapieżną i niebezpieczną, wokalistka w końcu stawia na jakość przed ilością. ANTI to czystej krwi longplej brzmiący jak płyta, której powinno się słuchać w całości, od początku do końca. Nie ma tu ani jednego przeboju ani nawet kandydata na hit*, jest za to gęsty klimat i mnóstwo sztuczek producenckich. Tak, to jeden z tych krążków, gdzie na pierwszym miejscu jest produkcja, ale w oparach zaserwowanego tu grania Rihanna brzmi zaskakująco przekonująco. Jest wyraźnie wyluzowana (James Joint, Same Ol’ Mistakes, Love on the Brain), potrafi być agresywna i odważna (ConsiderationDesperado), ale gdy trzeba, umie też odpowiednio zaangażować się emocjonalnie (Kiss It Better, Higher). Rihanna znajduje się w tak dobrej formie wokalnej, że producenckie czary nie przyćmiewają jej śpiewu, co jest niemałym sukcesem. Nigdy dotychczas nie słuchało mi się RiRi z autentyczną przyjemnością, jak to jest na ANTI.

Wspomniałem o magii producenckiej nie bez powodu. ANTI to album stylowy, lecz głównie dzięki atmosferze wykreowanej przez czarodziejów od konsolety. Rihanna nie ma własnego, wyjątkowego stylu, lecz w zamian potrafi dopasować swoją stylistykę muzyczną do aktualnego wizerunku (co traktuję jednocześnie jako zarzut i pochwałę). Słychać to na nowej płycie, która jest swoistą sałatką wieloowocową: tutaj dancehall, tam hip-hop, gdzie indziej pop w różnych odcieniach, a na dodatek szczypta R&B i soulu. Ewidentne są także inspiracje innymi artystami: Same Ol’ Mistakes to cover New Person, Same Old Mistakes Tame Impala, Desperado opiera się na samplu z Waiting Game Banks, Love on the Brain brzmi jak Amy Winehouse, Higher przypomina Beyonce, Kiss It Better pobrzmiewa echami Twin Shadow i Autre Ne Veut… A jednak w całym tym natłoku stylistycznym ANTI zachowuje własny charakter i nie brzmi jak czyjaś podróba.

Czy zatem ANTI przekonała mnie do Rihanny? Na pewno przekonała mnie do siebie. To zgrabna płyta ze świetnie wyprodukowanym i dobrze zaśpiewanym współczesnym popem wysokiej jakości. Nie jest to ósmy cud świata ani alternatywna rewolucja. Ciężko mi też uwierzyć, że to nowy etap w karierze Rihanny, która od teraz odwróci się od popu komercyjnego, ale jako odświeżenie nieco zagubionej kariery jednej z największych gwiazd muzyki pop, ANTI sprawdza się dobrze.   /JJ

*Kilka miesięcy później okazało się, że Work jakimś dziwnym trafem został wielkim przebojem. Rynek pop czasem potrafi nieźle zaskoczyć.

Advertisements

One thought on “RIHANNA

  1. Pingback: PODSUMOWANIE 2016 – PŁYTY | SIDEMAINSTREAM

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s