THE 1975, IGGY POP, LAPSLEY

1975

The 1975

I Love It When You Sleep, for You Are So Beautiful Yet So Unaware Of It

6/10

Tuż po premierze I Love It When… wokalista grupy Matthew Healy powiedział, że The 1975 stali się największym zespołem świata. Ciężko mu odmówić podstaw do tak górnolotnych wynurzeń, bo choć pomimo wielkiego hajpu, jaki grupie nakręcała przez ostatni rok redakcja NME, ciężko The 1975 zaliczyć do ekstraklasy brytyjskiego rocka, a jednak ich drugi longplej zadebiutował jednocześnie na szczytach list sprzedaży w USA i Anglii, co dla kapeli dopiero pukającej do drzwi mainstreamu jest nie lada osiągnięcem. Słuchając płyty nietrudno zrozumieć jakim cudem to się stało, bo chłopaki idealnie wstrzelili się w panującą od jakiegoś czasu modę na melodyjny i romantyczny pop-rock głównie dla kobiet (a że grają go nieporównywalnie fajniej niż Coldplay i Maroon5, to tylko chwała grupie i menedżmentowi, że na tym zarabiają). I Love It When… to album lekki, łatwy i przyjemny, pełen chwytliwych refrenów i dobrych melodii; to płyta, która gdyby nie stała się hitem, byłoby to stratą dla mainstreamu. Roi się tu od potencjalnych hitów (nie mogę pojąć jak w dobie popularności Years & Years The Sound nie została dużym przebojem) w estetyce indie popowej z okazjonalnymi przebłyskami klimatów INXS, Madonny, późnego Fleetwood Mac i HAIM, więc fani ładnych melodii powinni czuć się jak ryby w wodzie. Jest to materiał sympatyczny i przyjemny oraz letni, ale też dość ulotny (1/3 piosenek na pewno nie zapamiętacie) i jakiś taki… oklepany. Ciężko oprzeć się wrażeniu, że na drugiej płycie 1975 rządzi granie dla nastolatek, którym słabną kolana słysząc zniewieściałego i rozczochranego indie chłopaka śpiewającego romantyczne ballady na syntezator i gitarę o trudnej, choć namiętnej miłości. Nie odmówię chłopakom ambicji – szczególnie ze względu na monstrualne rozmiary tej liczącej aż 17 piosenek i trwającej prawie 75 minut płyty – ale nieprzyjemnie kłuje mnie wrażenie, że cały ten krążek to pozornie przekombinowany, ale tak naprawdę dość miałki (choć przyjemny) haczyk na nastolatków. Jest nieźle, ale jestem już chyba za stary i zbyt wymagający, by dać się nabrać na takie sztuczki… /JJ

 

PostPop

Iggy Pop

Post Pop Depression

8/10

Post Pop Depression sygnowana jest nazwiskiem Iggy’ego Popa zapewne z szacunku dla ojca chrzestnego punk rocka, bo równie dobrze kapela stojąca za tą płytą mogłaby nadać sobie jakąś oryginalną nazwę, gdyż jest prawdziwą supergrupą, a nie jakimś tam zespołem grającym w cieniu frontmana. Oprócz wspomnianego lidera The Stooges, za Post Pop… stoją człowiek-instytucja dzisiejszego rocka Joshua Homme (m.in. Queens of the Stone Age i Eagles of Death Metal), perkusyjna gwiazda młodego pokolenia Matt Helders (Arctic Monkeys) i QotSA-owy kumpel Josha Dean Fertita (który grywa też w The Dead Weather). Po tak znakomitym kolektywie należy spodziewać się świetnych wyników pracy, i nie inaczej jest w przypadku niniejszego albumu. Post Pop Depression to dziewięć czystej krwi rockowych piosenek smakowicie (choć nie zawsze doskonale) balansujących pomiędzy naładowaną testosteronem surowizną (elektryzująca Paraguay to jedna z najbardziej bezkompromisowych piosenek roku)  i chwytliwą przebojowością (świetne refreny!). Całość materiału bardzo mocno przesiąknięta jest „pustynnym” klimatem QotSA, więc fani Homme’a powinni poczuć się jak w domu. Uczciwy, konkretny i zaskakująco przystępny krążek.   /JJ

 

Lapsley

Låpsley

Long Way Home

7/10

Za pseudonimem Låpsley kryje się Holly Lapsley Fletcher, dwudziestoletnia angielska wokalista, multiinstrumentalistka i autorka tekstów. Long Way Home to jej debiutancki album długogrający, którym dziewczyna zapisuje się pogrubionymi literami w notesach krytyków muzycznych. Låpsley jest wielkim pocieszeniem dla stęsknionych fanów Jessie Ware, którzy wciąż czują niedosyt po już nieco zapomnianym krążku Tough Love. Angielka świetnie wpisuje się w charakterystyczny dla Ware klimat ślicznych ballad balansujących pomiędzy niebanalnym popem i eteryczną elektroniką (rewelacyjny Heartless i singlowy Hurt Me brzmią jak utwory żywcem wyjęte z płyt Jessie), zahaczając momentami o jakościową przebojowość Adele (na przykład w potencjalnym wakacyjnym hicie Operator (He Doesn’t Call Me) i wzniosłej Love Is Blind, która w wykonaniu Adele mogłaby zostać wielkim przebojem) i indie romantyzm Jamesa Blake’a (jak w minimalistycznych i subtelnych Falling Short i Cliff). Ładnie napisana, zaśpiewana i wyprodukowana płyta idealna na leniwe weekendowe poranki. Jeden z najbardziej obiecujących debiutów roku.   /JJ

Advertisements

One thought on “THE 1975, IGGY POP, LAPSLEY

  1. Pingback: PODSUMOWANIE 2016 – PŁYTY | SIDEMAINSTREAM

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s