TRAVIS, THE STRUMBELLAS, ZAYN

travis

Travis

Everything At Once

6/10

Wierni fani grupy (są tu tacy?) mogą się na mnie za to obrazić, ale zawsze było mi trochę żal Travis. Szkoci bardzo zgrabnie wypełnili lukę w brytyjskim popowym rocku powstałą między śmiercią britpopu a indie rewolucją z początku XXI wieku dostarczając kilka zgrabnych piosenek i jeden wielki przebój  (powoli zapominany Why Does It Always Rain On Me?, jakby ktoś… zapomniał), ale z perspektywy historii wydaje się, że jednak nie osiągnęli wielkiego sukcesu. Narodziny gwiazdy Coldplay skutecznie przyćmiły blask Travis, co jest trochę smutne, bo przecież można pokusić się o stwierdzenie, że bez Szkotów nie byłoby Chrisa Martina, Snow Patrol, Keane i reszty indie-płaczków. W odróżnieniu jednak do swoich „naśladowców”, Travis przetrwali do dziś i w roku 2016 wciąż nagrywają płyty. Oczywiście, nie ma mowy o tym, że są teraz grupą ważną czy jakkolwiek symboliczną. Everything At Once udowadnia jedynie, że po niemal dwudziestu latach na rynku Travis po prostu… pozostali sobą. Ósmy krążek autorów Sing zawiera to samo przyjemne granie oparte na ładnych melodiach i sympatycznych refrenach, którym brzmienie grupy odznaczało się w latach dziewięćdziesiątych; nawet barwa i maniera głosu Francisa Healy’ego niespecjalnie się zmieniły, jakby czas w ogóle się go nie imał. Gdyby ktoś zapadł w śpiączkę w 2001 po wysłuchaniu The Man Who i wybudziwszy się dopiero teraz puścił sobie Everything At Once, nie uwierzyłby, że spał aż 15 lat. Nowych wielkich hitów tu nie ma i w podsumowaniach najlepszych płyt roku tego lognpleja na pewno nie znajdziecie, ale jeśli lubicie tradycyjne angielskie granie około britpopowe, nowy Travis może Wam zapewnić kilka przyjemnych chwil.   /JJ

 

strumbellas

The Strumbellas

Hope

7/10

BUM! Słyszeliście ten hałas? Mógł Wam umknąć, bo był niespodziewany i ciężko powiedzieć skąd dochodzi. Za ten BUM odpowiedzialni są niejacy The Strumbellas, którzy z zaskoczenia wyskoczyli z jednym z najradośniejszych i najbardziej nośnych krążków roku. Hope to trzeci longplej kanadyjskiego sekstetu, który aż prosi się o zaszufladkowanie jako skrzyżowanie Arcade Fire i Mumford & Sons. Ten mezalians prędko słychać w otwierających płytę Spirits Shovels & Dirt – utworach odznaczających się skrzyżowaniem folkowego ducha i stadionowych zaśpiewów Mumfordów z indie wrażliwością i uduchowioną nośnością arkejdów („I put a banjo up into the sky / It keeps us moving, it keeps us moving / I got a head full of darkness and darkness is good / Cause if we all die young, then we don’t get hurt”). Ów wstęp jest reprezentatywny dla reszty materiału, bo cały zestaw utrzymany jest w takim klimacie: nostalgiczny We Don’t Know wznosi się w niebiosa potężnym refrenem, stadionowy Wars kojarzy się ze wspomnianymi Mumfordami coverującymi Springsteena, chwytliwy Dog to kandydat na alternatywny indie hit lata, prześliczny The Hired Band zostałby w myk wylansowany przez mainstreamowe media na przebój gdyby był utworem Chrisa Martina, a wybuchowy Young & Wild to bez dwóch zdań najradośniejsza i najbardziej słoneczna piosenka pop-rockowa pierwszego półrocza 2016. Pierwsze 7 numerów to kawałki aż proszące się o większą popularność, których nieobecność w radiu to kolejny dowód na to jak głuche są playlisty największych stacji. Skoro więc jest tak super, to czemu oceniam album „tylko” na 7? Ano bo nie da się oprzeć wrażeniu, że Strumbellas to przede wszystkim cwani naśladowcy. Hope jest albumem kompletnie wyzutym z oryginalności – to przegląd chwytów, które na przestrzeni ostatnich lat skupiły zainteresowanie słuchaczy na granicy folku i indie. Strumbellas zdają się posługiwać schematem, który ich procesowi twórczemu znosi złote jaja: ma być donośnie, skocznie, wybuchowo w refrenie i refleksyjnie w zwrotce i tekście. Na tym schemacie opiera się cały album, co w moim odczuciu zabiera nieco uroku zebranym na nim nieskomplikowanym, choć skutecznym kompozycjom. Tak czy siak – czy brak oryginalności komuś przeszkadza czy nie – Hope to udany zestaw piosenek, które szczególnie wpadną w ucho fanom Mumford & Sons zawiedzionym ostatnim albumem swoich pupilów (Kacper dał 5/10, recenzja tutaj).   /JJ

 

zayn

ZAYN

Mind of Mine

5/10

Pamiętam boysbandowy szał lat dziewięćdziesiątych i jak wielcy byli Backstreet Boys. Pamiętam też jak głośnymi wydarzeniami były solowe kariery Robbiego Williamsa i Justina Timberlake’a po śmierci kolejno Take That i N’Sync. Niestety, pamiętam również jak kiepskie artystycznie były boysbandy i jak wspaniałe jest to, że moda na nie minęła. Dobrym dowodem na archaiczność chłopcyzespołów jest los One Direction. Chłopaki podbili świat, zaczarowali miliony fanek, zmajstrowali kilka przebojów (choć ciężko przypomnieć sobie jakikolwiek poza coverem Blondie) i na chwilę zdobyli tytuł prawdopodobnie największego zespołu pop na świecie. I wtedy, u szczytu sławy, jeden z członków grupy odszedł, w związku z czym „kapela” rozpadła się. I co? I nic. Śmierć One Direction została odnotowana jedynie przez zapłaczone „dyrekszonerki”, a debiutancki solowy album Zayna Malika przeszedł bez większego echa (oczywiście pomijając dobrą sprzedaż, ale to było nieuchronne nawet jakby Mind of Mine zawierał szanty i kolędy). Niestety, Mind of Mine nie zostanie nowym Life Thru a Lens czy Justified. Oczywiście, nie chodzi o potencjał gwiazdorski – Zayn (czy też ZAYN, nie rozumiem tej mody na caps lock) nieźle śpiewa, dobrze wygląda i sprawia wrażenie podręcznikowej gwiazdki pop. Problem w tym, że album rozbił się o skały kompozycji, bo piosenki na Mind of Mine po prostu nie są wystarczająco dobre. Produkcja jest bez zarzutu, aranżacje zanurzono w klimatach dusznego R&B z naleciałościami (materiał sprytnie i dość mądrze małpuje twórczość Timberlake’a), a wokalu słucha się przyjemnie, więc z pozoru jest tu wszystko, czego potrzebuje pop dla nastolatków. Niestety, pakując solowy debiut Zayna w ładne opakowanie, pomylono orzeźwiające landrynki z męczącymi mordoklejkami, w efekcie serwując zestaw nudnie ciągnący się nieskończoność. Tak, ze wszystkich grzechów, które mógł popełnić wschodzący gwiazdor muzyki młodzieżowej, ZAYN podpisał się pod tym najmniej ciekawym: nudą. Z przesłuchania Mind of Mine niewiele zostaje w głowie, bo nie zadbano o hooki, refreny nie są rozpoznawalne, a większość kompozycji zlewa się w papkę. Malik stara się odciąć od klimatów 1D jak tylko może: śpiewa o używkach, seksie, trudnej miłości i innych koszmarach życia bogatej białej młodzieży z Zachodu, ale nie jest charakterystyczny. Nic w tym materiale nie wybija się ponad solidny przeciętny poziom dzisiejszego R&B. Podsumowując, tragedii i wstydu nie ma, ale również nie ma czym się zachwycać.   /JJ

 

Reklamy

One thought on “TRAVIS, THE STRUMBELLAS, ZAYN

  1. Pingback: PODSUMOWANIE 2016 – PŁYTY | SIDEMAINSTREAM

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s