GARBAGE

garbage

Garbage

Strange Little Birds

7/10

Uwielbiam Garbage, ale nie mam zamiaru okłamywać siebie i Was, że to wciąż ważna kapela. Lata świetności Shirley Manson i spółki minęły dwie dekady temu, a obecna żywotność grupy – pomimo licznych perturbacji składowych i organizacyjnych oraz długich przerw pomiędzy płytami – to raczej prezent dla wciąż oddanych grupie fanów niż wynik tego, czy Garbage nadal mają coś ważnego do powiedzenia. Ostatnia płyta grupy (Not Your Kind of People sprzed czterech lat) przeszła bez echa nie pozostawiając po sobie nawet fajnych singli (przyznaję się do błędu: kiedy Not… wyszła, w zachwycie nad samym faktem jej istnienia oceniłem ją pozytywnie – recenzja tutaj – ale z perspektywy czasu nie wspominam jej dobrze), a od poprzedniego krążka (Bleed Like Me) dzieli nas kosmiczne 11 lat. Gdy usłyszałem, że w tym roku Garbage powrócą z szóstym albumem, poczułem… nic szczególnego. Fajnie, że dbają o fanów, że nie przepadli bez słowa, że chcą się czymś jeszcze podzielić, ale umiarkowane niepowodzenia i nierówna forma ostatnich piętnastu lat nie nastroiły mnie optymistycznie. Shirley to wciąż żywy rockowy ogień i postać posągowa, ale spójrzmy prawdzie w oczy: ostatnia dobra płyta Garbage wyszła w 1998. Dlaczego tym razem miałoby być lepiej?

Ano bo Garbage chyba zrozumieli w czym tkwi sekret fajności ich muzyki. Problemem trzech ostatnich albumów grupy były nierówność jakości kompozycji i brak określenia aranżacyjnego. Beautiful Garbage poległ, bo sam postrzelił się elektronicznymi eksperymentami; Bleed Like Me był zbyt bezpieczny i radiowy; Not Your Kind of People nie miał na siebie pomysłu i utonął w aranżacyjnej sałatce. Pierwsze dwa albumy były duchowo konkretne i znakomicie określone, dlatego nawet mało charakterystyczne kawałki ich nie osłabiały. Tą ścieżką kroczy Strange Little Birds. Po trzech płytach przypominających składanki piosenek nagranych do radia, szósty longplej Garbage przywraca specyficzny mrok i duchotę debiutu. Czuć to już na starcie, w otwierającym zestaw niepokojącym Sometimes, w którym upiorna partia fortepianu przeplata się z nieprzyjemnym trip-hopowym bitem, a Shirley żałośnie zaciąga „Sometimes I’d rather take a beating / Sometimes I’d rather take a punch / I learn more when I am bleeding / You knock me down, then I get up”. W tej jednej piosence jest więcej atmosfery przełomowego debiutanckiego krążka Garbage niż na trzech ostatnich albumach wziętych razem. Podobnych zmyślnych powrotów do przeszłości jest tu więcej: mroczna ballada If I Lost You brzmi jakby po niej miał polecieć klasyczny Queer, zalotna Night Drive Loneliness („I want to get wasted / Forget all about it / Like the blue dress in my closet”) ocieka latami dziewięćdziesiątymi, a Blackout napędza bas niczym wyjęty z najlepszych lat The Cure. Strange Little Birds to dla fanów Garbage nie tylko prezent, ale i prawdziwa gratka – album, który brzmi jak debiut, choć nagrany ponad dwadzieścia lat później!

Na szczęście dla płyty, jeśli ktoś jednak nie jest fanem Garbage, nie powinien na Strange… narzekać, bo jest tu wystarczająco dużo klimatu, charyzmy i przyzwoitych piosenek, by dać się wciągnąć w szósty longplej Amerykanów (i Szkotki). Postawiono na atmosferę ponad hitami, więc poza zaskakująco chwytliwym Empty i retro przebojowym We Never Tell (brzmiącym jak skrzyżowanie słusznie niezapomnianego I’m Only Happy When It Rains z niesłusznie zapomnianym Parade) nie ma tu fragmentów, które biją po uszach „singlowatością” i łamią duszny klimat materiału. Nie jest to może album znakomity ani nawet tak świetny jak Garbage czy Version 2.0 i zdecydowanie przydałoby mu się jeszcze trochę obróbki (szkoda zmarnowanego potencjału Even Though Our Love Is Doomed, który ślicznie się rozkręca, ale nie dostarcza emocjonującego finału, do którego bezcelowo zmierza), ale nie mam zamiaru się czepiać skoro postawiono tu przede wszystkim na ogólny pomysł, a ten wypalił.

Skoro nowy album Garbage mi się podoba, to czy odwołam negatywne rzeczy, które napisałem o grupie w pierwszym akapicie? Ano… nie. Strange Little Birds to płyta, którą powinniśmy byli dostać już dawno temu. Śmiem twierdzić, że ten krążek powinien był pojawić się jako trzeci longplej kapeli zamiast Beautiful Garbage, a kolejne piętnaście lat kariery Garbage powinny potoczyć się inaczej. Cieszę się, że dostałem w końcu materiał, o który nie martwię się, że za kilka lat będzie sprawiał wrażenie przeterminowanego, ale szkoda, że stało się to dopiero w 2016, kiedy nazwa Garbage nie elektryzuje tak jak kiedyś.   /JJ

Reklamy

One thought on “GARBAGE

  1. Pingback: PODSUMOWANIE 2016 – PŁYTY | SIDEMAINSTREAM

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s