RADIOHEAD

Radiohead

Radiohead

A Moon Shaped Pool

9/10

Uwaga, wprowadzamy zmiany! Od teraz długie wpisy będą zawierały nie jeden, a dwa utwory, więc po kliknięciu w pierwszy upewnijcie się, czy pod spodem nie ma dalszej części tekstu ;-)

Ciężko ukryć, że ostatnie lata nie są najlepszym okresem w życiu Thoma Yorke’a. Bolesny rozwód po 23 latach związku; średnio udany projekt poboczny Atoms For Peace spuentowany nagranym po pijaku i prędko zapomnianym średnim albumem; nieudane próby zaprowadzenia rewolucji wydawniczej (nie zarobili kokosów na sprzedawanym w sieci za „ile chcesz zapłacić” krążku In Rainbows) i walki z systemem (koniec końców poddana bitwa ze Spotify); umiarkowanie krytyczne recenzje ostatniej płyty The King of Limbs; nie wzbudzająca wielkiego entuzjazmu fanów narastająca miłość artysty do elektroniki, która sprawiła, że muzyka filmowa i awangardowa gitarzysty grupy Johnny’ego Greenwooda budziła większe zainteresowanie niż solowe wycieczki Yorke’a… Choć daleko liderowi grupy do marazmu artystycznego, w który popadli np. Bono czy Chris Martin, to nie trzeba być Szerlokiem, by zauważyć, że niezwykła machina Radiohead nieco zatarła silnik i przestała imponować niebywałą niegdyś mocą. Nic dziwnego, że niedawno Yorke powiedział w wywiadzie, iż jest zdziwiony zainteresowaniem swoją nową płytą, bowiem nie sądził, że Radiohead jeszcze coś ważnego znaczą na rynku muzycznym. Niewykluczone, że to tylko typowo gwiazdorska kokieteria, ale może autor Creep faktycznie zagubił się na artystycznej ścieżce? Nowa płyta Radiohead zdaje się wyrastać właśnie z tego poczucia niepewności własnej wartości rynkowej: to album, którego potrzebowaliśmy, by na nowo uwierzyć w Radiohead, ale którego jednocześnie nie do końca się spodziewaliśmy…

W warstwie tekstowej wszystko jest na swoim miejscu. A Moon Shaped Pool to album podszyty strachem i niepewnością, co typowe dla twórczości oksfordczyków. Czuć tu nie tylko standardowe smutek i melancholię (rozwód Yorke’a był na pewno jednym z motorów napędowych procesu twórczego autora), ale też złość i strach. Monumentalny Burn the Witch używa motywu polowania na wiedźmy by skomentować bieżące wydarzenia polityczne i panikę medialną wokół kryzysu uchodźców z Bliskiego Wschodu i Afryki („Stay in the shadows / Cheer at the gallows / This is a round up / This is a low flying panic attack”), a atmosferę strachu podsyca kontrowersyjnym teledyskiem, w którym elementy kina grozy i fragmenty horroru The Wicker Man umieszczono w realiach popularnego w Anglii pięćdziesiąt lat temu serialu animowanego dla dzieci TrumptonGlass Eyes przesiąknięte jest poczuciem alienacji w społeczeństwie i strachu przed innymi ludźmi, zaś The Numbers napędza strach przed postępującym wyniszczaniem planety i wiszącym nad głowami ludzkości globalnym ociepleniem. Najbardziej dosadne jest jednak poczucie smutku i rozczarowania związkami międzyludzkimi, niewątpliwie zainspirowane rozwodem Yorke’a z Rachel Owen. Utwory na A Moon Shaped Pool pełne są odniesień do wątłości człowieka, zarówno jako jednostki, jak i społeczeństwa, zaś za najbardziej kruche traktowane są tu intymne relacje między ludźmi darzącymi się uczuciami. W upiornym Identikit Yorke rozpaczliwie powtarza „Broken hearts make it rain” opisując beznadzieję związków, w których jedna osoba wykorzystuje słabość emocjonalną swego partnera; Ful Stop gorzko prawi o niszczycielskiej mocy bolesnej prawdy; Decks Dark wiąże rozwodowy żal serca z katastroficzną historią o inwazji kosmitów (aluzja do Subterranean Homesick Alien?); Daydreaming ukazuje Yorke’a jako rozżalonego człowieka, który dystansuje się od marzycielstwa na skutek – jak się domyślamy – rozwodu („Efil ym fo flaH”, czyli zniekształcone „half of my life” odnoszące się do 23-ech lat związku 47-letniego wokalisty). A Moon Shaped Pool jest nie tylko materiałem przepełnionym typowym rejdiohedowym negatywizmem, lecz również bardzo bolesnym osobistym wyznaniem żalów Thoma Yorke’a. To album konkretny tematycznie, o świadomie sprecyzowanym ciężarze emocjonalnym.

Choć więc tekstowo słuchacze mogą czuć się jak w domu, to w warstwie muzycznej jest już zgoła inaczej. Jak wspomniałem we wstępie, w ostatnich latach Yorke jako kompozytor stał się nieco… nudny. Zakochanie w muzyce elektronicznej, które przejawiało się zabawą w didżejowanie, współpracą z typowo konsoletowymi artystami (gościnne występy u m.in. Modeselektor czy Four Tet, bądź wspólna trasa koncertowa z Moderat) i postępującą elektronizacją muzyki grupy Yorke’a oraz jego solowej twórczości, doprowadziło do pewnej stagnacji brzmienia Radiohead. W efekcie łatwiej znaleźć fana grupy tęskniącego za żywą, gitarową muzyką zespołu, niż chwalącego jej aktualne brzmienie. W tym kontekście A Moon Shaped Pool jawi się jako nowe otwarcie w twórczości kapeli, choć nie takie, jakiego można było się spodziewać. W kontraście dla mocno przybijającej warstwy lirycznej, muzyka na nowej płycie Radiohead jest bardzo spokojna, chwilami wręcz kojąca. To materiał orzeźwiająco organiczny i ludzki, zdecydowanie najbardziej „ciepły” w twórczości Anglików. Na pierwszy plan wychodzą melodyjne kompozycje napędzane żywymi instrumentami i pięknie zaaranżowaną orkiestrą; wyraźnie górują one nad wspomnieniami mrocznej, złowrogiej elektroniki i poszatkowanych aranżacji z Hail to the Thief, Amnesiac i Kid ABurn the Witch rozpędza dynamiczna i niepokojąca partia smyczków, w rdzeniach rozmarzonych Daydreaming, Decks Dark (chór!) i True Love Waits tkwią śliczne partie klawiszy, a senny Desert Island Disk opiera się na kojącej partii gitary. Nawet fragmenty wyraźniej „cięższe” elektronicznie są na poziomie „odczłowieczenia” dalekim od Everything In Its Right Place The Gloaming. Choć na płycie obecne są elementy mroczne, chwilami wręcz nerwowe, zestaw spaja uczucie melancholii, a momentami skrytego, nieco nieoczywistego optymizmu. To zdecydowanie najładniej brzmiący i najbardziej przyjazny słuchaczowi longplej w dyskografii Radiohead. Duży wpływ na to ma powrót długo wyczekiwanej piosenkowości. Przełomowy krążek OK Computer zapędził Radiohead w stronę eksperymentów na strukturze piosenki, ale A Moon Shaped Pool na dobre przywraca klasyczne struktury kompozycji bez odjazdów pokroju The National Anthem, za to z urokliwymi wstawkami orkiestralnymi.

Co ciekawe, A Moon Shaped Pool nie jest zupełnie oryginalnym materiałem. Ful StopIdentikitPresent Tense to utwory znane fanom grupy od kilku lat, a True Love Waits to numer już legendarny, który na wersję studyjną czekał aż od roku 1995. Ten częściowy recykling ładnie zazębia się dramatycznie z przewijającym się przez płytę motywem rozwodu Yorke’a: oto człowiek wyzwolony (choć nie wyleczony) z emocjonalnego problemu, poniekąd odchodzący w nieznane, domyka ciążące na nim niedokończone sprawy. Dziewiąta płyta Radiohead to album osobisty i bolesny, ale też dopieszczony i pięknie zaaranżowany, więc nie słucha się go z takim bólem jak na Amnesiac czy Kid A. To też krążek, od którego osoby niezaznajomione z Radiohead (załóżmy, że są tacy ludzie… Na przykład nastolatki!) mogą zacząć swoją przygodę z twórczością grupy bez obawy, że przestraszy ich chłód niektórych wcześniejszych dokonań zespołu. Nieco paradoksalnie, ten sam materiał świetnie sprawdza się jako naturalna kontynuacja, a nawet swoiste zwieńczenie przygody z zespołem dla słuchaczy, którzy od dawna są z Radiohead. Śliczna płyta.   /JJ

Reklamy

One thought on “RADIOHEAD

  1. Pingback: PODSUMOWANIE 2016 – PŁYTY | SIDEMAINSTREAM

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s