TWIN PEAKS

downinheaven

Twin Peaks

Down in Heaven

6/10

Kto martwi się, że nie nadąża za skomputeryzowanym światem nowoczesnej muzyki rozrywkowej, niech czym prędzej zakoleguje się z Twin Peaks. Nie dla chłopaków z Chicago wszelkiej maści sztuczki producenckie, odjazdy elektroniczne i inne wygibasy, o nie! Twin Peaks tak zgrabnie czują się w swoim archaicznym gitarowym graniu, że słuchając ich trzeciego krążka można – podobnie jak w przypadku ich poprzedniej, zaskakująco udanej płyty Wild Onion (nasza krótka recenzja tutaj) – odnieść wrażenie, że przypadkiem odpaliło się album bitelsów albo stonesów. Niech jeszcze ich klawiszowiec się rozwinie i za parę lat może dorosną do poziomu The Who, hehe! Śmiechy śmiechami, ale żarty na bok, bo jeszcze jakimś cudem w gronie naszych pięciu czytelników znajdzie się jeden zbłąkany fan Amerykanów, obrazi się na nas i nam czytelnictwo bloga spadnie o 20%… 

Na Down in Heaven Twin Peaks w dalszym ciągu przypominają chłopaków z sąsiedztwa, którzy całe noce wałkują winyle z lat sześćdziesiątych, a potem spędzają całe dnie w piwnicy lub garażu próbując skopiować zasłuchane brzmienia. Jeśli ktoś kocha do rdzy oldskulowe brzdąkanie gitarowe, Twin Peaks powinni należeć do jego/jej ulubionych młodych grup. Down in Heaven to uczciwa mieszanka garażowego rocka i stylowego bluesa z elementami power popowymi, opierająca się na prostych riffach, melodyjnych refrenach i chwytliwych hookach oraz pełna surowych gitar i chropowatych wokali, która zupełnie nie pasuje do roku 2016. To muzyka pełna szczerości wynikającej z autentycznej miłości autorów do dźwięków, które tworzą, i z młodocianej energii, którą ta muzyka aż promieniuje. Nowa płyta jest też dużo czystsza w brzmieniu od Wild Onion, więc brawo dla ekipy za pielęgnowanie swojej twórczości.

I choć Twin Peaks należą się pochwały za podtrzymywanie przy życiu ducha tradycyjnego rock and rolla, to jednak muszę przyczepić się do kompozytorskiej strony nowego krążka chłopaków z Chicago. Wild Onion pełen był potencjalnych alternatywnych przebojów i petard momentalnie wpadających w ucho, podczas gdy Down in Heaven mija niepostrzeżenie. Przyjemnie, bo to fajne piosenki zagrane z głębi serca, ale jednak niepostrzeżenie: większość refrenów zlewa się w jeden, hooki nie chwytają tak skutecznie jak powinny, a jednorodność kompozycyjna bardziej scala album nastrojowo niż pozwala błyszczeć poszczególnym utworom. Nie pomaga też dość kiepska warstwa tekstowa, która wręcz zniechęca do ciągłego skupienia („You know your pretty face is just a face / All there is in you is the absence of space / You only take off your clothes for the gossip it gives / The only good reason for your clothes to come off is so somebody can use a whip” – Cold Lips. Eeee?…). 

Kto więc lubi takie granie sprzed pięciu dekad, niech uderza śmiało. Kto jest zmęczony sztucznym i zniewieściałym popularnym rockiem obecnej dekady, niech też spróbuje, a co mu/jej tam. Jeśli jednak ktoś nigdy wcześniej nie słuchał Twin Peaks, niech najpierw nadrobi Wild Onion i dopiero po zasmakowaniu Strawberry Smoothie weźmie się za ten zestaw.   /JJ

Reklamy

One thought on “TWIN PEAKS

  1. Pingback: PODSUMOWANIE 2016 – PŁYTY | SIDEMAINSTREAM

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s