LADYHAWKE

ladyhawke

Ladyhawke

Wild Things

Gdy niedawno powiedziałem mojemu sajdmejnstrimowemu partnerowi, że słucham nowego albumu Ladyhawke, Kacper odpowiedział zdziwiony i dość rozbawiony „To ona jeszcze nagrywa płyty?”. Faktycznie, bycie fanem Phillipy „Pip” Brown to cholernie trudne zadanie, bo kibicuje się artystce, której talent do pisania dobrych piosenek indie popowych nie przyniósł popularności, na którą zasługiwała, i która zdecydowanie nie rozpieszcza płytami nagrawszy swój dopiero trzeci longplej w ciągu aż ośmiu lat. Oba powyższe problemy zdają się tyczyć jej najnowszego krążka Wild Things, który z jednej strony mocno stara się być albumem mainstreamowym jakby artystka usilnie próbowała pozbyć się przymiotnika z łatki „alternatywny pop”, a z drugiej nie jest materiałem, na który warto było czekać tak bardzo długo (minęły cztery lata od stylowego krążka Anxiety z potężnym Black White & Blue, który zajął 20. miejsce na naszej liście najlepszych singli 2012).

Wbrew tytułowy, Wild Things nie prezentuje Ladyhawke dzikiej, lecz bardzo radosną, wręcz promieniującą uśmiechem. To płyta pop czystej krwi, niemal całkowicie pozbawiona elementów rockowych, którymi odznaczały się poprzednie płyty Nowozelandki. Otwierające A Love SongThe River to numery brzmiące jakby je wykradziono z dyskografii Carly Rae Jepsen, niczym wycelowane w wakacyjne składanki pokroju „RMF FM PREZENTUJE NAJBARDZIEJ SŁONECZNE PRZEBOJE LATA”. Tytułowy Wild Things brzmi jak próba przerobienia Bruce’a Springsteena na modłę… znów Carly Rae Jepsen, a skoczny Golden Girl chyba już w tym roku słyszałem na E-MO-TION. Nie jestem pewien czy napisałem to dostatecznie dosadnie, więc na wszelki wypadek postawię sprawę jasno: nowa płyta Ladyhawke brzmi jakby została napisana i nagrana przez Carly Rae Jepsen. Niby nie ma w tym wstydu, bo to zawsze lepiej niż być porównanym do Miley Cyrus, ale skoro już mamy jedną Carly Rae Jepsen, to po co nam druga? Tym bardziej, że podszywa się pod nią osoba, która dostarczyła światu tak znakomite indie hity jak Paris Is Burning czy My Delirium W wypadku trzeciej płyty Ladyhawke nie ma już sensu mówić „Ach, gdyby tylko taki pop był na listach przebojów…”, bo taki pop na listach przebojów już jest. Brown zdaje się raczej kopiować brzmienia z mainstreamowych rozgłośni niż grać coś oryginalnego, a pozbywając się rockowego pazura w pewnym sensie pozbawiła siebie samą charyzmy i brzmi trochę mniej przekonująco. W kategorii „rockowe dziewczyny grają pop”, Ladyhawke mogłaby w tej chwili czyścić buty triu HAIM.

Jasne, nie jest to płyta w żadnym stopniu zła. Są tu fajne fragmenty: urokliwie „ejtisowy” Sweet Fascination, zadziorny Let It Roll, czy uzbrojony w zabójczy (choć nieco zbyt prosty i przewidywalny) hook Chills. W słoneczny dzień Wild Things tworzy zjadliwe tło do lenienia się w promieniach słońca. Na pewno znajdzie się kilka osób, którym takie pogodne plumkanie wpadnie w ucho, ale błahy wakacyjny eskapizm to nie to, czego oczekuję po jednej z najbardziej utalentowanych indie popowych artystek swojego pokolenia. Trzeci longplej Ladyhawke to album względnie nudny i mało oryginalny, na siłę starający się upodobnić do list przebojów. To Ladyhawke powinna inspirować Carly Rae Jepsen, a nie na odwrót…

Ocena: 5/10   /JJ

Advertisements

One thought on “LADYHAWKE

  1. Pingback: PODSUMOWANIE 2016 – PŁYTY | SIDEMAINSTREAM

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s