NICK CAVE & THE BAD SEEDS

skeletontree

Nick Cave & The Bad Seeds

Skeleton Tree

Mniej więcej dziesięć lat temu przeczytałem wywiad z Nickiem Cave’em w magazynie Q, przeprowadzony w związku z zachwytami nad świetnym albumem Abbatoir Blues/The Lyre of Orpheus. Artysta sprawił w nim wrażenie człowieka bardzo pozytywnie nastawionego do świata, a nawet oświadczył, że jego życie stało się bardzo zwyczajne – w pozytywnym sensie – gdy został ojcem, zaś tak mu bliskie niegdyś używki zastąpiło wieczorne wracanie do domu i oglądanie z synami kreskówek. W filmie para-dokumentalnym 20,000 Days on Earth jest jedna bardzo wymowna scena, w której Cave spędza wieczór oglądając z synami film (Scarface, gdyby ktoś był ciekaw) i zajada się popcornem, co sprawia wrażenie przyziemnego kontrastu wobec fragmentów, gdzie Nick jest pokazany jako sceniczna bestia i opisywany jako legenda muzyki. Zresztą nie trzeba nawet znać biografii Australijczyka, by zauważyć, iż teraz to już nie ten sam człowiek, który napisał straszny album Let Love In, a wystarczy szybka analiza brzmienia jego muzyki w XXI wieku. Bezpowrotnie minęły buńczuczne młodzieńcze lata muzykowania w The Birthday Party, ćpania w berlińskich skłotach i wściekłego alternatywnego hitu The Mercy Seat, a ich miejsce zajęła nastrojowa refleksja nad istotą życia i wiary w bardzo dojrzałym ujęciu. Na szczęście to wszystko nie stępiło pazura Cave’a, bo choć Australijczyk uspokoił się, to w dalszym ciągu pozostaje jednym z najlepszych kompozytorów i tekściarzy na rynku, o talencie i intelekcie, którym dorównują tylko nieliczni. 

Wszystko, co napisałem w powyższym streszczeniu postaci i obecnej formy oraz sytuacji życiowej Nicka Cave’a, znajduje odzwierciedlenie w jego nowej płycie. To album na powierzchni spokojny, ale w głębi bardzo wzburzony; inteligentny i głęboki, z tekstami o wielowarstwowych znaczeniach, ale i emocjonalnie szczery, momentami boleśnie bezpośredni; poruszający tragiczny aspekt rodzicielstwa w sposób, jaki nie zdarza się w muzyce rozrywkowej zbyt często. Cave nie ukrywa, że Skeleton Tree to poniekąd jego reakcja na tragiczną śmierć syna, która miała miejsce w połowie zeszłego roku, ale to nie tamto straszne wydarzenie zainspirowało album. Prace nad Skeleton Tree ruszyły jeszcze przed śmiercią Arthura Cave’a, a jego odejście spotkało artystę w trakcie tworzenia płyty. W efekcie dostaliśmy materiał do szpiku nasiąknięty emocjami – w pewnym sensie to swoisty concept album o smutku i stracie – którego nie słucha się łatwo. To album bolesny, lecz w innym stopniu niż Blackstar Davida Bowie. Tamta płyta powstawała ze świadomością artysty, że umiera; śmierć była jej tematem nie tak bardzo w sensie dramatycznym, jak jako kontekst i atmosfera, którą krążek przesiąkł. Skeleton Tree dotyka kwestii śmierci dziecka dosłownie, bezpośrednio – owszem, nie w sposób łopatologiczny, jak niedawno Bat For Lashes na swoim ostatnim albumie, bo Cave jest na to zbyt inteligentny, ale jednak wystarczająco dotkliwie, by wzbudzić w odbiorcy świadomość obcowania z materiałem tak intymnym, że aż może czuć wstyd, iż czerpie przyjemność ze słuchania go.

Pierwsze mocne uderzenie trafia słuchaczy już na samym początku, gdy Cave otwiera mroczny Jesus Alone rozbrajającym odniesieniem do śmierci syna: „You fell from the sky / Crash landed in a field / Near the river Adur”, po czym wznosi prostą modlitwę („With my voice / I am calling you”) do niego, w kontekście wspominanego później w tekście życia, którego już nie doświadczy, bądź do Boga, który pozostaje niewzruszony wysoko w niebiosach, a tu na ziemi coraz bardziej zapomniany przez ludzi, których losy mogą być zgoła różne, lecz dla Niego tak samo nieważne. W podobne tony rodzicielsko-religijne Cave uderza w kojącym, lecz niezmiennie smutnym Distant Sky, gdy żałośnie wyznając „They told us our dreams would outlive us / They told us our gods would outlive us / But they lied” boleśnie komentuje przeżytą stratę najwyższej wagi, ale i uderza w nietzscheańskie tony boskiego negatywizmu. Kwestie wiary i Boga zawsze należały do głównych muz twórczości Australijczyka, lecz teraz – w obliczu śmierci najbliższej osoby – Cave zdaje się przechylać w stronę religijnej obojętności (jakże tematyka wiary na tej płycie leży daleko od swawolnych amerykańskich przygód zmartwychwstałego Łazarza dwa albumy temu!). W ciężkim Magneto muzyk obnaża się wspominając burzę uczuć, która targała nim tuż po śmierci Arthura, umiejscawiając ją wśród odniesień do moralnego rynsztoka swoich czasów narkomańskich. Finałowy utwór tytułowy przynosi podmiotowi lirycznemu swoisty katharsis, gdy godzi się on z tym, że nawet pomimo największej tragedii, życie wciąż toczy się dalej. „And it’s alright now”, ale tak naprawdę nie, bo choć wszystko się sypie, a nic nie jest dane za darmo, to jednak trzeba trwać pomimo nieprzychylności losu.

Muzycznie, Skeleton Tree kontynuuje ścieżkę obraną na Push the Sky Away. Utwory na płycie skupiają się na elektronicznej palecie barw Warrena Ellisa, który wykorzystuje ją do malowania urokliwych, lecz niespokojnych pejzaży. Wpasowując się w klimat liryczny piosenek, aranżacje na albumie są intymne i osobiste, zanurzone w mrocznym i dusznym pięknie z misternie utkanymi akcentami melodyjnymi, będącymi promieniami nadziei na tym ciężkim emocjonalnie albumie. Push the Sky Away był materiałem pozytywnym – pięknym i refleksyjnym, lecz momentami zaskakująco beztroskim. Skeleton Tree odrzuca radosne aspekty tamtego grania i obiera kurs brzmieniowy na minimalizm, wystawiając na pierwszy plan narrację wokalisty. Choć momentami ów minimalizm przybiera niemal ascetyczne formy i zahacza o rejony ambientowe, to jednak potrafi być zabójczo skuteczny w wywieraniu największych wrażeń minimalnymi środkami, jak w prześlicznej (choć który utwór tu nie jest prześliczny?) balladzie Girl in Amber, która opierając się na subtelnie wykorzystanym instrumentarium z dodatkiem dość upiornego chórku, mogłaby ubiegać się o tytuł najsmutniejszego utworu roku nawet bez tekstu i przejmującego śpiewu wokalisty.

Cave powiedział, że ludzie będą postrzegać ten album jako płytę o śmierci jego syna nawet pomimo iż znaczna jej część powstała jeszcze zanim tamto zdarzenie miało miejsce. Choć może to zabrzmieć strasznie, ów fakt nie przynosi ujmy materiałowi, a wręcz wzbogaca go. Cave w muzyce rozrywkowej jest mistrzem narracji fikcyjnej, ale Skeleton Tree jest zupełnie innym przeżyciem w dyskografii mistrza: to muzyczna kapsuła czasu, która zamknęła w ośmiu piosenkach faktyczny ból i smutek, które w trakcie powstawania przepełniały serce autora. Im bardziej człowiek zagłębia się w ten album, tym słuchanie go jest boleśniejsze. Owszem, Skeleton Tree oferuje dużo więcej znaczeń, ale odbieranie go we wspomniany sposób wcale nie spłyca jego odbioru, lecz paradoksalnie go pogłębia, bo nadaje mu emocjonalnej szczerości, dzięki której piosenki Cave’a nie są już tylko opowieściami o zagubionych duszach fikcyjnych postaci, ale refleksami duszy samego artysty.

Intymna, niepokojąco piękna i boleśnie ludzka płyta.

Ocena: 10/10   /JJ

Advertisements

One thought on “NICK CAVE & THE BAD SEEDS

  1. Pingback: PODSUMOWANIE 2016 – PŁYTY | SIDEMAINSTREAM

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s