WHITE LIES

friends

White Lies

Friends

Zawsze uważałem White Lies za przyrodnich młodszych kuzynów Editors. Editors debiutowali w świetnym okresie dla kapel indie (2005) i zachwycili krytyków i słuchaczy mrocznym, choć żywiołowym podejściem do indie rocka o mocnych inspiracjach Interpol i Joy Division. Gdy po czterech latach odstawili gitary do garażu, by zanurzyć się w aranżacjach syntezatorowych, White Lies podwędzili te gitary i nagrali swoją płytę będącą niejako ich wariacją „editorskiego” mrocznego indie, choć bardziej zorientowaną na młodzieżowe gusta. Gdy w 2013 Editors wrócili do rockowych klimatów, ich brzmieniu brakowało świeżości. White Lies tego samego lata nagrali swój trzeci longplej*, na którym również sprawiali wrażenie powoli wypalających się artystycznie. W zeszłym roku Editors wrócili do eksperymentów z gitarowo-syntezatorowymi dźwiękami rodem z lat osiemdziesiątych, a White Lies postanowili znów zainspirować się działaniami swoich starszych kuzynów, i także na potrzeby swojego nowego longpleja zaczerpnęli z brzmień sprzed trzech dekad, choć po raz kolejny obrali ścieżkę bardziej młodzieżową.

Editors lansują mroczną i nastrojową elektronikę z okolic Depeche Mode i Vangelisa, zaś White Lies wybrali dźwięki skoczne i radosne, ewidentnie inspirując się synth popem spod znaku OMD, A-Ha i Ultravox. Inspiracje te są tak odczuwalne, że nietrudno sobie wyobrazić Hold Back Your Love w niezmienionej formie jako dodatkowy utwór na ostatniej płycie English Electric OMD, a otwierający Friends sympatyczny potencjalny hit Take It Out On Me mógłby stać obok Dresden wspomnianego duetu na składance pod tytułem „XXI WIEK POZDRAWIA LATA OSIEMDZIESIĄTE”. Takich retro brzmień jest tu więcej: Morning in LA napędza riff do złudzenia przypominający One Way or Another Blondie, zaś posągowa Don’t Want to Feel It All brzmi nie tyle jak cover zapomnianej piosenki sprzed trzydziestu lat, co jak hołd złożony balladom z tamtej dekady. Friends nie sprawia wrażenia kompleksowego doświadczenia albumowego, to raczej zestaw luźno powiązanych ze sobą sympatycznych piosenek, które nie szukającemu wymagającej muzyki słuchaczowi mogą dać odrobinę przyjemnej zabawy. Te utwory zdecydowanie nikomu nie zaprzątną głowy, ani nie przejmą go emocjonalnie. Taki lekki letni eskapizm, czyli zupełne przeciwieństwo In Dream Editors. 

Friends powstawał w czasie, gdy White Lies nie byli związani z żadną wytwórnią, mieli więc wolność w podejmowaniu decyzji odnośnie tego jak chcą brzmieć. A, jak zapewne odczytaliście z powyższego opisu, brzmią inaczej niż dotychczas. Brakuje emocjonalnego zaangażowania i ambicji znanych z Farewell to the FairgroundTo Lose My Life czy There Goes Our Love Again, za to większość piosenek jest rozczarowująco błaha. Pomimo iż generalnie nie mam nic przeciwko syntezatorowemu eskapizmowi w muzyce pop, Friends to ewidentnie wynik kryzysu artystycznego angielskiego tria. To materiał, który tylko powierzchownie wynika z dotychczasowej ścieżki brzmieniowej grupy, i który nie zmierza w żadnym określonym kierunku (ciężko mi sobie wyobrazić, aby następna płyta White Lies brzmiała tak samo). O tekstach nawet nie będę się rozpisywał, bo nie ma o czym – White Lies nigdy byli lirycznymi mistrzami, ale teksty na tej płycie należą do ich najsłabszych. Chłopakom zdecydowanie przydałaby się więc twarda ręka wskazująca właściwą drogę, i może jakaś magiczna producencka różdżka dla urozmaicenia brzmienia. Piosenki na Friends nie są bardzo złe (a przynajmniej nie wszystkie), ale spodobają się głównie słuchaczom ślepo zakochanym w syntezatorowym plumkaniu, albo oddanym bez reszty barwie niezmiennie rozmarzonego głosu Harry’ego McVeigh. Reszta odbiorców odniesie wrażenie, że może udałoby się więcej wycisnąć z tego materiału, gdyby oddano go w ręce kogoś ze świeżym spojrzeniem na muzykę grupy.

Znów więc White Lies zmałpowali Editors! W recenzji In Dream zarzuciłem kapeli Toma Smitha, że rozmieniają swój potencjał na drobne niepotrzebnymi eksperymentami, przez co ich płyty częściej zawodzą niż czarują. Sprawa z Friends wygląda podobnie, tylko gorzej. White Lies – nie tylko młodsi, ale i gorsi kuzyni Editors?…

Ocena: 4/10   /JJ

*Nasza łączona recenzja tamtych albumów tutaj. 

Reklamy

One thought on “WHITE LIES

  1. Pingback: PODSUMOWANIE 2016 – PŁYTY | SIDEMAINSTREAM

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s