KAISER CHIEFS

staytogether

Kaiser Chiefs

Stay Together

Jezusie świebodziński, co to za dziwna płyta… Niby nie powinno mnie to dziwić, bo Kaiser Chiefs to zespół o nietypowej historii, który przyzwyczaił swoich fanów do tego, że życie rzadko kiedy jest przewidywalne. Początki grupy sięgają czasów licealnych, gdy chłopaki założyli kumpelską kapelę Parva (wcześniej Runston Parva, wybitnie niemedialna nazwa), która później umarła śmiercią naturalną, gdy wytwórnia zwolniła ją po nagraniu jednej płyty. Artystycznie bezdomni, muzycy przemianowali się na Kaiser Chiefs i wkrótce znaleźli kolejnego wydawcę, a nagrany pod jego skrzydłami album Employment momentalnie zgarnął bardzo pozytywne recenzje krytyków, którzy upatrywali w zespole z Leeds następców Blur. Wkrótce Kaiser Chiefs wydali drugi krążek, na którym umieścili swój pierwszy wielki przebój (niesławny Ruby), a ten – oprócz dania chłopakom wielkiej, choć piętnastominutowej sławy – podzielił krytyków, zaś rockowych fanów zespołu wymienił na słuchaczy popowych. Gdy ci odkryli, że kaiserzy jednak nie są zespołem komercyjnym, odeszli, a grupa została dosłownie z niczym – bez fanów i poparcia krytyków, szczególnie po klapie ich następnej płyty. Kolejny krok w historii zespołu był bardzo oryginalny: na potrzeby czwartego krążka, Anglicy dali fanom możliwość wybrania piosenek i kolejności ich umieszczenia w zestawie, a nawet decyzję wskazania okładki towarzyszącej wydaniu, więc każdy mógł mieć swój wyjątkowy egzemplarz płyty. Niestety, The Future Is Medieval (a po roku jego poprawiona wersja, Start the Revolution Without Me) okazała się kolejną porażką. Mniej więcej w tym czasie zespołowi przypadł w udziale niewątpliwy zaszczyt wystąpienia podczas ceremonii zamknięcia Igrzysk Olimpijskich 2012, gdzie zagrali… nie swoją piosenkę. W 2014 powrócili z piątym albumem, który znów nie porwał tłumów. Brzmienie grupy było wówczas inne od tego, które pamiętano z czasów Employment – stało się poważniejsze, bardziej eksperymentalne i cięższe, wyzbyte przebojowości i lekkości wczesnych nagrań, które dekadę wcześniej wylansowały Kaiser Chiefs na gwiazdy. W kontekście diabelskiego młyna kariery grupy, nie powinna dziwić kolejna zmiana w twórczości zespołu, który teraz postanowił grać… skoczne disco. Nie powinna, a jednak dziwi. Choć z drugiej strony, czy aby na pewno?…

W ostatnich latach byliśmy świadkami kilku dużych muzycznych przemian, żeby wspomnieć chociażby kolegów kaiserów z nurtu anti-cool, Bloc Party, którzy z indie rockowych intelektualistów przekształcili się w nakręconych narkotykami klubowiczów. Tamta przemiana była jednak efektem długotrwałego romansu lidera grupy z elektronicznymi brzmieniami, a tutaj mamy do czynienia z uderzeniem pioruna i zmianą estetyki właściwie z dnia na dzień. W sumie to fajna sytuacja, bo widać, że muzycy zauważyli, iż na ostatnich płytach byli zwyczajnie nudni i nie oferowali nic interesującego, więc nadszedł czas na nowe. Na Stay Together dzieje się więc dużo. Nietypowo jest już od początku: wystawiony na start najlepszy w zestawie We Stay Together można omyłkowo pomylić z twórczością Davida Bowie, szczególnie z jego „skocznego” okresu Let’s Dance. Następujący po nim radosny Hole In My Soul to słoneczny pop rodem z radia ESKA przypominający późne piosenki Sugababes (!), czysto dyskotekowy Parachute daje pojęcie jak mogłaby brzmieć współpraca Chrisa Martina z Calvinem Harrisem, skoczny Happen In a Heartbeat brzmi jak cover Kylie Minogue, a Press Rewind przywodzi skojarzenia z Pet Shop Boys. Zamykacz Still Waiting to pozbawione natchnienia i niezwykle wyblakłe indie disco, zaś dziwacznego, piskliwego High Society nie można traktować inaczej niż w kategoriach żartu. Kiedy zaś panowie łapią za gitary, nasze uszy atakuje niezrozumiale nerwowy Why do You Do It To Me?, który zupełnie psuje nastrój poprzedzającego go przyjemnie bujającego Good Clean Fun o rześko lekkim refrenie „Why you so sad / Sex makes everything better”. Zaprawdę dużo tu się dzieje, a wręcz zdecydowanie zbyt dużo.

Stay Together to straszny miszmasz piosenek nie tylko nie mających nic wspólnego z dotychczasowym brzmieniem grupy, ale też – co jest dużo poważniejszym problemem – niekonsekwentny i niedopracowany, a jednocześnie przekombinowany dramatycznie i aranżacyjnie. Rozumiem założenia tego albumu i pochwalam je: Kaiser Chiefs chcieli rozgonić chmury powagi swoich poprzednich (poważnych) albumów dobrze się bawiąc i oferując słuchaczom radosne efekty tej dobrej zabawy. Tu trochę disco, tam echa EDM, a wszędzie pop. Takie piosenkowe konfetti, zupełnie jak na okładce płyty. Nie mam nic przeciwko takim zabiegom, jeśli są dobrze przemyślane i sprawnie wykonane. Niestety, eksperyment pod tytułem Stay Together to klapa. Kaiser Chiefs przesadzili starając się brzmieć fajnie, przez co nie są przekonujący w żadnym ze swoich imprezowych kostiumów, a do tego przestali brzmieć jak Kaiser Chiefs. Dzieje się tu za dużo jednocześnie, a ścieżka, którą podąża album, nie jest wystarczająco klarownie zaznaczone – chwilami rozbrzmiewają momenty bardzo radosne, po których przychodzą chwile prawie-poważne, zrelaksowane, znowu radosne, ponownie spokojniejsze… A większość stanów emocjonalnych, w których zdają się tkwić te piosenki, nie wydaje mi się przekonująco szczera, szczególnie gdy jeden stoi w totalnym kontraście do drugiego. We Stay Together to utwór balansujący pomiędzy chłodnym dystansem (a’la Bowie) i bojową nerwowością, jakby muzycy chcieli się siłować ze światem, choć jednocześnie obnosili się swoją dumą. Dlaczego więc kolejny w zestawie Hole In My Soul brzmi jak hit na siłę od bandy komercyjnych wymoczków? Niedawno wytknąłem Warpaint, że na swojej nowej płycie nie są kompletnie przekonujące w swoich nowych popowych ciuszkach, ale Heads Up jednak mógłby uczyć Stay Together skutecznej transformacji. Nic na tym albumie nie ma oznak lekkości i spontaniczności post-britpopowych Everyday I Love You Less and LessI Predict a Riot, które są wyznacznikami kaiserowej mocy imprezowej. Ta płyta to materiał boleśnie wymuszony, aranżacyjnie sprzeczny i dramatycznie skonfundowany (jak i konfundujący). To nie jest brzmienie Kaiser Chiefs starających się wrócić do swoich lekkich korzeni, to raczej Kaiser Chiefs przechodzący kryzys artystyczny w przededniu kryzysu wieku średniego (Ricky Wilson ma już prawie 40 lat!), więc próbujący odzyskać nieco rozgłosu z przeszłości, gdy przez chwilę cieszyli się opinią najbardziej żywiołowego zespołu koncertowego na Wyspach. We wstępie do Press Rewind Wilson oznajmia wszem i wobec „Pop music. This is pop music. We are writing and recording pop music„. Gdyby to faktycznie była piosenka Pet Shop Boys, takie intro byłoby typowym dla siebie autoironicznym żartem Neila Tennanta. Kopiowanie stylu to jedno, ale żeby jeszcze udawać czyjeś poczucie humoru? A jeśli to nie żart, tylko szczere wyznanie, to kogo zespół próbuje przekonać – nas czy siebie samych? Wszystko tu sprawia wrażenie jakby po prostu zbyt mocno starano się brzmieć inaczej… Niestety, pomimo kilka fajnych fragmentów – o We Stay Together Good Clean Fun nigdy nie powiem, że to słabe numery – w zestawie przeważa przeciętność wymieszana z banałem i próbami przebojowości na siłę. Stay Together przypomina mi album Coldplay, ale z mniejszym budżetem i bez ambicji podbicia świata, za to z tą samą niezdarnością nieudolnej przemiany z przyzwoitej kapeli gitarowej w nijaką grupę pop. Kaiser Chiefs koldplejami ubogiego człowieka? Przykre, ale wszystko na to wskazuje. Zagranie pod popową publiczkę? Moim zdaniem tak.

Znalazłem jednak na tej płycie element, który bardzo polubiłem: Ricky’ego Wilsona. Frontman Kaiser Chiefs dawno nie brzmiał tak dobrze. Skutecznie zmieniający style wokalne i udanie podrabiający nie tylko manieryczny chłód Bowiego, ale i specyficzny falset Damona Albarna, wokalista radzi sobie w każdym zadaniu, które przygotował dla niego zespół. Przesadzony dyskotekowy banger? Wilson wyje jak opętany. Leniwy groove Good Clean Fun? Wilson staje się odpowiednio rozmarzony. Potrafi dostroić się emocjonalnie do potrzeb piosenek, a jego urozmaicone wokale w najfajniejszych fragmentach materiału brzmią najlepiej od lat. Słychać, że dobrze się bawi, nawet kiedy słabe piosenki nie zasługują na tak duże zaangażowanie.

Stay Together to album, który z pewnością podzieli fanów Kaiser Chiefs (jeśli grupa jeszcze ma jakichś oddanych fanów…). Wyobrażam sobie, że komuś to skoczne plumkanie przypadnie do gustu, lecz nie wierzę, że na dłużej niż 3 odsłuchania płyty. Moje czepialstwo nie wynika nawet z faktu nie bycia przez Stay Together płytą rockową, co kaiserzy powinni mieć we krwi. Najbardziej boli, że ten album tak naprawdę nie dostarcza zabawy, którą obiecuje. Są tu próby rozweselenia słuchacza i poderwania go do zabawy, ale zostają prędko zmielone przez nierówność i miałkość kompozycji. Na początku napisałem, że to dziwna płyta, ale jednak trochę zmieniam zdanie – to płyta, która za bardzo chce być dziwna, i usilnie stara się wywrzeć takie wrażenie na słuchaczu. Nie daję wiary w szczerość przemiany zaserwowanej na Stay Together, choć należą się chłopakom pochwały za to, że przynajmniej spróbowali czegoś nowego.

Ocena: 4/10   /JJ

Reklamy

One thought on “KAISER CHIEFS

  1. Pingback: PODSUMOWANIE 2016 – PŁYTY | SIDEMAINSTREAM

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s