LEONARD COHEN

cohen

Jadąc na koncert Leonarda Cohena we Wrocławiu w 2008 roku, nie oczekiwałem wielkiego show. Pomimo szacunku, którym darzyłem artystę, spodziewałem się spokojnego występu starszego pana, który niskim głosem odśpiewa swoje ballady i wprawiwszy widzów w nostalgiczny nastrój, odeśle ich do domów w stanie kontemplacji życia przez romantyczne okulary. Moje przeczucia co do formy wydarzenia sprawdziły się: występ Kanadyjczyka był zwyczajnym wykonaniem jego ponadczasowych standardów, wyzbytym fajerwerków i innych atrakcji scenicznych, a zgromadzeni w Hali Stulecia słuchacze w zadumie czerpali sentymentalny romantyzm HallelujahDance Me to the End of LoveSuzanne. Znacznie pomyliłem się jednak uważając, że ten koncert nie zrobi na mnie wielkiego wrażenia. Bynajmniej! Opuściłem Halę w niemałym szoku. Myślałem, że ujrzę melancholijnego, może nieco flegmatycznego staruszka, który na ile pozwoli mu zdrowie spokojnie zaśpiewa kilkanaście piosenek, a zobaczyłem i usłyszałem będącego w znakomitej fizycznej i mentalnej formie mężczyznę, który pomimo budzącego szacunek wieku (prawie siedemdziesiąt pięć lat), po mistrzowsku dyrygował całą salą: muzyką, zespołem, widzami i unoszącym się w powietrzu nastrojem. Zaskakująco żywiołowy i kipiący energią, Cohen brawurowo wykonał piosenki, a w krótkich przerwach pomiędzy nimi nawiązał świetny kontakt z publicznością, wzbudzając salwy śmiechu subtelnymi żartami, zadumę wspomnieniami o swoim koncertowaniu w Polsce za komuny i szacunek opowiadając o historii Wrocławia. Widownia zaś nie śmiała się odezwać niepytana czy nawet kaszlnąć głośniej, nie chcąc zmącić tej atmosfery artystycznej mszy. Siedzący obok mnie postawny mężczyzna płakał jak bóbr gdy usłyszał The Anthem. Całość trwała aż 2,5 godziny (!), które Cohen spędził na stojąco, zupełnie nie okazując oznak zmęczenia, do którego miał prawo z racji wieku. Czas ten zleciał jednak niepostrzeżenie, występ nie dłużył się nawet przez chwilę. To był istny pokaz potęgi artystycznej wrażliwości i muzycznego piękna, cudny deser dla zmysłów i umysłu. Ten „starszy pan”, który „zwyczajnie odśpiewał swoje ballady” zrobił na mnie większe wrażenie niż legendarna flaga Polski podczas koncertu U2 na stadionie w Chorzowie, eksplozje i płomienie na występie Rammstein, czy popisy breakdancerów szalejących gdy The Prodigy zagrali Out of Space.

To był nie tylko pierwszy raz, gdy widziałem i słyszałem Leonarda Cohena na żywo, ale i ostatni. Nie chciałem jednak pojechać na jego następny polski koncert, gdy kilka lat później przyjechał do Warszawy. Nie chciałbym w ogóle wybrać się na jego występ jeszcze raz, i nawet nie jest mi smutno przez to, że już nigdy nie będę miał ku temu okazji. Raz przeżyłem wielkie poetycko-muzyczne święto i mam z tego przeżycia wspaniałe wspomnienia, których nie potrzebuję aktualizować. Nie śmiałbym porównywać tamtego koncertu z kolejnymi, zastanawiać się podczas którego występu wokalista był w lepszej formie, który set miał fajniejszy zestaw utworów, gdzie widownia zachowywała się lepiej… W ogóle nie traktuję tamtego występu jako koncert, raczej jako… duchowe przeżycie, jakkolwiek pretensjonalnie to nie brzmi. Tamten wieczór w Hali Stulecia był doskonały i to mi zdecydowanie wystarczy.

Leonard Cohen zmarł wczoraj, ale świat nie zatrząsł się w posadach w obliczu tak wielkiej straty. Media nie opłakują jego odejścia tak donośnie i rzewnie jak niedawnych śmierci Bowiego i Prince’a. Polska telewizja skupiona była na obchodach święta jedenastego listopada i meczu piłkarskim reprezentacji narodowej, a na fejsbuku nieporównywalnie mniej moich znajomych udostępniło Hallelujah niż wcześniej Heroes Purple Rain. Nie uważam jednak, by to była wielka niesprawiedliwość. Ba! – sądzę wręcz, że bardzo dobrze się stało, iż nie przekształcono śmierci barda w popularną sensację. Cohen był bardzo skromnym człowiekiem, stawiającym wartości duchowe wysoko ponad profity sławy. Nie ścigał się z konkurencyjnymi muzykami, nie pisał hitów na potrzeby list sprzedaży, nie domagał się rozgłosu. Odszedł tak, jak żył – jako artysta. Artysta ceniony, wielbiony i chwalony, lecz nie bałwochwalczo, a od serca i z rozumu, w uznaniu intelektualnej i emocjonalnej maestrii jego wierszy i piosenek. I jestem pewien, że jak w przypadku każdy innego wielkiego artysty, twórczość Cohena, choć już teraz doceniana, dopiero pośmiertnie zostanie naprawdę wyniesiona na Olimp sztuki. /JJ

Now the crickets are singing

The vesper bells ringing

The cat’s curled asleep in his chair

I’ll go down to Bill’s Bar

I can make it that far

And I’ll see if my friends are still there

Yes, and here’s to the few

Who forget what you do

And the fewer who don’t even care

And the night comes on

It’s very calm

I want to cross over, I want to go home

But she says, „Go back, go back to the world”

Reklamy

One thought on “LEONARD COHEN

  1. Pingback: LEONARD COHEN | SIDEMAINSTREAM

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s