SLEIGH BELLS

sleighbells

Sleigh Bells

Jessica Rabbit

Zanim wyjawię swoje zdanie o Jessica Rabbit, chcę postawić pewną sprawę jasno: lubię Sleigh Bells, ale nie uważam ich za dobry zespół. Lubię ich za bezkompromisowość i odwagę grania dość przypałowej muzyki z autentycznym zacięciem i prawdziwie punkowym natchnieniem, jakby wcale nie wstydzili się swojego mało wyszukanego łamanego plumkania. Nie zamierzam jednak oszukiwać siebie i Was, że Amerykanie to mistrzowie w swoim fachu. Muzyka duetu nie ma tak wielkiego znaczenia, jak zdolność robienia przez nich hałasu. To właśnie hałas, przemoc brzmieniowa i zabawa z obrazem rebelianckiej grupy pop były i wciąż są na pierwszym planie przedstawienia pod tytułem Sleigh Bells. Produkcja, riffy, melodie, konstrukcja piosenek – to wszystko to tylko niektóre z wielu składników budujących imidż kapeli, które nie mają znaczenia pojedynczo. Można ich za to nie lubić, ale trzeba im przyznać, że konsekwentnie i wytrwale trzymają się wykreowanej pod koniec zeszłej dekady wizji. 

2016 miał być dla Sleigh Bells rokiem wyjątkowym. Kilka tygodni temu pojawił się ich czwarty album, Jessica Rabbit. To nie tylko pierwszy longplej po najdłuższej przerwie płytowej w karierze duetu (trzy lata minęły od Bitter Rivals), ale i premierowy materiał dla swojej własnej, nowo powstałej wytwórni Torn Clean. Przytrafiła się więc znakomita okazja na nowe muzyczne rozdanie, jako że mocno przeciętny poprzedni krążek zespołu pokazał, że slejbelsowa sztuczka „cicho-głośno, słodko-szorstko” zużyła się*. I faktycznie, Jessica Rabbit zawiera nowe sztuczki, polegające głównie na poszerzeniu spektrum inspiracji brzmieniowych duetu. Do dobrze znanych z utworów grupy licealnego popu, jazgotliwego rocka i eksperymentalnego hipsterskiego hip-hopu, doszły elementy rave, wstawki ambientowe i szczypta zagrań rodem z lat osiemdziesiątych. Czwarta płyta Sleigh Bells to zestaw żywiołowy, w którym ciągle coś się dzieje – każdy dźwięk prędko ustępuje miejsca kolejnemu zanim zdąży na dobre zapaść w pamięć, a każdy kolejny numer jest jeszcze bardziej hałaśliwy od poprzedniego. Wszystko dzieje się tu tak szybko i nagle, że ciężko skupić się na jednej piosence czy konkretnym fragmencie, bo już trzeba się spieszyć z reakcją na następną porcję jazgotliwego hałasu. Jeśli ostatni album Swans wystawia na próbę cierpliwość słuchaczy, to ten krążek leży na odrębnym biegunie muzyki i jest skrojony pod ludzi cierpiących na ADHD.

Ciężko się zatem nudzić słuchając Jessica Rabbit. Czy to zaleta? Moim zdaniem… wyjątkowo nie. Próbowaliście kiedyś bawić się mikserem wrzucając do niego wszystko, co znaleźliście w lodówce, aby sprawdzić, co za papka powstanie? Otóż nowy album Sleigh Bells to własnie taki muzyczny odpowiednik nieokreślonej zmiksowanej papki. Zapomnijcie o piosenkach, zwrotkach, refrenach i jakimkolwiek budowaniu napięcia, bowiem Jessica Rabbit to miszmasz, jakiego jeszcze nie słyszeliście. Ciężko właściwie to opisać, bo te czternaście numerów to nawet nie piosenki, tylko pomysły na utwory sklejone bez ładu i składu, które starają się podążać w kilku kierunkach stylistycznych jednocześnie. Najłatwiej to konfundujące wrażenie zrozumieć słuchając płyty, odpalcie więc zalinkowany poniżej singiel It’s Just Us Now, posłuchajcie przejścia w 1:07 i dopiero wtedy przeczytajcie kolejne zdanie.

Już?

No to teraz wyobraźcie sobie, że cały album jest zbudowany na tej zasadzie. Żadnego sensownego przejścia, brak logicznego budowania napięcia, zero przemyślanej dramaturgii – po prostu jeden segment piosenki kończy się, a ułamek sekundy później zaczyna się kolejny. Finalny As If brzmi jak trzy numery brutalnie zmiksowane w jeden i sprawia wrażenie jakby Sleigh Bells chcieli przestawić się na breakcore, choć nie mają do tego talentu. Lightning Turns Sawdust Gold to slejbelsowy elektro-punk-pop w formie ekstremalnej, przypominający reklamę Coca-Coli w obróbce nieletniego domorosłego didżeja. W podobne tony uderza Crucible, który zakrawa o autoparodię atakując piosenkę w stylu drugiej płyty Charli XCX mocą producenckich udziwnień, a totalnie zanurza się w niezrozumiałej dla mnie obciachowości nagle wprowadzając gitarę akustyczną i plumkanie niczym z trzydziestoletniej gry wideo rodem z konsoli Super Nintendo. Thrown Me Down The Stairs miesza fragmenty szybkie z wolnymi zupełnie bez ładu i składu, podobnie jak koszmarnie pokiereszowana ballada I Know Not to Count On You. Z tej całej menażerii złych i nieporadnie wykonanych pomysłów najlepiej daje radę I Can Only Stare, który charakterystyczne brzmienie duetu wzbogaca o smaczki z lat osiemdziesiątych (gitara i klawisze a’la The Cure). Powinienem napisać „Nie słuchajcie tego!”, ale ciężko opisać co tu się dzieje, więc faktycznie w tym przypadku powinniście posłuchać Jessica Rabbit aby zrozumieć czego nie potrafię wystarczająco dobrze wyjaśnić.

Sprawy nie ratuje absolutnie paskudna produkcja. Choć ciężko muzykę Sleigh Bells brać na serio, ktoś jednak postanowił, że Jessica Rabbit będzie materiałem jak najbardziej poważnym. Może w tym całym bajzlu hałasów i negatywnych emocji (teksty sprowadzają się do katastroficznych opisów walki, emocjonalnych konfliktów i innych życiowych trudności) tkwi jakiś mroczny żart, a Alexis Krauss i Derekowi Millerowi wcale nie brakuje poczucia humoru, ale czwarta płyta duetu usilnie stara się to ukryć. Gitarowych riffów (które chwilami brzmią jak rozmazane wiertarki albo szum zepsutego starego telewizora) i szaleńczych uderzeń automatów perkusyjnych jest tu mnóstwo i jeszcze więcej (aż tworzą kakofonię uderzeń i szumu), Krauss jest w ewidentnie bojowej formie wokalnej, a cała muzyka przepełniona jest nieokreśloną złością. Nie jest to jednak złość w zdrowym punkowo-metalowym stylu – to raczej gniew nastolatka złego na świat, bo poważne powody. Jessica Rabbit to materiał, któremu przydałaby się obróbka przez kogoś potrafiącego ogarnąć aranżacyjną sraczkę i kompozycyjny chaos, aby z tych piosenek wyciągnąć coś sensownego.Tej płyty ani nie słucha się przyjemnie, ani nawet z zainteresowaniem, bo brakuje tu napięcia i zamysłu innego niż „pokażmy jacy jesteśmy odważni i popsujmy wszystko naumyślnie”. Jessica Rabbit brzmi jak dzieło nastoletniego fana wczesnej twórczości Skrilleksa, którego starszy brat słucha Atari Teenage Riot, a siostra lubi pop dla cheerleaderek, więc młody postanowił grać muzykę, która zwiąże rodzeństwo równie mocno jak narkotyki, które biorą wspólnie przy śniadaniu.

Nie ukrywam, że nie do końca rozumiem tę płytę i pozytywne reakcje, które wywołała u krytyków (portal Metacritic wykazuje średnią 72/100 z dwudziestu dwóch recenzji w prasie zachodniej, i tylko jedna z nich jest krytyczna). Jasne, łapię klimat buntowniczego punkowego „zrób to sam” i słyszę chęć stworzenia muzyki poprzez dekonstrukcję. Wiem, że to płyta złożona z utworów, które mają nie brzmieć jak tradycyjne piosenki, aby zamanifestować buńczuczny charakter Krauss i Millera. A w każdym razie tak sobie tłumaczę zamysł stojący za Jessica Rabbit, bo moja druga interpretacja jest dużo mniej przychylna: Sleigh Bells nagrali mnóstwo materiału, po czym poszli na imprezę z Crystal Castles, nawalili się i naćpali, wrócili do studia i w kilka godzin poszatkowali materiał i skleili go na chybił-trafił, zgodnie ze wskazówkami od pary producenckiej Kokaina i Whisky. I nawet pomimo iż zdaje mi się, że rozumiem dlaczego ta płyta tak brzmi, to jednak nie jestem w stanie tego brzmienia pochwalić. Jest ono zbyt koślawe, niezdarne, grubo ciosane i nachalne, a przekaz zbyt pretensjonalny, żebym uwierzył – jak stwierdził szanowany przeze mnie krytyk Anthony Fantano z vloga The Needle Drop – że ten album to dowód na dojrzałość artystyczną Sleigh Bells. Owszem, jest to płyta odważniejsza od poprzednich krążków duetu, ale w tym wypadku samej gołej odwagi nie pochwalę. Jessica Rabbit nie przyniosła mi przyjemność i rozrywki, lecz rozczarowanie, dużo bólu i dołującą świadomość, że Sleigh Bells zmarnowali pomysł, który można było wykorzystać dużo lepiej, gdyby nie zachowano się jak dziecko, które rozrzuca po podłodze klocki drewniane, po czym krzykiem przekonuje rodziców i siebie, że to miasto. Wierzę – a może raczej bardzo chcę wierzyć – że Krauss i Miller następnym razem znajdą złoty środek pomiędzy kulturą DIY i producenckim opanowaniem, i dostarczą materiał, który będzie anarchistycznie rewolucyjny bez wszechobecnej szczeniackiej chaotyczności.

Poniższą ocenę wystawiam z autentycznym bólem serca.

Ocena: 3/10   /JJ

*A jednak Kacprowi tamta płyta przypadła do gustu…

Reklamy

One thought on “SLEIGH BELLS

  1. Pingback: PODSUMOWANIE 2016 – PŁYTY | SIDEMAINSTREAM

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s