ROBBIE WILLIAMS

robbie

Robbie Williams

The Heavy Entertainment Show

Ciekawostka: longplej Robbiego Williamsa był pierwszym albumem, który sam sobie kupiłem. Miałem wtedy 14 lat, byłem w Anglii na wyciecze, a radio i telewizja katowały w kółko KidsRock DJ. Dałem się ponieść komercyjnej fali i wydałem 12 funtów (DWANAŚCIE FUNTÓW) z 50, które miałem w kieszeni, na kasetę Sing When You’re Winning. Nie miałem wyrzutów sumienia, bo to był fajny materiał pełen niezłych hitów nagranych przez wielkiego gwiazdora w kwiecie formy. Niestety, jako że nie miałem pojęcia ile warte są nośniki muzyczne, dopiero po latach doszło do mnie, że WYDAŁEM DWANAŚCIE FUNTÓW NA KASETĘ.

Ów szczyt popularności Robbiego miał miejsce półtorej dekady temu, a półtorej dekady to w muzyce pop mniej więcej tyle, co dwa stulecia. Dziś Williams to już bardziej Pan Robert niż Robbie, a komercyjnym popem trzęsą osoby, które w czasach Sing When You’re Winning razem ze mną kupowały kasety Anglika. W czasach Taylor Swift i Zayna Malika, Robbie Williams jest weteranem, który raczej okupuje własną niszę pełną głównie swoich fanów z przeszłości, niż rozpala serca i umysły nastolatków. A rozpalanie to szło mu kiedyś całkiem nieźle, bo wspominając jak i dlaczego Robbie zdobył swoją sławę, widać dużą różnicę pomiędzy nim, a np. wspomnianymi Taylor i Zaynem. Williams to uosobienie charyzmy i kopalnia niezłego humoru. Podczas gdy większość gwiazd pop stara się być śmiertelnie poważnymi, Robbie wybiera ścieżkę żartu i dystansu do samego siebie. Lady Gaga próbuje przekonać wszystkich, że tworzy sztukę wysokich lotów, a Robbie Williams doskonale wie, że g*wno prawda, bo ich fuchą jest rozrywka, a czystą rozrywkę dostarcza się bawiąc ludzi, nie zarzucając ich pretensjonalnymi refleksjami.

Z tego właśnie powodu autentycznie szczerze uśmiechnąłem się odpaliwszy The Heavy Entertainment Show. Kawałek otwierający to kwintesencja rozkosznej popowej williamsowości. W przesadnie napompowanym utworze o wybuchowym refrenie (chór i trąbki!) i potężnej dozie świadomej autoironii, Robbie humorystycznie przechwala się jakim to jest fantastycznym gwiazdorem (ostatnim tego typu, jaki ostał się na Ziemi), a zaczynający się show to najwspanialsza impreza, z jaką słuchacze mieli do czynienia. Komediowy Party Like a Russian to jeden z najbardziej sarkastycznych żartów politycznych w komercyjnym popie na przestrzeni ostatnich lat, o niebanalnym bicie i zaskakująco zgrabnym flow wokalisty. Wybuchowy Motherfucker to mocno przewrotna stadionowa power ballada napisana dla syna Robbiego, w której Williams opisuje swoją miłość i oddanie do chłopca w kontekście dysfunkcyjności swojej rodziny i przy akompaniamencie hałaśliwych gitar (bombowo nośny refren!). W swoich najlepszych fragmentach The Heavy Entertainment Show przypomina jak utalentowanym entertainerem (chyba nie ma dobrego polskiego odpowiednika tego słowa?) jest Robbie – mocny, charakterystyczny wokal, znakomite wyczucie sceniczne, humor humor humor i charyzma charyzma charyzma.

Niestety, słabsze fragmenty tej płyty przypominają też o bolączkach Williamsa, a tych są trzy. Po pierwsze, Robbie Williams nie jest czystej krwi artystą. Sam od lat podkreśla, że bycie entertainerem to jego główne zadanie, a role autora i wykonawcy piosenek są mniej ważne niż dawanie ludziom rozrywki. Dlatego też kariera Anglika podporządkowana jest popowej zabawie, nie tworzeniu sztuki. Gdy w nietypowo ambitnym Hotel Crazy Robbie łączy siły z Rufusem Wainwrightem (skąd on tu się wziął? Robbiemu nie jest wstyd, że wypada tak blado przy dużo bardziej utalentowanym koledze? Oni w ogóle są kolegami?) aby nagrać duszną alt-soulową balladę o zabójczo melodyjnym refrenie, odnoszę wrażenie, że słucham kawałka z zupełnie innej płyty. Kawałka fajnego, ale totalnie nie pasującego do reszty. Skoro więc Robbie potrafi nagrać stylowy i nienachalny utwór, to czy nie mógłby zmajstrować całego krążka w takich klimatach? Tym bardziej, że drugi zarzut: Robbie Williamsa ma zwyczajnie zły gust. Gość ma fajne poczucie humoru, ale zbyt często nagrywa po prostu kiepskie utwory. Boleśnie młodzieżowy Mixed Signals i banalnie disneyowy Love My Life to mocni kandydaci do tytułu najbardziej rozczarowującej piosenki 2016. Oklepane melodie, nudne aranżacje i wszechogarniający komercyjny kicz. Albo gorzka i rzewna ballada David’s Song, brzmiąca jak każda ballada w historii ludzkości. Gwarantuję, że w 10 minut po wysłuchaniu nie będziecie w stanie zanucić jej. Podobnie jak opisany przeze mnie niedawno Joanne, tak i ten album momentami sprawia wrażenie jakby sklejono go z owoców dwóch sesji nagraniowych – udanej, pełnej fajnych pomysłów i napakowanej energią, oraz totalnie pozbawionej inspiracji i chęci do muzykowania, w której powstały piosenki napisane w pół godziny. 

I w końcu mój trzeci zarzut wobec Robbiego, który tak bardzo boleśnie słychać na tej płycie, i który obniżył moją ocenę krążka o jedno oczko. Robbie ma ponad 40 lat, a od prawie dwudziestu nagrywa solowe płyty, których ma na koncie już jedenaście (licząc tylko studyjne). Pomimo niewątpliwie dużego doświadczenia rynkowego i scenicznego, Williams nie wykreował własnego stylu. Justin Timberlake ma swoje charakterystyczne brzmienie, podobnie jak Beyonce i nawet Adele, a wszyscy oni debiutowali po Angliku. Robbie ma charakterystyczny głos i humor, ale nie styl muzyczny. The Heave Entertainment Show to stylistyczne puzzle: Motherfucker brzmi jak Oasis (!), Bruce Lee jak Primal Scream (!!), utwór tytułowy to orkiestralny show, Sensitive unosi się pomiędzy Pet Shop Boys i Timberlake’iem, styl Hotel Crazy to zasługa bardziej Rufusa niż Robbiego… Nie uważam, że to zamierzony chwyt mający na celu pokazanie eklektyczności wokalisty, bo podobnie nieokreślone są prawie wszystkie longpleje Williamsa, ale dopiero teraz, w kontekście doświadczenia Anglika, zaczynam odczuwać to boleśnie. Najbliżej do koncepcji „brzmienia Robbiego” jest chyba Love My Life, bo takie obciachowe songi trafiały się na prawie każdej jego płycie. 

The Heavy Entertainment Show to zestaw mieszany. Fajne piosenki krzyżują się z niefajnymi, ciekawe pomysły z nudnymi, a piosenki podporządkowane niezłym żartom biją się o miejsce z numerami oklepanymi i wymęczonymi. Robbie jest entertainerem i ten entertainment dostarcza, ale zbyt często wartość ów rozrywki jest dla mnie dyskusyjna. Cieszę się, że Robbie po tylu latach na scenie nie spoczął na laurach i wciąż stara się nas zabawiać, lecz trochę wątpię w rzeczywistą wartość rozrywki, którą dostarcza. Zdecydowanie nie wydałbym na tę kasetę dwunastu funtów, nawet pomimo iż zapewniła mi kilka chwil niezłego entertainmentu.

Ocena: 5/10   /JJ

Reklamy

3 thoughts on “ROBBIE WILLIAMS

  1. Niestety muszę powiedzieć że tą płytą Robbie mnie rozczarował. Zdecydowanie bardziej podobała mi się poprzednia. Najlepsza jego płyta według mnie to Escapology. Jedyna płyta która rozwala mnie od początku do końca. Bardzo bardzo ją lubię. No i uwielbiam jego swingowe covery czyli ta wspomniana przez Ciebie Sing when You re winning. Koncert z Royal Albert Hall był jednym z najpiękniejszych jakie miał. Byłam też na ostatnim koncercie w Krakowie i byłam zachwycona. Szkoda że ta nowa płyta jest taka nie dla mnie znowu.

    • „Sing When You’re Winning” akurat była płytą pop z m.in. „Kids” i „Let Love Be Your Energy” w zestawie. Swingująca była kolejna, bardzo podobnie zatytułowana „Swing When You’re Winning” ;-)

      Do Robbiego mamy wielki sentyment, choć ewidentnie czuć okres lepszy i słabszy w jego karierze. Lepszy to czasy do „Escapology”, kiedy kawałki pisał mu Guy Chambers, a gorszy to wszystko później do „Take the Crown”, gdy Chambers panowie znowu się spiknęli :-P

      W ramach ciekawostki mogę powiedzieć, że milcząca druga osoba w naszym zespole akurat bardzo polubiła tę nową płytę. Mnie ona jakoś bardzo nie przeszkadza i niby mógłbym dać niezłą szóstkę, ale irytuje mnie, że facet z tak długim CV wciąż nie ma swojego stylu i brzmi jakby za bardzo się starał…

  2. Pingback: PODSUMOWANIE 2016 – PŁYTY | SIDEMAINSTREAM

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s