SOLANGE, FRANK OCEAN, BON IVER, CHILDISH GAMBINO

solange

Solange

A Seat at the Table

Przyznaję się do grzechu, Drodzy Czytelnicy. Zgrzeszyłem ignorancją i zaniedbaniem. Aż wstyd się przyznać, ale nigdy nie interesowałem się karierą Solange Knowles, ponieważ zwyczajnie ją zignorowałem i nie wykazałem zaciekawienia tym, co za muzyka mnie omija. Beyonce zawsze miała dryg do gwiazdorstwa, czy to w Destiny’s Child, czy solowo, więc gdy usłyszałem, że jej młodsza siostra pracuje na swoje własne imię, skrzywdziłem Solange przyklejając jej łatkę „ta druga Knowles”. Wszystko zmieniło się o 180 stopni gdy usłyszałem w tym roku trzeci longplej wokalistki, A Seat at the Table – płytę absolutnie znakomitą. Nie jest to killer natychmiastowy, bo ten rozłożony na aż 21 utworów i skitów zestaw wymaga nieco cierpliwości i czasu, by uwieść słuchacza swoim czarem. Gdy jednak już to się stanie, uciec spod uroku Solange nie jest łatwo. A Seat at the Table to album ze ślicznie wyprodukowanymi, cudnie zaaranżowanymi i bardzo ładnie wykonanymi piosenkami w klimatach R&B i soul, utrzymanych w klimatach tradycyjnych brzmień spod znaku Eryki Badu i Sade pomieszanych z nowoczesnym podejściem a’la SBTRKT bądź Jessie Ware. Piękne piosenki to jednak nie wszystko, bo ta płyta to potężny dynamit społeczno-polityczny. Solange bez kompleksów celebruje kulturę i politykę afroamerykańską, malując swoim piosenkom wyraźne tło rasowe (w pewnym sensie ten album to tegoroczny To Pimp a Butterfly). Potężna perełka.

Ocena: 9/10   /JJ

 

ocean

Frank Ocean

Blonde

… tudzież Blond, zależy z którego źródła słuchacie. 2016 był wielkim rokiem dla czarnego anty-establishmentu. Chance the Rapper mocarnie przebił się do mainstreamu swoim trzecim darmowym mikstejpem, Kanye West pokazał środkowy palec wytwórniom nie dając im zarobić na swojej nowej płycie, a decyzja Franka Ocean o udostępnieniu swojego drugiego krążka tylko w internecie doprowadziła wytwórnię Universal do decyzji o zakazaniu swoim artystom ekskluzywnych umów z platformami streamującymi. Moje zdanie o Coloring BookThe Life of Pablo już znacie (a jak nie pamiętacie, to poszukajcie), ale co myślę o trzeciej z tych płyt? Ku nieoczekiwanemu rozczarowaniu, moje pierwsze podejście do Blonde nie było pozytywne. Zważywszy na hajp wokół i oczekiwania wobec tej płyty, spodziewałem się materiału kosmicznego, a dostałem krążek zaskakująco wyciszony i stonowany, momentami minimalistyczny. Brzmienie Blonde jest bogate, ale to bogactwo ukryte jest pod pokładami oszczędnej produkcji, zupełnie jakby Ocean chciał dopasować klimat tej muzyki do swojego wycofania z mainstreamu. Zresztą wszystko wokół tego albumu jest enigmatyczne: jego nagła premiera po kilku latach niejasnych zapowiedzi, dziwny sposób promocji (w dzień wydania w USA pojawiło się kilka improwizowanych sklepów, w których można było zdobyć krążek na płycie i… okolicznościowy magazyn, w którym opisany jest kontekst ideologiczny i twórczy Blonde), nieobecność fizycznego nośnika w powszechnej dystrybucji i różnice w formatach sieciowych (dwa różne tytuły), brak konkretnej listy współautorów płyty (znajdziecie podpowiedzi co do tego, kto i jak brał udział w produkcji tego albumu, jeśli poszperacie w internecie)… Istny Longplej Pandory. I choć z początku czułem znudzenie Blonde, to cierpliwe wałkowanie albumu przekonało mnie, że w tym materiale jest nie tylko od cholery dobrych pomysłów, ale i mnóstwo serca, duszy i pracy włożonych w stworzenie tak głębokiego brzmieniowo, a jednak niepozornego krążka. Nie jest to płyta dla każdego, ale warto dać więcej niż dwie szanse tym piosenkom zanurzonym w klimatach niebanalnego nowoczesnego R&B z naleciałościami, chociażby dla ślicznych linii melodyjnych ukrytych pośród nieoczekiwanego multum dyskretnie poprowadzonych partii gitar. A jeśli ktoś nie ma ciśnienia na odkrywanie nowej odsłony twórczości Franka Ocean już teraz, to polecam poczekać do… lata. To bardzo wakacyjna płyta i czuję, że zabrzmi fantastycznie wałkowana w upalne słoneczne dni.

Ocena: 8/10   /JJ

 

22amillion

Bon Iver

22, A Million

Prawdopodobnie narażę się kilku czytelniczkom Sidemainstream (zakładając, że mamy ich więcej niż dwie…), ale kompletnie nie rozumiem masowej fascynacji Bon Iver. Szanuję Justina Vernona za wrodzoną smykałkę do ballad i że grając muzykę bądź co bądź alternatywną zbudował sobie nieoczekiwanie dużą popularność, lecz zupełnie nie łapię skąd ta sława się wzięła. Choć For Emma, Forever AgoBon Iver, Bon Iver były ładnymi płytami, to zupełnie nie zapadły mi w pamięć, a w Skinny Love nigdy się nie zakochałem. Największy problem jednak mam z nowym krążkiem Bon Iver, 22, A Million. Jeśli wierzyć blogerom i krytykom, oto jedna z dwudziestu, jak nie dziesięciu najlepszych płyt roku. Album odważny aranżacyjnie i wysmakowany kompozycyjnie, ukrywający urok ślicznych piosenek pod płaszczem eksperymentalnej produkcji. To rzekomo materiał, w którym można grzebać godzinami, dokopując się do nowych znaczeń i emocji. Tak się składa, że spędziłem przy tej płycie dosłownie godziny i dochodzę do wniosku, że faktycznie jest tu eksperymentalnie i pod tym eksperymentatorstwem rzeczywiście ukrywają się ładne piosenki, ale… totalnie nie kupuję zastosowanego tu podejścia. Odnoszę przykre wrażenie, że niepotrzebnie popsuto materiał, który wchodziłby lepiej, gdyby nie był tak na siłę udziwniony. Doceniam ogrom pracy, którą Vernon musiał włożyć w przeobrażenie swojego markowego indie folku, aby nadać mu tak nieortodoksyjne brzmienie, ale po prostu wariactwa produkcyjne 22, A Million zwyczajnie odstraszają się mnie od dalszego zagłębiania się w te piosenki. Rozumiem „punkowe” podejście do tworzenia poprzez dekompozycję i ideologię za naumyślnym „psuciem” produkcji, ale obawiam się, że Bon Iver troszkę przesadzili. Nieczyste i nieperfekcyjne (parę razy wydawało mi się, że szwankują mi słuchawki) brzmienie, pokiereszowane wokale, quasi-syntezatorowa stylistyka oraz moc dziwacznych szumów i szmerów tworzą z tego albumu coś na kształt indie-folkowego Kid A. Zdecydowanie należy się autorom zestawu szacunek za zrealizowanie ambitnej wizji, ale z przyjemnością to tego krążka mi się nie słuchało. Jak wspomniałem, jest tu kilka ślicznych momentów, np. uduchowiony 22 (Over Soon), ładnie budujący napięcie 666 (Upsidedowncross) (który aż szkoda, że nie jest utworem Arcade Fire), czy śliczny i najnormalniejszy w zestawie, choć brzmiący trochę jak skrzyżowanie Coldplay i Stinga 8 (Circle), ale są one szczętnie ukryte pod toną niepotrzebnie wydumanych eksperymentów. Najgorszym z nich zaś jest brzmienie wokali… Może i mam już problemy ze słuchem, ale większości wokali na płycie po prostu nie mogłem zrozumieć. Jeśli takie były założenia Vernona, to dziękuję, ale postoję – to nie Death Grips, żeby dla ideologii estetycznej słowa zniekształcało się brutalną ekspresyjnością muzyki. Jak dla mnie, 22, A Million to płyta brzmieniowo pretensjonalna i zwyczajnie nieprzyjemna w odbiorze, choć jednak brawurowa, zdecydowanie niebanalna i w kilku miejscach naprawdę fajna. Rozumiem, dlaczego ten materiał jest chwalony, ale nie czuję tego samego. Chociaż może po prostu nie należę do grupy odbiorców talentu Justina Vernona? Może gdybym był rozkochaną jego balladowości dziewczyną lub oddanym jego alternatywnej folkowości hipsterem, zupełnie inaczej odebrałbym ten album…

Ocena: 6/10

 

childishgambino

Childish Gambino

„Awaken, My Love!”

Na początku grudnia – ku złości krytyków, którzy już w listopadzie skompilowali listy najlepszych płyt roku – człowiek-orkiestra Donald Glover wydał trzeci krążek swojego projektu Childish Gambino pt. „Awaken, My Love!” (tak, w cudzysłowie). To wystrzałowy materiał mieszający psychodeliczny soul z odjechanym funkiem i kosmicznym R&B, który zapewnia około pięćdziesiąt minut rozrywkowej jazdy bez trzymanki. Trzon tego zestawu tworzą zdrowo zróżnicowane aranżacje oparte na ekscentrycznych wokalach (Glover nie boi się zawyć boleśnie ani zarapować parodystycznie, czy nawet brzmieć po prostu… dziwacznie), bogatym instrumentarium i wydumanej, choć stylowej produkcji, a całość sprawia wrażenie zapomnianego materiału z lat siedemdziesiątych i osiemdziesiątych, który ktoś ubrał w ciuchy Prince’a i zanurzył w kadzi wypełnionej szampanem i brokatem. Urok ślicznej ballady Redbone krzyżuje się z humorystyczną (ciężko powiedzieć czy intrygująco, czy irytującą chwytliwą) karaibską ciekawostką California, pomimo generalnie niegroźnego brzmienia na płycie roi się od odniesień do zombie, kanibali i innych okropieństw i straszydeł, a klimatyczna i niepokojąca okładka skrywa piosenki o tak zadziornych tytułach, jak Me and Your Mama czy The Night Me nad Your Mama Met. Nie jest to jednak materiał oparty na kontrastach, lecz natchniony humorem i rozrywką. Nowy krążek Childish Gambino to wynik dobrej zabawy jego twórców, którzy „przy okazji” podzielili się kilkoma bardzo fajnymi piosenkami. Nie jest to jednak album idealny, bo wspomniane wcześniej nietypowe wokale są chwilami aż zbyt ekscentryczne (momentami zwyczajnie nie brzmią dobrze i nie wiadomo czy to wina miksu, czy wokalisty), produkcja gdzieniegdzie przerasta faktyczną jakość kompozycji, a szaleństwo aranżacyjnego bogactwa kilka razy zagłusza urok piosenek. Szalona płyta.

Ocena: 7/10    /JJ

Reklamy

One thought on “SOLANGE, FRANK OCEAN, BON IVER, CHILDISH GAMBINO

  1. Pingback: PODSUMOWANIE 2016 – PŁYTY | SIDEMAINSTREAM

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s