MINIRECENZJE 2017

minirecki2017.jpg

youmeatsix

You Me At Six

Night People

Brytyjska kapela zalicza w tym roku swoją 5. płytę. Nazwa coś mówi, ale żeby przypomnieć sobie jakieś konkretne kawałki, to już nieco gorzej, prawda? Panowie nie zmienili dotychczasowego emploi i grają staromodny, radiowy pop punk na amerykańską modłę, godząc się tym samym na bycie dalekim i zapomnianym krewnym grup pokroju Good Charlotte. Na Night People nie zabraknie pompatycznych uniesień, miłosnych odniesień i życiowych zawodów. Granie tak samo bezpieczne, jak i pozbawione oryginalności, bo oparte na wyświechtanych do granic możliwości schematach. Odbiorców raczej szukałbym wśród licealnej młodzieży znad Pacyfiku, chociaż żeby nie mówić tylko w tak krytycznym tonie: druga część płyty, głównie dzięki instrumentalnym sekwencjom, dodaje nieco ożywienia, będąc bardziej na plus niż pierwsza. Generalnie muzyka raczej tylko dla fanów gatunku.

Ocena: 4/10   /KK

wiley

Wiley

Godfather

Mówisz „grime”, myślisz „Wiley”. Żywa legenda gatunku i niezmordowany pracuś (m.in. 11 solowych longplejów i 13 mikstejpów w 13 lat) wraca ze swoim najlepszym materiałem od… To chyba wręcz jego najlepsza płyta w tej dekadzie! Godfather to czystej krwi grajmowe mięcho bez zbędnych upiększaczy, napompowany adrenaliną i sterydami pokaz mocy jednego z najlepszych brytyjskich raperów. Jest surowo, brudno i głośno, bity są imponująco muskularne, flow Wileya niezniszczalny, i nawet znalazło się miejsce na kilka fajnych hooków. Uczciwy gatunkowo i konkretny aranżacyjnie dynamit dla nabuzowanych słuchaczy mających ochotę na circa godzinę oldskulowego brytyjskiego pierdolnięcia rodem z szarych blokowisk Londynu. „If it’s straight from the heart, you can’t go wrong”.

Ocena: 8/10   /JJ

sohn

SOHN

Rennen

Zastanawialiście się kiedyś co może wyjść z połączenia elektronicznej świeżości Flume’a i hipnotyzującej maniery Jamesa Blake’a? Jeśli nie, to nie musicie już nawet dłużej się nad tym zastanawiać, gdyż z odpowiedzą śpieszy pewien Londyńczyk – niejaki Christopher Tyler, ukrywający się pod projektem szerzej kojarzonym jako SOHN. Wraca on ze swoim drugim albumem, który brzmi jeszcze lepiej niż ciepło przyjęty krążkowy debiut Tremors z 2014 roku. Rennen, bo o nim mowa, to w zasadzie zrównoważony bieg z ciekawą trasą: utrzymuje dobre tempo (Signal, Conrad), lecz potrafi przystanąć na chwilę po złapanie oddechu (Dead Wrong, Primary), aby w kluczowych momentach przyspieszyć niczym dziki (otwierający Hard Liquor i zamykający świetny bas w Harbour). Dla szukających alternatywy wśród bardziej ambitnych wykonawców z elektronicznego nurtu wzbogaconego o wokal jest to pozycja jak najbardziej przystępna, a zarazem godna polecenia, nie tylko na beforek przed weekendowym wypadem do klubu.

Ocena: 7/10   /KK

austra

Austra

Future Politics

Za projektem Austra stoi kanadyjski kolektyw dowodzony przez charakterystyczną wokalistkę i keyboardzistkę Katie Stelmanis, który od sześciu lat dostarcza mroczny synthpop o wyraźnym hipsterskim piętnie. Future Politics to trzeci longplej grupy, a zarazem płyta, na której… kończy się moja cierpliwość do brzmienia zespołu. Specyficzna estetyka Austra, łącząca chóralny śpiew Stelmanis z klawiszami zawieszonymi pomiędzy chłodem Zimnej Fali i przystępnością alternatywnego popu, znalazła wielu fanów pośród hipsterów i słuchaczy, dla których Grimes jest zbyt radosna, ale ja już nie kupuję wymuszonego pretensjonalizmu tego projektu. Future Politics koślawo rozkraczył się pomiędzy patetyczną wzniosłością i umiarkowaną przebojowością, w efekcie dostarczając nie zapadające w pamięć piosenki, w których na pierwszy plan wybija się męczący na dłuższą metę śpiew wokalistki. Jest tu kilka przyjemnych fragmentów, ale prawie nigdy nie przekładają się one na cały dobry utwór – to raczej elementy, które nie udziwnione mogłyby złożyć się na dużo przyjemniejszy krążek synth popowy. Na pewno znajdzie się ktoś, komu takie granie pasuje, ale jak dla mnie za dużo tu artystycznych pretensji, a za mało luzu i popowych (nawet popowych w sensie alternatywnym) konkretów. Poza tym, Future Politics bierze siebie na poważnie, przez co chwilami brzmi jak Enya próbująca coverować Ladytron…

Ocena: 5/10   /JJ

elbow

Elbow

Little Fictions

Czas płynie, a mody się zmieniają, ale Elbow są wciąż tak samo marzycielsko romantyczni jak na początku swojej kariery. Kto lubi brzmienie Anglików, ten ucieszy się otrzymując na ich siódmej płycie kolejną solidną porcję sennych ballad na przestrzenne aranżacje, ładne melodie i charakterystyczny delikatny głos Guya Garveya. Śliczne kompozycje dla rozmarzonych słuchaczy, o nieco mniejszym niż zwykle rozmachu orkiestralnym, za to z odświeżającym brzmienie zastosowaniem monotonnej motoryczności rytmicznej przeplatanej pięknymi akcentami melodyjnymi.

Ocena: 7/10   /JJ

sampha

Sampha

Process

Sampha wyrobił sobie w ostatnich latach renomę jednego z najchętniej rozchwytywanych wokalistów gościnnych. Charakterystyczny głos Brytyjczyka rozpopularyzował SBTRKT, a stamtąd Sampha trafił na krążki m.in. Drake’a, Solange i Kanye Westa. Process to jego debiutancki longplej, na którym piosenkarz udowadnia, że jest nie tylko uzdolnionym wokalistą, ale i pełnoprawnym artystą godnym stawiania w jednym rzędzie ze wspomnanymi gwiazdami. Process to intrygująca mieszanka alternatywnego R&B, przystępnego trip hopu i niełatwych do zaszufladkowania elektronicznych klimatów muzyki urban. Sampha przypomina tu jak dobrze śpiewa, ale i pokazuje, że potrafi spiąć album dramatycznie: Process jest płytą mocno refleksyjną, momentami nostalgiczną, a chwilami niepokojącą, ale zdecydowanie brzmiącą lepiej po zmroku niż za dnia. Imponująco dojrzały i przemyślany debiut.

Ocena: 8/10   /JJ

kehlani

Kehlani

SweetSexySavage

Kehlani Parrish objawiła się światu jako nastoletnia członkini zespołu popowego, który wystąpił w amerykańskiej edycji Mam Talent, gdzie powiedziano jej, że ma w sobie potencjał na solową gwiazdę. Niedługo później dziewczyna podpisała kontrakt z dużą wytwórnią, wydała dwa dobrze przyjęte mikstejpy, zgarnęła nominację do Grammy i wprowadziła kilka singli na listy przebojów. W tym roku Kehlani debiutuje swoim pierwszym pełnoprawnym longplejem studyjnym, który potwierdza, że nadzieje pokładane w 21-latce są uzasadnione. SweetSexySavage to czystej krwi R&B we współczesnym wydaniu. Przeważa tradycyjne podejście do gatunku, ale wyczuwalne są tu też wpływy nowoczesne (chwytliwy Undercover, futurystyczny Gangsta). Dla fanów takich brzmień ten materiał to smakowite danie, ale ciężko ukryć, że na pierwszym planie SweetSexySavage nie są piosenki, lecz ich autorka. Kehlani chwali się całym szeregiem popowych talentów dramatycznych: jest niezłą wokalistką, utalentowaną „entertainerką”, jest charyzmatyczna i niebezpieczna, ale i potrafi wykazać się subtelnością i oddać refleksji. Czuć, że w całości oddała się temu materiałowi i jest mocno zaangażowana w ten projekt. Niestety, piosenki są na drugim planie również dlatego, że są nierówne i zbyt wiele z nich przepada bez pamięci, m.in. przez popadanie w gatunkowy banał rodem z MTV. Fani R&B (którzy mogą podnieść ocenę o jedno oczko) z pewnością będą bawić się przy tej płycie lepiej niż osoby nie przepadające za takimi klimatami (które z kolei mogą poniższą notę obniżyć). Jeśli jednak Kehlani podrasuje warsztat pisarski i zakoleguje się z kompozytorami i producentami z najwyższej półki, jestem przekonany, że już niedługo stanie się nową (i ciekawszą) Rihanną.

Ocena: 6/10   /JJ

sunkilmoon

Sun Kil Moon

Common as Light and Love Are Red Valleys of Blood

Do muzyki Marka Kozeleka nie można podejść „z marszu” albo odpalić ją na chwilę, by szumiała w tle. W przypadku twórczości spiritus movens Sun Kil Moon zawsze trzeba mieć na uwadze, że obcuje się z bardzo specyficznym artystą i człowiekiem, którego utwory wymagają skupienia i cierpliwości, i to również przez całą długość trwania płyty. Nowy longplej Sun Kil Moon to kolejna typowa dla Kozeleka rzeka słów, gdzie wokalista z niesamowitą zgrabnością miesza tematy, o których opowiada, wciągając słuchacza w hipnotyczny trans narracyjny, podczas którego dzieli się doświadczeniami ze swojego życia i spostrzeżeniami na temat świata. Zakres tematów poruszanych na Common… rozciąga się od opowieści o członku ekipy technicznej, z którym pracował, przez wspomnienia o swojej rodzinie i Davidzie Bowie, refleksje na temat szkodliwego wpływu nowoczesnej technologii na społeczeństwo (najciekawsza interpretacja prezydencji Trumpa, jaką słyszałem w muzyce rozrywkowej) i odniesienia do zamachów terrorystycznych w Europie, aż po relację z prowadzonego przez Kozeleka… amatorskiego śledztwa mającego na celu odkrycie prawdy na temat pewnego podejrzanego zgonu, o którym milczały media. Ponad wszystko jednak muzyk stara się być kronikarzem współczesnej Ameryki ze wszelkimi jej zaletami, wadami i urokami spoza poradnika dla turystów. Wszystko podane jest bardzo zjadliwie i przyziemnie, bowiem Kozelek nie wywyższa się ponad słuchacza, nie zarzuca go mądrościami i zdartymi frazesami, lecz „koleżeńsko” dzieli się historiami niczym podczas spotkania przy ognisku, skutecznie balansując pomiędzy chłodną obserwacją, nostalgicznym sentymentalizmem i zdrowym, również autoironicznym humorem. Specyficzne „gadulstwo” artysty na dłuższą metę mogło by denerwować, ale dzięki dość zróżnicowanej warstwie muzycznej i dbałości o elementy melodyjne, Common… nie irytuje nawet pomimo iż trwa ponad dwie godziny (!). Uczciwe i mądre, choć bardzo specyficzne piosenki dla cierpliwych słuchaczy.

Ocena: 8/10   /JJ

Advertisements

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s